Rycerz Raniero i florencka tradycja

We Florencji od stuleci odbywa się jedyna w swoim rodzaju ceremonia świąteczna – „scoppio del carro” czyli „wybuchający wóz”. W Wielką Sobotę przy wszystkich katolickich kościołach świata płoną ogniska i sprawowana jest Liturgia światła… Każdy, kto choć raz próbował przenieść na wietrze zapaloną świecę, bodaj na odległość kilku metrów, wie, że utrzymanie płomienia wcale nie jest takie proste. Tak samo jest z płomieniem wiary. Ilekroć patrzę na ludzi idących z zapalonymi pochodniami czy na świece płonące przy ołtarzu, powraca do mnie pewna piękna włoska opowieść.

Był we Florencji rycerz imieniem Raniero. Słynął z wielkiej siły, lecz był zawadiaką i gwałtownikiem. Raniero wyruszył z Godfrydem de Bouillon na wyprawę krzyżową, aby bronić grobu Chrystusa w Jerozolimie. Przysiągł przed obrazem Matki Boskiej, że przywiezie z wyprawy najcenniejszą zdobycz i ofiaruje na jej ołtarzu.
Był pierwszym, który dostał się na mury Jerozolimy. W nagrodę za męstwo spotkał go największy zaszczyt: jako najdzielniejszy rycerz w całej armii to właśnie on zapalił świecę od świętego ognia płonącego przy grobie Chrystusa. Tę świecę postawił w swoim namiocie, obłożył kamieniami, aby się nie przewróciła i pilnie jej strzegł. Trefniś obozowy włóczący się tamtego wieczoru między namiotami żartował, że wielu rycerzy to zwykli zbójcy i łupieżcy. W namiocie Raniera dworował sobie, że Raniero nie będzie mógł ofiarować Matce Bożej najdroższej rzeczy, jaką zdobył w walce. Jakim sposobem miałby przesłać do Florencji płomień świecy? Wśród śmiechu i wrzawy Raniero postanowił, że dokona tego, co wydawało się niemożliwe. Następnego dnia o świcie dosiadł konia i w tajemnicy przed współtowarzyszami zabrał płomień, który zapalił na grobie Chrystusa. Aby osłonić go przed wiatrem założył płaszcz pielgrzyma i ruszył w daleką drogę ku Florencji. Bardzo szybko zdał sobie sprawę, że nie utrzyma płomienia, jeśli będzie jechał szybko. Jego bojowy rumak nie był jednak przyzwyczajony do powolnego chodu. Raniero musiał usiąść na koniu tyłem, własnym ciałem osłaniając płomień od pędu powietrza.

Zdobycie Jerozolimy

Na pustkowiu napadli go zbójcy. Raniero mógłby z łatwością pokonać napastników, ale nie bronił się w obawie, że płomień może zgasnąć. Bez walki oddał im wszystko, co miał: broń, cenne szaty i wojenne łupy. Uprosił ich, aby zostawili mu jedynie wiązkę świec. Zbójcy zabrali łatwy łup, zostawiając rycerzowi świece, płaszcz pielgrzyma i zapalony płomień. Wsadzili go na wychudzoną szkapę, a sami zabrali jego dzielnego rumaka.  
Po drodze Raniero przeżył wiele trudów i udręk. Doświadczał także ludzkiej pomocy i życzliwości. Nieraz myślał sobie: „Ludzie są dla mnie miłosierni. Gdybym miał swojego rumaka i bogaty strój, na pewno traktowaliby mnie inaczej. Niebawem uwierzę, że zbójcy uczynili mi przysługę”.

