ZRÓBCIE TO AZZURRI! NIEBO DZISIAJ MUSI BYĆ BŁĘKITNE!

FINAŁ ME – WEMBLEY. ITALIA – ANGLIA. GODZ. 21.00

Pierwszy skład: Dino Zoff, Ciccio Graziani, Beppe Bergomi, Gaetano Scirea, Fulvio Collovati, Claudio Gentile. W niższym rzędzie –  Bruno Conti, Paolo Rossi, Lele Oriali,  Antonio Cabrini i Marco Tardelli!

To nie oni wybiegną dzisiaj na boisko. Wybiegli 39 lat temu zdobywając Mistrzostwo Świata.

Włosi nie śpią spokojnie od kilku dni. Od półfinału. Dyskutują, wyliczają szanse. La Gazzetta dello Sport przypomina – 11 lipca 1982 roku Włosi zdobyli Mistrzostwo Świata. Ta data jest magiczna, ta data może przynieść szczęście! Bądźcie więc jak lwy, bądźcie jak wielka Squadra Azzurra z 1982 – piszą zatem niedzielne gazety, szukając analogii i dobrych znaków. Włosi są przesądni – może zatem dlatego w dniu finału poważny dziennik Corriere della Sera publikuje zdjęcie angielskiej flagi z… czarnym kotem kroczącym tuż przed nią?

Może czarny kot przyniesie pecha Anglikom? Zdjęcie publikuje Corriere della Sera

Krzyk Tardelliego na madryckim Bernabeu po tym gdy Włosi pod wodzą Bearzota pokonali w finale Mistrzostw Świata drużynę RFN jest dzisiaj przypominany – jak śpiew indiańskich szamanów przed bitwą. Potrzeba wszystkiego: eneregii, dobrej organizacji gry, żelaznej obrony, pewności siebie Chielliniego i Bonnucciego wspieranych po bokach przez Emersona i Di Lorenzo, błyskotliwej gry w ataku – Chiesy, Immobile, Insigne, mądrego środka pola z Jorginho po środku i Barellą oraz Verratim na skrzydłach. I potrzeba znakomitego Gigio w bramce. Oby poszedł w ślady Dino, oby poszedł w ślady Gigiego. Wielkich poprzedników tej kadry. 

Tardelli po zdobyciu Mistrzostwa Świata 1982

Ta podróż zaczęła się od meczu towarzyskiego 28 maja 2018 roku w San Gallo z Arabią Saudyjską. Dzisiaj mamy finał tej długiej drogi, dzisiaj do zdobycia jest tron. Mancini w 1982 roku miał siedemnaście lat i grał w Bolonii i jak pisze La Gazzetta dello Sport – „w owym czasie grał w koszulce z wełny, chodził po ulicach przeglądając się w witrynach sklepów by sprawdzić czy spodoba się dziewczynom, a wielkich piłkarzy słuchał głównie w radio”… Oby dzisiaj poprowadził na tam, gdzie w 1982 poprowadził nas Bearzot. Do piłkarskiego raju. Powiedział w przedmeczowym wywiadzie, odnosząc się do tego, iż Wembley będzie pełne angielskich kibiców, że Anglicy będą grali „u siebie” – „Nie będziemy myśleć o angielskich kibicach w trakcie gry. Mam nadzieję, że usłyszymy naszych. Na koniec” i dodał coś ważnego – „Italio, musisz mieć jeszcze odwagę by bawić się tym meczem!” Odwaga, lekkość, fantazja, odpowiedzialność, styl – to wszystko macie, błękitna drużyno. Oby finał Wimbledonu przyniósł nam także dobrą wróżbę – o 15 Włoch Berrettini będzie grał z Djokovicem. Dwa razy włoskie W – Wimbledon i Wembley. W Italia! Forza Italia!

A puchar… puchar już w jakimś sensie jest włoski. Został wykonany przez włoską firmę Iaco Group prowadzoną przez Alberto Iacovacci i zaprojektowany przez włoskich stylistów a potem wykonany przez rzemieślników z Vicenzy. Waży 8 kilo, ma 60 centymetrów wysokości. Czyż dzisiaj nie będzie wygladał najlepiej podniesiony wysoko w górę przez zawodników Squadra Azzurra? Czy nie będzie wyglądał najpiękniej – na tle BŁĘKITNEGO NIEBA? 

Tomasz Łysiak

Riapartiamo – „Ruszamy od nowa”!

Italia wraca do życia. Do radości, zwykłości, normalności. Do cieszenia się tym, co piękne, do bliskości, otwartości. Także poprzez sztukę i sport. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w tym pomagają.

„Ripartiamo” – czyli „Ruszamy od nowa” – taki napis znalazł się na filiżankach do kawy firmy Illy, zaprojektowanych przez artystę Matteo Attruia. W jednym z marcowych wywiadów Attruia mówił o sztuce i kulturze, obszarze życia mocno dotkniętym przez pandemię. Uznano, że zarówno kultura jak i sport nie są niezbędne do życia, zatem należy zamknąć stadiony, teatry, galerie, kina. Z punktu widzenia medycznego i epidemiologicznego – zapewne słusznie – jednak z punktu widzenia potrzeb i zdrowia duchowego ludzi, ten brak pokazał właśnie, jak bardzo i sztuka i sport są człowiekowi potrzebne do dobrego życia. Prawie tak jak chleb.

Gdy ustawimy obok siebie trzy filiżanki autorstwa Attrui przeczytamy słowo – „Ripartiamo”. Zostały wypuszczone na rynek z okazji ponownego otwarcia we Włoszech restauracji, kawiarni i barów, zaś firma Illy poprosiła, by z tej okazji, 1 czerwca, bariści oferowali „pierwszą kawę normalności” za darmo. Ot właśnie, choćby w takich filiżankach. Wiem, że to mądra promocja firmy. Ale nie tylko. To także wkład w ogólną kulturę życia w Italii, to także coś ciepłego, mądrego w przekazie, dobrego i jednocześnie wysokiego w sensie artystycznym. Doskonałe. Czysto włoskie. Gdy ktoś nie rozumie, dlaczego fascynuje cię Italia, opowiedz mu o takim szczególe, jak owe filiżanki. Znak powrotu do normalności poprzez sztukę, poprzez piękno i poprzez bliskość do drugiego człowieka, któremu ofiarowywano tę pierwszą kawę. Spójrzcie teraz na każdą z nich z osobna. Na pierwszej: R.I.P – „Pamiętamy o ofiarach”. Na drugiej wybite mocniej „Art” – „Sztuka”. Na trzeciej „Amo” – „Kocham”. Od smutku przez sztukę do miłości. Co za znakomity przekaz.

To we włoskich barach, pośród zapachu gazet i kawy, przy brioche i przy dzwoniących kasach, otwieranych gdy płaci się za jedno caffè czuje się bijące serce Włoch. Gdy były zamknięte – serce stanęło. I to tutaj, gdy ruszały mistrzostwa w piłce nożnej, wraz z meczem otwarcia w Rzymie, czuło się wracający powrót do życia, powrót do radości, do zwykłości. Już od rana w piątek 12 czerwca, jak Italia długa i szeroka, w barach, kawiarniach i restauracjach ustawiano telewizory i szykowano miejsca, w których RAZEM można było obejrzeć mecz z Turcją.

Mecz reprezentacji Włoch z Turcją

Miałem okazję oglądać go nad wybrzeżem Adriatyku, przy triesteńskim Lungomare Miramare zaraz obok urokliwego zameczku, w barku jednego ze stabilimenti balneari, ośrodków plażowych, zaproszony przez właściciela (grazie Aaron di Bagno da Sticco). Mecz z Turcją. Oczy wszystkich wpatrzone w telewizor. Okrzyki wszystkich Włochów zgromadzonych przy stolikach. Energia, radość. Kolejne gole. Szał. Calcio. Kibice na stadionie. I nagle zdało się wszystkim nam tego wieczoru, jakby nie było tych ostatnich przeklętych miesięcy, tego całego roku. Blisko. Razem. Szczęśliwie.

Dzisiaj wieczorem kolejny mecz reprezentacji Włoch. Ze Szwajcarią. Będziemy kibicować także w Polsce, wraz z Faro d’Italia.

Calcio jest we Włoszech uniesione do rangi artystycznej, kulturowej. Wystarczy sięgnąć po dzisiejszą La Gazzetta dello Sport i do leadu artykułu o meczu (zwrócił na to uwagę współpracujący z nami Dominik Mucha): „To trochę tak, jak gdy dwoje młodych ludzi poznaje się w dyskotece i nagle, jak od rażenia piorunem, zakochują się w sobie. Lato, muzyka, księżyc nad morzem… Wszystko tak perfekcyjne, tak czarowne, że aż nadchodzi obawa, co się stanie, gdy umówisz się na spotkanie na plaży następnego dnia? W świetle dnia – czy wszystko nadal będzie tak perfekcyjne? To z takim uczuciem oczekujemy pojawienia się na boisku reprezentacji Włoch dzisiejszego wieczora, przeciwko Szwajcarii. Czy Berardi będzie pałał księżycowym blaskiem? Czy Spinazzola pójdzie na całość, z taką samą lekkością? A Insigne? A Immobile? Czy to będzie podobnie magiczna noc, jak ta gdy graliśmy z Turcją?”.

W tych zdaniach ze sportowej gazety nie chodzi tylko o mecz. Chodzi o to, jak świat przeżywają Włosi. Jak my przeżywamy Włochy, jak je czujemy i wyobrażamy sobie. Piękne, uniesione do rangi sztuki w każdym elemencie, czarowne. Jak w trakcie spotkania na plaży, przy brzegu morza. Takie miałem spotkanie z reprezentacją Włoch na tym turnieju, jak z artykułu z gazety. Ale nie obawiam się dzisiejszego „światła dnia”. Pięknych wspomnień nic nie jest w stanie zabrać. Od nas zależy, czy je pielęgnujemy.

Forza Italia! All’alba vincerai! :-)

Tomasz Łysiak

UMARŁ MISTRZ, NIECH ŻYJE MISTRZ! – podsumowanie sezonu calcio 2020/2021

Za nami kolejny sezon rywalizacji na włoskich boiskach. To idealny moment, żeby na gorąco przypomnieć wydarzenia ostatniego roku. Po dziewięciu latach we Włoszech, kiedy tytuł mistrza był w posiadaniu Juventusu, panowanie przejmuje Inter Mediolan. To wystarczy, by ten sezon nazwać przełomowym.

Efekt Conte

Mówi się, że są rzeczy, których kupić się nie da. Jedną z nich jest charyzma. Niby prawda… Ale nie w przypadku Interu.

Prezes Steven Zhang Jr. sprowadził Antonia Conte, a tym samym kupił charyzmę, wolę walki i wiarę w sukces, którą trener tchnął do szatni. Tak oczekiwany w czarno-niebieskiej części Mediolanu efekt Conte faktycznie zadziałał. Umiejętności i cechy trenerów definiuje się w kilku obszarach,ale dwie najbardziej podstawowe to wizja taktyczna i właśnie owa charyzma, niezbędna, aby wdrożyć taktykę. Antonio Conte kojarzony jest z dość ostrożnym podejściem do eksperymentowania z ustawieniami taktycznymi, szczególnie do ich zmian podczas meczu, ale za to jest mistrzem w przekonywaniu zawodników do tego, że proste metody, któretrenują w tygodniu będą najlepszą bronią na najbliższego rywala. 

Umarł król, niech żyje król

AC Milan jeszcze w styczniu miał aspiracje mistrzowskie. Dobra gra, równa forma i pozycja lidera nastrajały bardzo optymistycznie. Niestety później nastąpił spadek formy. Wizja pierwszego po dziesięciu latach tytułu Mistrza Włoch oddalała się na tyle mocno, że w pewnym momencie pojawiły się obawy czy Milan zagra w przyszłym sezonie w Lidze Mistrzów. Ostatnia kolejka i zwycięstwo nad Atalantą pozwoliły jednak drużynie na zajęcie drugiego miejsca (ostatniego wicemistrza zdobyto w sezonie 2011/12 za czasów Maxa Allegrego) i zakwalifikowanie się do elitarnych europejskich rozgrywek. W kontekście aspiracji mistrzowskich na pocieszenie dla czerwono-czarnej części Mediolanu możemy zabawić się w „kręcenie tabelą i kalendarzem”. Sezon we Włoszech ma 38 kolejek. Od sierpnia (ta miniona wyjątkowo od września ze względu na Covid) do końca grudnia trwa runda „jesienna” i od stycznia do maja (poprzednia do sierpnia także przez Covid) – runda „wiosenna”.

Co wyszłoby gdyby jednorazowo zsumować inny ciąg 38 kolejek. Zacząć od stycznia 2020, podsumować całą rundę „wiosenną” poprzedniego sezonu i dodać punkty do tych zdobytych w okresie wrzesień-grudzień. 

Wirtualna tabela daje ciekawy obraz. 

Milan 84

Inter 80

Atalanta 79

Karkołomna logika? Owszem. Nawet bardzo!

Jednak przez ostatnie lata kręcenie tabelą we wszystkie strony nie przynosiło Milanowi żadnego ukojenia. Ostatni raz więcej niż 70 punktów Milan zdobył dziewięć lat temu. Może zatem warto wyjść tym analizom naprzeciw i nie zwalniać pochopnie Piollego, który wprowadził styl, dyscyplinę taktyczną, a sinusoida obrazująca lepsze okresy i gorsze nie ma tak drastycznych amplitud.

Efekt Pirlo?

Na pewno nie taki był plan jeśli chodzi o rezultat po zatrudnieniu AndreiPirlo, ale założenie odmłodzenia drużyny przyjęte przez władze Juventusu zawsze niesie za sobą ryzyko potknięcia, a nawet upadku (kwestia oceny czym jest wynik tego sezonu należy do każdego indywidualnie). Jednak jak powiedział wybitny włoski trener Marcelo Lippi (Squadra Azzurri, Juventus, Inter) na początku sezonu – „Jeśli Juventus straci panowanie w Serie A to nie będzie to wyłącznie wina Pirlo, ale przede wszystkim wypadkowa jakości wszystkich graczy”. Trudno ocenić pracę Pirlo i drużyny nie będąc w szatni. Bo z jednej strony mamy ewidentny brak stylu, brak widocznej woli walki oraz prób reagowania na boisku na wydarzenia i grę przeciwnika, a z drugiej strony na półce pojawiły się dwa nowe trofea (Superpuchar Włoch i Puchar Włoch) a drużyna zapewniła sobie awans do Ligi Mistrzów. Może to faktycznie stan przejściowy, który prowadzi do poukładania drużyny w satysfakcjonujący sposób. Jednak przyzwyczajeni do rokrocznych sukcesów na lokalnym podwórku kibice Juventusu są bardzo rozczarowani. Zapewne pocieszenie i ulgę odnajdą dopiero w kolejnym tytule mistrza w przyszłym sezonie, który będzie smakował podwójnie po rocznej przerwie. 

Gigi Superbohater

W zeszłym tygodniu odbył się finał Pucharu Włoch, w którym zmierzyły się drużyny Juventusu i Atalanty. Mecz nie zachwycił, Puchar przypadł w udziale Juventusowi, który powiększył swoją gablotę o czternaste trofeum w tej rywalizacji (druga w klasyfikacji Roma ma dziewięć). 

Wydaje się jednak, że tego dnia wydarzyła się inna historycznie ważna rzecz. Ostatni mecz w swojej karierze w barwach Juve zagrał Gigi Buffon, który z końcem tego sezonu po raz drugi i jak się wydaje jako piłkarz ostatni raz żegna się z klubem.

Prawdopodobnie Puchar to było ostatnie trofeum w jego karierze.

W dodatku zdobył je grając w składzie z Federikiem Chiesą, z którego ojcem Enrico zapoczątkował zbiór swych osiągnięć – Pucharem UEFA w 1999 roku. To wspaniałe dopełnienie romantycznej kariery „Supermana”,o której już wkrótce napiszę szerzej.

Wielcy przegrani

Najbardziej zawiedzeni jednak chyba mogą być kibice SSC Napoli i SS Lazio. Obie drużyny z aspiracjami, młodymi trenerami z dużym doświadczeniem trenerskim i boiskowym (Gennaro Gattuso, Simone Inzaghi) oraz z bardzo równymi kadrami. Koniec sezonu bez trofeów i bez awansu do Ligi Mistrzów to ewidentna porażka i duży kłopot budżetowy. Jeden z wyżej wymienionych trenerów, chwilę po ostatnim meczu stracił pracę, ale myślę, że znajdzie się wielu chętnych do jego zatrudnienia – powodzenia Rino!

Superliga

Ten sezon zostanie zapamiętany przez kibiców calcio, ale i sympatyków piłki nożnej w całej Europie z powodu Superligi. Dwanaście najbogatszych klubów Europy uznało, że stworzy elitarne rozgrywki, do których łaskawie czasem doprosi kilka drużyn wykazujących duży potencjał sportowy (ale myślę, że chodziło bardziej o chwyt marketingowy). Spotkało się to z szybką i ostrą reakcją UEFA, lokalnych federacji sportowych oraz kibiców. Kibiców nawet tych drużyn, które uważają się za lepsze. Ważne jest to w kontekście Serie A, bo jednym z liderów tego projektu był Andrea Agnelli, prezes Juventusu. Sprawa nie znalazła jeszcze swojego finału mimo tego, że większość klubów wycofała się już z pomysłu. Aktualnie władze UEFA oraz lokalnych federacji zastanawiają się, jak utrzeć nosa „buntownikom” i wybić im z głowy podobne pomysły na lata. 

Co nas czeka?

Za nami sezon obfitujący w wiele ciekawych wydarzeń i rezultatów. Jak jednak sądzę przyszły będzie jeszcze bardziej interesujący. Po całym sezonie bez kibiców wierzymy i mamy nadzieję, że wrócą oni na stadiony(choćby w 50 procentach). Szykuje się także kilka powrotów na włoskie ławki trenerskie. Po raz pierwszy od lat rywalizować będą ze sobą trenerzy z dorobkiem mistrzowskim. Zobaczymy, czy Conte utrzyma zdrowe, motywujące napięcie w szatni Interu, czy Juve wróci na wojenną ścieżkę, i czy Milan pozostanie na fali wznoszącej. To już za kilka miesięcy. Przed nami jednak inne emocje: Euro 2020! Forza Italia!

Ciao!

Bartek Tyrawski

Giro d’Italia – czyli Dante na różowo

Rusza 104. wyścig Giro d’Italia. To nie tylko wydarzenie sportowe, ale też kulturowe. W tym roku dedykowane Dantemu. 21 etapów to podróż przez Włochy, która zacznie się w Turynie a zakończy w Mediolanie. Każdy z etapów to wizyty w regionach, miastach, miasteczkach i wspaniałe ujęcia przyrody, ulic, domów i zabytków. Cytat z Dantego na kołnierzyku różowej koszulki Giro d’Italia – to kwintesencja Włoch, gdzie wszystko uniesione jest do rangi sztuki. Także kolarstwo. 

Jeśli kochasz Włochy, a nie oglądałeś, czy nie oglądałaś, Giro d’Italia, to po prostu czas zacząć. Tegoroczny wyścig zacznie się w Turynie pod Arsenałem Pokoju, przy Porta Palazzo – kiedyś był to wojenny arsenał, w którym na codzień unosił się zapach prochu, dzisiaj jest to miejsce, w którym przyjmuje się osoby z problemami życiowymi, szukające pomocy. Już od środy wyrosły tu namioty organizatorów wyścigu, który jest ikoną Włoch. W sobotę 08 maja o godz. 14.00 startuje 104. Giro d’Italia – od etapu czasowego z Piazza Castello. Wśród faworytów czasówki między innymi Mistrz Świata Włoch Pippo Ganna. 8,6 kilometra czasówki to jedynie przedsmak. Potem kolarze przejadą w sumie 3.479 kilometrów. Pośród 184 cyklistów będzie m.in 55 Włochów i… 2 Polaków. Jednak to także historia, kultura, sztuka, architektura stanowią część wyścigu i to stanowi o jego wyjątkowości.

Giro d’Italia 1959. Jacques Anquetil, Charly Gaul.

Różowa koszulka lidera – to już charakterystyczny symbol Giro d’Italia. Ten, kto czyta włoską prasę sportową, ten wie, iż kolor ten jest także zwyczajową barwą „La Gazzetta dello Sport”, której różowe kartki znaczą czasem kontuary włoskich barów z kawą i rogalikami. A między jednym i drugim jest znaczący związek. Idea wyścigu bowiem zrodziła się w głowach trzech dziennikarzy sportowych w roku 1909. Byli to: Tullo Morgagni, Eugenio Camillo Costamagna e Armando Cougnet. Wcześniej jednak był artykuł, który ukazała się na łamach „La Gazzetta dello Sport” w 1908 roku, w którym ogłoszono nagrodę pieniężną dla zwycięzcy wyścigu, który można by zorganizować wzorem ówczesnych pierwszych wyścigów samochodowych. Pierwszy wyścig wyruszył z Mediolanu, z Piazzale Loreto, 13 maja 1909 roku, a jego zwycięzcą został Luigi Ganna.

Sama różowa koszulka obchodzi w tym roku swój jubileusz – mija 90 lat od jej powstania. Na pomysł koszulki, która wyróżniałaby lidera klasyfikacji wpadł dziennikarz pracujący w „La Gazzetta dello Sport” Armando Cougnet w 1931 roku. Jej pierwszym zdobywcą był Learco Guerra, zwycięzca etapu Milan-Mantua, 10 maja 1931 r. Od jego czasów była „w posiadaniu” 254 kolarzy, z których 74 cieszyło się tym honorem tylko przez jeden dzień. Najstarszym obecnie żyjącym cyklistą, który miał ja na sobie w trakcie wyścigu jest urodzony 3 stycznia 1931 roku ferraryjczyk Vincenzo Zucconelli.

Różowa koszulka z cytatem z Dantego. Foto: Giro d’Italia

Cytat z Dantego na kołnierzyku różowej koszulki Giro d’Italia – to kwintesencja Włoch, gdzie wszystko uniesione jest do rangi sztuki. Także kolarstwo. 

90 lat różowej koszulki to także historia jej produkowania, materiałów, stylistów, mody i technologii sportowej, która zmieniała się w ciągu trwania wyścigu. Ta pierwsza Guerry wykonana była z surowej wełny i miała z przodu dwie kieszonki, na kanapkę i bidon, ważyła 300 gramów i miała wysoki kołnierzyk… Giro d’Italia to także wyścig, który znaczy mijające epoki historii Włoch. W tym roku jest dedykowana Dantemu – z okazji 700. rocznicy śmierci autora „Boskiej Komedii”. Na jej kołnierzyku znajduje się cytat z ostatniego wersu „Czyśćca” – „Gotów by wzlecieć do gwiazd”. Historia koszulki pokazywana jest na filmach przygotowanych przez organizatorów Giro d’Italia – każdy z nich to kolejna dekada pięknego sportu i jednocześnie historii Włoch. Muzeum Egizio przygotowało specjalną wystawę celebrującą jubileusz koszulki, w Collezzione Chipauzzo w Museo AcdB w Alessandrii można natomiast zobaczyć historyczną różową koszulkę Fausto Coppiego.

Tegoroczny wyścig zakończy się 30 maja 2021 w Mediolanie. Wśród faworytów wymieniani są Kolumbijczyk Egan Bernal, Brytyjczyk Simon Yates czy Włoch Vincenzo Nibali (pseudonim „Rekin”). Wyścig będzie transmitowany przez Rai oraz Eurosport (także polski).

Tommaso Calvini

Imola – wyścig w „domu Ferrari”!

W położonej na obrzeżach Bolonii Imoli znajduje się tor imienia Enzo i Dino Ferrari – założycieli marki, która stała się motoryzacyjnym symbolem Włoch. „Il rosso”, czerwień bolidów, czy charakterystyczny koń w herbie, to część dziedzictwa nie tylko sportowego i przemysłowego Italii, ale immanentny składnik włoskiej kultury. Stąd takie wyścigi, jak ten, który rozgrywa się na torze w Imola, przyciągają uwagę wszystkich Włochów. W końcu to wyścig Formuły 1 w „domu Ferrari”. 

Od Grand Prix Bahrajnu minęły trzy tygodnie. Na tyle krótko, żeby nie opadł kurz po tym bardzo ciekawym weekendzie, który zwiastuje bogaty w niespodzianki sezon i na tyle długo żebyśmy nabrali apetytu na kolejne zmagania. Tym razem w Europie. W Europie i to w wyjątkowym miejscu. Imola – włoski tor do którego przy odpowiednich wiatrach dobiegają z Maranello dźwięki nerwowo „skręcanego” bolidu SF21. W wywiadzie dla „La Gazzetta dello Sport” jeden z dwóch młodych „koni wyścigowych” Ferrari z tego sezonu, urodzony w Monte Carlo Charles Leclerc stwierdził: „Imola jest położona tylko 90 km od Ferrarri. Ten tor to nasz dom!”. To nie wszystko, co stanowi o unikatowości toru imienia Enzo i Dino Ferrarich: może być on bowiem postrzegany, jako wyjątkowy z tego względu, że gościł Grand Prix o trzech różnych nazwach – Włoch, San Marino i Emilii-Romanii.

Dwa młode „konie wyścigowe” ze stajni Ferrari – Charles Leclerc (23l.) i Carlos Sainz (26l.)

Przed nami rywalizacja zupełnie inna niż w Bahrajnie. Po pierwsze skupmy się na samej charakterystyce toru. Jest on krótszy od poprzedniego, jeden z najszybszych w F1, z tylko jedną strefą DRS oraz najdłuższą aleją serwisową. Ale wnioski z Bahrajnu można schować do dolnej szuflady nie tylko z tego powodu. Przede wszystkim walka odbędzie się w zupełnie innym klimacie. Inne mieszanki opon i inna ich degradacja z okrążenia na okrążenie. Ale jest coś co łączy oba tory. „Lucky looser” ostatnich lat, czyli… Valtteri Bottas. Bo jak nie być „so lucky” z takim blaskiem reflektorów kolegi z teamu, w którym to blasku można się grzać, jednocześnie sprawdzając, jakiż to nowy, kolorowy przelew wpadł na nasze konto? A z drugiej strony, paradoksalnie, jest się niestety „so big looser” – gdyż mając identyczny samochód co Hamilton, najczęściej jest się tym drugim za Luisem. A jeszcze dodajmy utarty w zeszłym sezonie nos przez Russela… W każdym razie rzeczony fiński kierowca jest rekordzistą obu torów (tego w Bahrajnie i tego w Bolonii), jeśli chodzi o najkrótszy czas przejazdu jednego okrążenia.

Imola – plan toru w Bolonii. Tor zbudowano w 1953 roku, a wyścigi Formuły 1 zaczęły się na nim w roku 1980.

Imola może być opisywana na wszelkie sposoby ale nie zmieni to tego jak w świadomości wszystkich fanów motosportu zdefiniowały go tragiczne wydarzenia z przełomu kwietnia i maja 1994 roku. To weekend ze wszech miar przełomowy. 30 kwietnia, na dwadzieścia minut przed zakończeniem drugiej sesji kwalifikacyjnej, Roland Ratzenberger reprezentujący ekipę Simtek, na zakręcie Acqua Minerali przejechał krawężnik, uszkadzając przy tym przednie skrzydło. Mimo technicznego defektu wykonywał kolejne szybkie okrążenie. Przy prędkości ponad 300 km/h, na zakręcie Villeneuve skrzydło w samochodzie Ratzenbergera urwało się, a Austriak wypadł z toru i uderzył w betonową ścianę. Kierowca doznał ciężkich urazów głowy i kręgosłupa w wyniku czego zmarł niespełna godzinę po wypadku. 1 maja, tuż po starcie wyścigu doszło do kilku kolizji w wyniku czego na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa. W tamtej erze samochody wykorzystywane do tych celów miały zdecydowanie za niskie osiągi, co było wielu przedmiotem wielu dyskusji. W wyniku jazdy za samochodem bezpieczeństwa nadmiernemu schłodzeniu ulegały hamulce i opony, co zmniejszało ich skuteczność po restarcie. Właśnie to mogła być jedna z przyczyn, dla której dwa okrążenia po restarcie pojazd trzykrotnego Mistrza Świata Ayrtona Senny na zakręcie Tumburello wypadł z trasy i z prędkością 300 km/h uderzył w betonową ścianę. Niestety i w tym przypadku obrażenia okazały się śmiertelne.

Tragiczne wydarzenia z 1994 roku…

Ayrton Senna przez wielu uważany jest za największego kierowcę i osobowość w historii swojej dyscypliny. Niewątpliwie jednak Michael Schumacher, który kilka miesięcy po wyżej opisanych wydarzeniach, po raz pierwszy został Mistrzem Świata posiadał wiele z cech wielkiego Ayrtona. To pozwala wymieniać obu panów jednym tchem podczas opowieści o tym, co stanowi o sile, gracji i elegancji Formuły 1. Konsekwencją zdarzeń na Imoli było zdecydowane zwiększenie uwagi w kwestii bezpieczeństwa, nad którego poprawą pracuje się do dziś. Od tamtej pory na torze F1 zginął jeden kierowca. Choć i tak to o jednego za dużo.

Italia, Formuła 1 i rzeczona elegancja spotkały się wraz z symbolami siły i szybkości, w jednym małym, ale jakże ważnym przedmiocie. Chodzi o statuetkę, która stanowi trofeum. Jest nią grecka błyskawica. Wykonana została przez mediolańskiego artystę Alice Ronchi. Spośród kilku innych to właśnie projekt Ronchiego wybrał, jako trofeum koncern Pirelli, który jest głównym sponsorem wyścigu. Artysta tłumaczy, że błyskawica to symbol siły, szybkości, odwołanie do mocy i boskości greckiego Zeusa.

Trofeum – błyskawica Zeusa symbolizująca szybkość i potęgę bolidów. Dzieło Alice Ronchi

A zatem – w weekend 17-18 kwietnia 2021 roku uwaga wszystkich Włochów skupi się na wydarzeniach na ich „domowym” torze Imola. Być może to właśnie czas, żeby Ferrari pokazało u „siebie”, że zaczyna rozumieć o co chodzi w nowej erze… Tor imienia Enzo i Dino Ferrarich to idealne do tego miejsce, a eliminacje w Bahrajnie dają na to nadzieje. W ten weekend chyba na dobre rozpęta się rywalizacja pomiędzy Charlsem Leclercem a  Carlosem Sainzem. Mattia Binotto mówi, że krew u obu kierowców buzuje podczas każdej walki na torze, nawet tym z PS4, a także podczas gry w szachy. Historia pokazała, że takie napięcie może być stymulujące, ale i destrukcyjne. Rolą Binotto jest właściwe jego zogniskowanie. „Ma już doświadczenie i w dodatku wiele walorów, dlatego wzięliśmy go do Ferrari – mówi Binotto o Sainzu – wniósł świeżość, takiego pozytywnego „kopa”, dobrą energię, świetnie współpracuje z teamem, inżynierami, co bardzo wszystkich motywuje”. Czas żeby ambitny (Mad) Max z Red Bulla pokazał, że jest kimś więcej niż nadzieją. To może być jego ostatni sezon na udowodnienie, że potrafi pokonać Hamiltona. Jeśli tego nie zrobi, a ten zakończy karierę, już zawsze Max będzie mierzył się z komentarzami… „Jesteś najlepszy… Bo nie ma Mistrza”.

Jeśli więc do tego dodamy pewne swego Mercedesy i szybkie McLareny z silnikami tych pierwszych to możemy być pewni, że czeka nas pyszna zabawa.

Smacznego! 
Bartek Tyrawski

Mussolini, architekci i calcio – co robić ze stadionami w Italii?

W sytuacji permanentnego kryzysu gospodarczego, opłakany stan stadionów piłkarskich na Półwyspie Apenińskim, naprawdę nie jest tym, co spędza sen z powiek włoskich decydentów, urzędujących na co dzień w Palazzo Chigi. Pandemia Covid-19 jeszcze wyraźniej oddzieliła sprawy ważne od drugoplanowych.

Dlatego zaskakująca informacja o ostatecznym porzuceniu pomysłu budowy nowego stadionu Romy, przemknęła gdzieś chyłkiem, między ponowną kłótnią w koalicji rządowej a niepokojącymi informacjami o zwiększającej się liczbie chorych na koronawirusa. W normalnych czasach sprawa byłaby roztrząsana przez największe osobistości medialne Italii. Bo jest symptomatyczna. I wskazuje na strategiczny problem, który dławi rozwój Włoch w XXI wieku – brak sprawczości. Włoski imposybilizm ujawnia się w wielu gałęziach sfer gospodarczych i administracyjnych. Jak się okazuje dopadł także calcio. 

Farsa w rzymskim sosie

Nie sposób zliczyć zwrotów akcji, jakie miały miejsce przy okazji niedoszłego rozpoczęcia budowy nowego stadionu Romy w dzielnicy Tor di Valle. Nowy obiekt był oczkiem w głowie poprzedniego właściciela giallorossich Jamesa Pallotty. Mniej lub bardziej sekundowali mu wszyscy burmistrzowie Rzymu, którzy w epoce jego rządów przewinęli się przez Piazza del Campidoglio. A byli to: Gianni Allemanno, Ignazio Marino, Francesco Paolo Tronca i Virginia Raggi. Każdy z nich reprezentował inną partię. Rządzili ci z prawicy, lewicy, jak i populistycznego Ruchu 5 Gwiazd, której przedstawicielką jest obecna pani burmistrz, na sztandarach wyborczych mająca hasła o wyplenieniu przewlekłej biurokracji i przywróceniu dawnego statusu, na jakie zasługuje Wieczne Miasto.

Stadio Olimpico

Wszyscy gospodarze stołecznego ratusza wlewali wiarę w serca romanistów marzących o nowym piłkarskim domu. Nastroje tonował główny architekt, odpowiedzialny za przygotowanie planów. Zrezygnowany, na jednej z konferencji, pozwalając sobie na chwilę szczerości, stwierdził: Zbudowanie czegokolwiek w Rzymie jest wyzwaniem”. Między wierszami bardzo łatwo można było wyczytać, że nie rozchodzi się mu o samą technikę prac budowlanych. „Kończy się prawdziwa farsa w typowo rzymskim sosie” – grzmiała stołeczna prasa, gdy Dan Friedkin oficjalnie zakomunikował, że budowa na Tor di Valle nie dojdzie do skutku. Podskórnie wszyscy mieli już dość tej telenoweli, która na czołówki programów telewizyjnych wracała wraz z kolejnymi skandalami politycznymi, śledztwami, opóźnieniami proceduralnymi, niekończącymi się zatrzymaniami przez carabinierich lub funkcjonariuszy Guardia di Finanza. I tylko żal utraconych 800 milionów euro zysków z potencjalnych inwestycji, czy 12 tysięcy nowych miejsc pracy.

Lokomotywa calcio

Obecnie nowe stadiony mają następujące kluby: Juventus, Udinese, Frosinone, Sassuolo i Atalanta. Bliskie urzeczywistnienia snu jest także Cagliari, jedyny przedstawiciel z tej grupy niepochodzący z północnej części kraju. Jednak akurat w kwestii budowy stadionów, często występujący podział północ-południe, nie ma zastosowania. Państwo w tej sferze, jak rzadko kiedy, jest niezwykle sprawiedliwe. 

Allianz Stadium – „nowy” stadion Juventusu FC

W drugiej dekadzie XXI wieku coś się ruszyło. Problemy legislacyjne próbowano naprawić ustawą, bowiem do grudnia 2013 nie było nawet przepisów regulujących sprawę budowy obiektów sportowych. Dlatego biurokratyczny proces stanowił przeszkodę nie do pokonania. We Włoszech średni czas budowy nowego stadionu waha się od 8 do 10 lat, w Europie potrzeba tylko 2 lub 3 lat. Mówimy o epokowym opóźnieniu. U nas wszystko jest zbyt złożone. Wymaganych jest siedem etapów autoryzacji, gdy za granicą potrzeba dwóch, bądź trzech – mówił swego czasu, Paolo Dal Pino, szef Serie A. Raport Deloitte, którego wnioski zostały przedstawione włoskiemu rządowi były jasne, to nowe stadiony mogą być lokomotywą włoskiego calcio. 

Dobra kultury

Niekończące się spory w radach miejskich, gąszcz wykluczających się przepisów, rozwlekła biurokracja, brak zielonego światła od polityków rangi krajowej. Do listy powodów wpływających na przewlekłość procesów dotyczących budowy stadionów, należy dopisać jeszcze jeden czynnik: „i beni culturali”. Dobra kultury. Niejako dotyczyło to także Rzymu, bowiem ten projekt krytykowany był również z powodu zaplecza, jakie chciano zbudować wraz ze stadionem na Tor di Valle. Na obszarze miejskim, który nie był do tego przystosowany. Najmocniej argumenty o ochronie dóbr kultury wybrzmiały jednak we Florencji. Stadion Artemio Franchi jest tworem Pier Luigi Nerviego, wybitnej klasy architekta. To było dzieło, które zdobyło międzynarodowe uznanie, a sugestywne detale jego florenckiej konstrukcji zainspirowały inżynierów i architektów na całym świecie” – pisano w obronie stadionu, gdy podniesiono pomysł jego wyburzenia. 

Budowa stadionu Artemio Franchi

Podobnie miała się sprawa z mediolańskim Stadio Giuseppe Meazza, który też chciano wyburzyć. Ministerstwo Dziedzictwa Kulturowego wyjaśniło, że choć budowla nie jest objęta ochroną ze względów historycznych, to jednak i tak musi być odpowiednio chroniona. 

Stadio Giuseppe Meazza przed rozbudową

Wyburzanie Artemio Franchi czy San Siro (jak nazywają kibice stadion w Mediolanie), staje się z miesiąca na miesiąc, coraz mniej realną opcją. Problemy są także w Bolonii, konstrukcji słynącej ze swojej specyficznej budowy. Alessandro Castagnaro, prezes Krajowego Stowarzyszenia Włoskich Inżynierów i Architektów mówił: „Rozbiórka to często pomysł na bałagan. Stadiony, o których mówimy stanowiły bardzo ważny element w dziedzinie architektury strukturalnej i często były wykonywane przez tak ważnych architektów, jak Pier Luigi Nervi. Wyburzenie stadionów w kraju, który musi skupiać się na dziedzictwie kulturowym stoi w sprzeczności z naszymi zasadami. Nie możemy wymazywać naszej kultury”.

Dziedzictwo historyczne

Musimy bowiem pamiętać, że we Włoszech stadiony stanowią część dziedzictwa kulturowego i architektonicznego. Stadion we Florencji był budowany przez wybitnego architekta i wpisywał się w miejską tkankę. Stadio Renato Dall’Ara w Bolonii także ma niebywałą historię, na którą wskazuje specyficzna i niewidziana na żadnym innym obiekcie budowla z wieżyczką. Littoriale, bo tak był nazywany stadion w czasach faszyzmu, wybudowany w 1929 roku miał stanowić perłę w koronie ówczesnej urbanistyki faszystowskiej. U podnóża tejże wieżyczki znajdowała się statua Benito Mussoliniego na koniu. Stanowiła ujęcie perspektywy, którą ujrzeli wszyscy zgromadzeni 31 października 1929 roku, gdy w trakcie inauguracji, ówczesny Duce triumfalnie wjechał konno na stadion.

Wspominając tamten dzień nie sposób pominąć próby zamachu na Mussoliniego, której próbował dokonać 15-letni anarchista. Strzał okazał się minimalnie niecelny, a nastoletni pechowiec zmarł pod butami wściekłych jednostek squadristów. Smutny chichot historii stanowił fakt, że chłopca zidentyfikował dowódca ochrony Duce – Carlo Alberto Pasolini. Ojciec… Pier Paolo. Tak, tego słynnego reżysera, filozofa, komunisty. Z pomysłu wyburzenia stadionu w Bolonii natychmiast się wycofano. Władze klubu na wczesnym etapie dyskusji w radzie miejskiej zauważyli, że planu nie sposób będzie doprowadzić do końca. Renowacja to maksimum tego, na co stać zasłużony obiekt w bolońskiej dzielnicy Saragozza. Gdy Włosi na szali stawiają rozwój oraz historię wraz z kulturą, wybór wcale nie okazuje się prosty. 

Trudno sobie wyobrazić, aby w czasach pandemii koronawirusa temat budowy stadionów otrzymał – nomen omen – nowe życie. To zbyt kosztowny wydatek, na który nie stać w obecnym czasie, ani państwa, ani społeczeństwa. I tylko „próchniejących” trybun żal… 

Dominik Mucha

Zegarek na mankiecie – setna rocznica urodzin „Adwokata”

Pamiątkowy znaczek wydany przez włoską pocztę, programy telewizyjne, filmy dokumentalne, wspomnienia, rozmowy, wielokolumnowe teksty w gazetach – tak Italia celebruje stulecie urodzin Gianniego Agnelliego, wieloletniego szefa firmy FIAT, właściciela Juventusu, prawdziwego „arbitra elegantiarum”. 

„Adwokat” taki przydomkiem posługują się Włosi, gdy mówią o wielkim Giannim – człowieku o wyjątkowej charyzmie, który poprzez wysoki styl, kulturę i klasę nie do podrobienia zyskał sobie szacunek nie tylko w Italii ale i na całym świecie. „Adwokat”, chociaż oficjalnego tytułu, pomimo ukończenia studiów prawniczych nigdy nie uzyskał. 

Na wszystkich zdjęciach – już od młodości – widać jaką wagę Agnelli przykładał do stylu, mody, elegancji: jego garnitury, najlepsze koszule i krawaty leżały zresztą na nim tak, jak leżą jedynie na arystokratach, czy członkach koronowanych rodów. Notabene po matce w żyłach Agnelliego płynęła domieszka „burbońskiej krwi” (dawnego szlacheckiego włoskiego rodu). 

Gianni Agnelli i charakterystyczny zegarek na mankiecie…

W owej elegancji jednak potrafił Agnelli znajdować coś swojego, coś nowego, coś co burzyło utarte schematy i ścieżki: oto na mankiet eleganckiej koszuli zaczął załadać zegarek, tym samym wprowadzając modę na takie, niekonwencjonalne noszenie czasomierza. Zastanawiam się czasem, czy ten „zegarek na mankiecie” to nie symbol pełnej myśli Agnelliego, którą realizował w tylu projektach, czy to w Fiacie, czy w przedsięwzięciach medialnych, czy wreszcie w jego ukochanym Juventusie: budowa czegoś klasycznie pięknego i dobrze zorganizowanego, co jednak w wykończeniach pozwala sobie na zaskakujące przełamywanie schematów. I to przełamanie eleganckiego schematu, ów „zegarek na mankiecie dobrej koszuli” to swego rodzaju unikatowa myśl „ojca założyciela”, którą Gianni przekazywał potomkom – symbolem może być zdjęcie zrobione w Maranello, w stajni Ferrari, gdzie Agnelli pozuje do zdjęcia na tle logo Ferrari a obok niego stoi młodziutki spadkobierca, John Elkann. Obaj uśmiechają się w sposób, który wskazuje pokrewieństwo i „dziedzictwo stylu”. 

Gianni Agnelli i John Elkann w Maranello – pokrewieństwo eleganckiego uśmiechu

Turyn – to miasto, w którym Agnelli się urodził, w którym zmarł w 2003 roku, które ukochał, które go wychowało i któremu oddawał swoje siły, energię, swoje wizjonerskie pomysły. W dzienniku turyńskim „La Stampa” pojawiał się w latach dziewięćdziesiątych ciesząc się ze zmian cywilizacyjno-technologicznych, choćby z nowych komputerów… W Juventusie jest uważany z „pater patriae” turyńskiego klubu i budzi do dzisiaj szacunek nawet wśród zajadłych wrogów Starej Damy: nawet neapolitańczycy mówią o nim dobrze, a każdy kto choć trochę zna stosunki między kibicami obu klubów wie, ile to znaczy. 

Agnelli to było pokolenie „włoskich Kolumbów”, jeśli można użyć tej czysto polskiej metafory – urodzony tuż przed nadejściem ery faszyzmu, jako kilkunastoletni chłopak stykał się z wojną, jako zjawiskiem. Zazdrościł gdy o kilka lat starsi koledzy jechali na wojnę w Hiszpanii. Gdy ktoś ośmielał się spytać, po której stronie by walczył, odpowiadał, iż „oficer kawalerii piemonckiej walczy po stronie swego Kraju, czyli wraz z Franco przeciwko anarchistom i komunistom”. Ale też z drugiej strony, on Turyńczyk, doskonale czuł i wiedział, z jakim przyjęciem w Piemoncie spotkał się Mussolini, przez długie lata utrzymywał dobre stosunki z komunistami – dziadek spotykał się z Gramscim i Togliattim, on z Lamą i Berlinguerem. W trakcie wojny bił się najpierw na froncie rosyjskim, a potem afrykańskim. Po 8 września 1943 roku postanowił jednak przejść na stronę aliantów i dołączyć do sił włoskich wspierających wyzwolenie Italii. 

Po wojnie był kuszony, by wejść w świat polityki. Pozostał jednak przy przedsięwzięciach biznesowych i sportowych – wszedł jednak na szczyt. Uznawany był i jest za jednego z najwybitniejszych Włochów XX wieku. Nie bez kozery przyznano mu tytuł „dożywotniego senatora”.

W szerokim wywiadzie, jaki 12 marca 2021 opublikował dziennik „La Repubblica” Henry Kissinger podzielił się wspomnieniami o swoich relacjach ze słynnym „Adwokatem”. „Gianni Agnelli to był człowiek Renesansu”. 

Czasem tego sformułowania się nadużywa. W tym wypadku jednak Kissinger ma rację: Agnelli był wielki. Był jak pomnik dawnego, eleganckiego, pełnego kultury i pasji świata – którego wokół już coraz mniej. 

Zegarek na mankiecie koszuli Oxford – to nie drobny szczegół. To przekazany z przymrużeniem oka testament Agnelliego…

Tomasz Łysiak

Paolo Rossi – napastnik o złotym sercu

W sobotę 12 grudnia w Vicenzy odbył się pogrzeb króla strzelców Mundialu ‘82 Paolo Rossiego. Trumnę na barkach nieśli przyjaciele ze złotej drużyny – Cabrini, Tardelli, Antonioni. Na ulicach zebrały się tłumy. Od chwili śmierci Pablito Italia płacze – chyba nawet pod odejściu Maradony nie było w prasie włoskiej tylu stron poświęconych wielkiej gwieździe calcio. Rossi – to Włochy. Postać wielkiego piłkarza wspomina dla Faro d’Italia Bartek Tyrawski – od dzięsiątków lat zagorzały kibic Juventusu i uważny obserwator Serie A.

Jest 11 lipca 1982 roku. Sześcioletni ja zasiadam przed telewizorem, żeby obejrzeć finał najważniejszej imprezy na świecie – Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Nie będę czarował, że pamiętam, co mama przygotowała mi do picia oraz jaką koszulkę miałem na sobie. Ale wiem, że właśnie wtedy wdrukowało się do mojej głowy uczucie, które zdeterminowało kolejne sympatie i zauroczenia.

Miłość do Squadra Azzurra.

To właśnie tego wieczoru chłopczyk szukający na swojej drodze idoli poza oczywistymi wzorcami wyniesionymi z domu poznał Paolo Rossiego. Swojego pierwszego wielkiego idola.

Plakat wydany przez La Gazzetta dello Sport po śmierci Paolo Rossiego

Od 11 lipca 1982 roku większość chłopaków biegających przed blokiem identyfikowała się z Królem Strzelców tamtych Mistrzostw.

Stłamszony, zniewolony stanem wojennym naród polski cieszył się z trzeciego miejsca swojej reprezentacji w turnieju. Trzeba przypomnieć, że kibice nie mieli wówczas dostępu do gadżetów, strojów czy innej identyfikacji klubowej. Wtedy w Polsce nawet zawodowe kluby miały problem ze skompletowaniem strojów na mecze.

Nam musiało wystarczyć, że wybieraliśmy sobie na podwórku imię danego piłkarza. I wystarczało!

Dzięki tamtej złotej drużynie Italii w naturalny sposób zacząłem oglądać mecze włoskich drużyn, a szczególnie Juventusu, który stanowił o sile reprezentacji z 1982 roku.

Paolo Rossi przez kolejne lata był moim wielkim idolem. 

Zerknijmy na zebraną w datach ścieżkę jego kariery: 

Urodzony w 23 września 1956 roku w Prato, Rossi debiutuje jako zawodowiec 1 maja 1974 roku w Juventusie w pucharze Włoch. Debiut w Serie A już w Como, 9 listopada 1975 roku. Lata 1976-1977 jest królem strzelców Serie B, sezon 1977-1978 wraz z Vincenzą zajmuje drugie miejsce w Serie A i zdobywa tytuł króla strzelców. Czerwiec 1978 roku – pierwszy gol dla reprezentacji na Mundialu ‘78. Lata 1979-1980 – Perugia. Po dwuletniej dyskwalifikacji związanej z zakładami piłkarskimi powrót do gry – 2 maja 1982 roku w Juventusie, w ostatniej chwili powołany do reprezentacji 11 lipca 1982 roku zdobywa z drużyną mistrzostwo świata. 28 grudnia 1982 roku – zdobywa Złotą Piłkę. 1982-1983 – puchar Włoch z Juventusem i król strzelców w Pucharze Zdobywców Pucharów. 1983-1984 – dwa razy scudetto z Juve. 1984-1985 – Puchar Mistrzów i Superpuchar z Juve. 1985-1986 – gra w Milanie. 1986-1987 – ostatni sezon z Weroną. 

Rossi bianconero

Ale kilka chwil z piłkarskiego życiorysu zasługuje na szczególną uwagę:

Mamy rok 1976. Prezes Vicenzy Giuseppe Farina, podkupuje Rossiego z Juventusu za rekordową wtedy kwotę 2,5 mld lirów. Farina mówi – „Calcio jest sztuką, a on jest Giocondą”. Paolo zostaje królem strzelców z Realem Vicenza w 1978 roku strzelając 24 gole. Dzięki temu jedzie na Mundial ’78 w Argentynie. 

Mija kilka lat i jego kariera zostaje gwałtownie wstrzymana…

Włoska piłka ma w swojej historii trochę niechlubnych kart. Między innymi aferę „totonero”. Historia ta rozpoczyna się od dwóch drobnych przedsiębiorców, 32-letni Massimo Cruciani był fanatykiem AS Romy, a 45-letni Alvaro Trinca wspierał drugi z rzymskich klubów – Lazio. Udało im się przeniknąć do środowiska piłkarskiego, przekonać piłkarzy do „ustawiania” meczów, a następnie przystąpić do obstawiania ich u nielegalnych bukmacherów. Afera zatoczyła bardzo szerokie kręgi, a w wyniku śledztwa ukarano kilkudziesięciu piłkarzy, siedem klubów, oraz dwóch prezesów klubów. Wśród ukaranych znalazł się bohater naszej dzisiejszej opowieści. Paolo Rossi otrzymał trzyletnią dyskwalifikację czyli do czerwca 1983 roku. Po apelacji została ona skrócona o rok, co doprowadziło do spotkania, które zapoczątkowało wspaniały dla Włochów bieg historii. 

Combi (Campo Sportivo Gianpiero Combi), miejsce codziennych treningów drużyny Juventusu. Ku zdziwieniu wszystkich na zajęciach pojawia się Enzo Bearzot, trener Squadra Azzurra od 1975 roku.  

Po treningu podchodzi do Pablito, szczypie go w bok i mówi: jesteś jak koń wyścigowy. Paolo odpowiada: No to mam jeszcze jeden powód, by wrócić do formy.

Mistrzowie Świata 1982

Wrażenie, jakie Rossi wywarł na Bearzocie, który pamiętał, że zawodnik potrafił w sezonie 77/78 zdobyć 24 gole dla Vicenzy oraz fakt, że 1978 roku strzelił na Mundialu w Argentynie 3 gole,doprowadzają selekcjonera reprezentacji Włoch do zaskakującej decyzji. W miejsce króla strzelców Serie A sezonu 81/82 Roberto Pruzzo (AS Roma), który zdobył 15 goli, powołuje Paolo Rossiego. Człowieka będącego od dwóch lat poza zawodową piłką. 

Po pierwszych słabszych występach Rossiego, Vecio ( „Vecchio”, czyli „Stary” jak mówili na Bearzota piłkarze),miłośnik jazzu, mówi; „Znalazłem orkiestrę, teraz znajdę saksofon”. Nikt nie daje szansy Włochom w meczu z Brazylią z Falcao, Socratesem, Zico. Pablito strzela na 1:0 po crossie Cabriniego. Saksofon gra ponownie przy przechwycie złego podania przeciwnika i zamienia go na gola (2:1). Brazylia nie daje za wygraną jest 2:2, ale w 74. minucie Rossi zdobywa 3 gola. Italia jest w półfinale. Na marginesie: kiedy po latach Rossi przylatuje do Brazylii, zostaje wyproszony w połowie kursu przez taksówkarza, który zorientował się, że wiezie pogromcę wielkiej Brazylii z 82 roku. 

A potem nadszedł wielki finał z Niemcami! Ale pamiętny mecz z Brazylią przeszedł do historii, zaś każdy Włoch pamięta, gdzie był i co robił w poniedziałkowe popołudnie, 5 lipca 1982 roku.

Od tamtej pory wielbiłem i wielbię jeszcze kilku panów piłkarzy z Italii takich jak Alex Del Piero czy Gigi Buffon, ale zawsze będę pamiętał, że panteon moich idoli otworzył Paolo Rossi. Giampiero Galeazzi, wielki komentator sportowy, zapytany rok temu, jak by opisał Paolo Rossiego, powiedział: „Napastnik o złotym sercu”. Taki był Paolo Rossi.

Paolo Per Sempre! 

Bartek Tyrawski

Pogrzeb `Paolo Rossiego. Vicenza 12 grudnia 2020

Odszedł Diego, który kpił z bogactwa

Dominik Mucha dla Faro d’Italia: Będąc w Kampanii w 2017 roku, gdy Diego Maradona wizytował Neapol, rozmawiałem z wieloma szczególnie młodszymi fanami SSC Napoli o fenomenie Argentyńczyka i jego odbiorze przez neapolitańskie społeczeństwo. Maradona wówczas przyjmował honorowe obywatelstwo, a wśród mieszkańców ponownie dało się odczuć niezdrowe podniecenie faktem przyjazdu Maradony do stolicy południa Włoch. 

Kreował zbiorową wyobraźnią. Argentyńczyków, neapolitańczyków, Europejczyków. Niby bił się z Pele o palmę pierwszeństwa w erze futbolu sprzed rewolucji technologicznej 4.0, ale w świadomości kibiców, Brazylijczyk pozostaje symbolem, którego futbol europejski nie poznał. A Maradona go zmienił. Uformował. Choć swoje życie popiłkarskie zdeformował, pozbawiając się dobrych kilku lat życia. 

Maradona 1986. El Grafico.

Trudno w tych dniach będzie napisać coś zupełnie nowego i niesztampowego, odcyfrować jakąś nieznaną część przeszłości i twarz Maradony. Wiemy o pięknych golach, cudownej „ręce boga” i znaczeniu dla historii świata, bo w tle tego wydarzenia opinia publiczna żyła konfliktem o Falklandy. Nie zapominamy o mafii, narkotykach, które były nieodłącznym współtowarzyszem ziemskiej podróży Diego. 

Dwa mistrzostwa dla Napoli pozwoliły zdjąć z miasta odium „miejsca przeklętego”, powiedział mi kiedyś jeden z neapolitańczyków w Quartieri Spagnoli, ucinając, jak to mają w zwyczaju, kolejne sylaby z wypowiadanych wyrazów. Niełaskę losu, wiszącego nad południem po epidemii cholery w latach 70. i straszliwym trzęsieniu ziemi z 1980 roku, które na zawsze zmieniło region i miasto. „Żałujcie, że tego nie widzieliście” – cóż piękniejszego i bardziej „neapolitańskiego” można było wymyślić, niż ten napis skierowany do zmarłych, jaki pojawił się na murach miejskiego cmentarza po zdobyciu pierwszego scudetto. 

Plakat w dzielnicy Quartieri Spagnoli w Neapolu. Foto: Tomasz Łysiak/Faro d’Ttalia

Będąc w Kampanii w 2017 roku, gdy Diego Maradona wizytował Neapol, rozmawiałem z wieloma szczególnie młodszymi fanami SSC Napoli o fenomenie Argentyńczyka i jego odbiorze przez neapolitańskie społeczeństwo. Maradona wówczas przyjmował honorowe obywatelstwo, a wśród mieszkańców ponownie dało się odczuć niezdrowe podniecenie faktem przyjazdu Maradony do stolicy południa Włoch. 
Z rozmów dało się odczuć, że są  świadomi teatru jaki się wokół nich odbywa. Dla starszych, faktycznie był piłkarskim bogiem, który kpił z bogatej północy. Młodzi z szacunku dla swoich rodziców wchodzili na deski teatralne i uczestniczyli w spektaklu śpiewając „Ho mamà mamà mamà ho visto Maradona”. Choć z trudnym do ukrycia onieśmieleniem.

Millenialsi nie lubią bowiem pomników, a przecież Maradona, który chwiał się na scenie, który mówił nieskładnie i niewyraźnie, na monument nie wyglądał. Bełkotał. Z jednej strony pamiętano, gdy był wyganiany z Neapolu już w latach 90., bo wszyscy mieli go dość. Z drugiej… „Mamo, mamo, mamo przecież widziałem Maradonę”. Szaleństwo i teatr. 

Nieodłącznym tłem wszystkiego, co związane z Maradoną był rozhisteryzowany tłum. Gdzie się nie pojawiał, tam były okrzyki, piski i niesłychany tumult. Jak deszcz w filmie „Seven” z Morganem Freemanem i Bradem Pittem. Zawsze obecny i towarzyszący. Krzykliwy, nigdy cichy. I takie też było życie Diego Armando Maradony. Krzykliwe na boisku i poza nim.

Dominik Mucha