Przy złej pogodzie przerywał swą wędrówkę i szukał bezpiecznego schronienia, czekając aż przestaną padać ulewne deszcze i umilknie porywisty wiatr. Dziwił się sam sobie, zastanawiał się, po co mu właściwie ten płomień i dlaczego tak nad nim czuwa…

Wreszcie Raniero dotarł do rodzinnego kraju. Gdy przejeżdżał samotnie odludną drogą wśród gór, podbiegła do niego jakaś kobieta i powiedziała: „Zgasł mi ogień na palenisku. Moje dzieci są głodne. Użycz mi ognia, abym mogła upiec chleb i przygotować strawę!”. Wyciągnęła rękę po świecę, ale Raniero odparł, że najpierw musi zanieść ten płomień do Florencji, na ołtarz Błogosławionej Dziewicy. Kobieta powiedziała: „Życie moich dzieci też jest płomieniem, nad którym muszę czuwać”. Raniero dał się przekonać i użyczył jej płomienia, którego tak pilnie strzegł. Po kilku godzinach podróży dotarł do jakiejś wioski. Jeden z mieszkańców wioski, widząc pielgrzyma w podartej opończy, ulitował się nad nim, rzucił mu płaszcz i przypadkowo zgasił płomień. Rycerz zawrócił, odnalazł kobietę, której użyczył ognia, i ponownie zapalił świecę od jej paleniska.

Po kilku miesiącach podróży dotarł do Florencji. I tu, u samego celu zaczęły się jego największe udręki. Widząc obdartego żebraka jadącego tyłem na wychudzonym koniu, ulicznicy pobiegli za nim wykrzykując: Pazzo! Pazzo! (Wariat! Wariat!). Robili wszystko, aby zgasić mu świecę. Gawiedź zabawiała się grubiańsko kosztem nieszczęsnego rycerza. Jakaś kobieta stojąca na balkonie wyrwała mu świecę i pobiegła z nią do domu. Tłum rozszedł się, a z domu wyszła Francesca, żona Raniera, z zapaloną świecą w ręku. Rozpoznała wcześniej swego męża i zabrała świecę, aby ją uchronić. Ale on nic do niej nie powiedział, wziął świecę i wsiadł na konia. Pragnął jak najszybciej donieść płomień do katedry Wkrótce ogłoszono ludowi, że rycerz Raniero de Ranieri wrócił z Jerozolimy z płomieniem zapalonym na grobie Chrystusa. Jednak ludzie, których kiedyś krzywdził i bardzo źle traktował nie chcieli w to wierzyć i zażądali dowodów. A przecież świadkami prawdomówności rycerza były tylko góry i pustynie… Raniero gorzko zapłakał. Nagle przez otwarte drzwi wpadł do kościoła ptak, przeleciał nad świecą i zgasił płomień. Wtem w kościele rozległ się krzyk… pióra biednego stworzenia zajęły się od ognia. Raniero zdążył zapalić świecę od płonących skrzydeł ptaka, który umierając spadł na ołtarz. Nikt już nie żądał dowodów. Pomimo wszelkich trudności Raniero doniósł płomień zapalony w Jerozolimie aż na ołtarz Matki Bożej w rodzinnym mieście. Kiedy pytano go, jak tego dokonał, powiedział, że była to bardzo trudna rzecz. Dla tego płomienia należało porzucić wszystko, otoczyć go najwyższą troską, wokół niego skupić wszelkie wysiłki i starania…

Florencja do dziś pamięta o słynnym rycerzu, od którego pochodził znamienity ród Pazzich, a święty płomień do dziś zdobi kolumny florenckiego pałacu, który do tego rodu należał. Na pamiątkę tamtego zdarzenia, we Florencji, w pierwszy dzień Wielkanocy od stuleci odbywa się jedyna w swoim rodzaju ceremonia świąteczna – „scoppio del carro” [„wybuchający wóz”]. Ozdobny wóz ciągnięty przez parę białych wołów jedzie przez miasto, w asyście 150 mężczyzn w średniowiecznych strojach. Podczas modlitwy, biskup zapala przy ołtarzu specjalną racę w kształcie gołębicy, która jest przymocowana do drutu i która „frunie” przez główną nawę na zewnątrz, zapala fajerwerki znajdujące się na wozie i płonąc wraca z powrotem do ołtarza.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *