Wpisy

Oko błękitu nad Weroną

Psi ród Scaglieri, zaułek dwóch trupów i balkon Giulietty, na którym nigdy jej nie było – o czarownych tajemnicach Werony, miasta kochanków, Dantego i festiwali operowych – pisze Tomasz Łysiak.

Na Piazza Bra turyści z nabożnym skupieniem omijają ułożone na stosach, jak wojenne łupy gotowe do wywiezienia, elementy scenografii używane tu w spektaklach operowych. Na Arena di Verona od ponad stu lat, podczas letniego festiwalu, można obejrzeć największe dzieła – „Aidę” Verdiego, „Toscę” Pucciniego, czy „Don Giovanniego”  Mozarta. Tłum wlewa się w podcienia tego ogromnego starożytnego amfiteatru – jednego z trzech największych we Włoszech – na chwilę uciekając od palącego słońca. Potem rzeka ludzka wypływa tam, gdzie dawno temu gromadziły się miejskie prostytutki, kuszące przybysza wygięciem bioder i zaczepnie rzucające kilka słów z weneckim akcentem, i wkracza wprost w objęcia handlowego wiru Via Mazzini. Człowiek wpada do tego rwącego strumienia pełnego krzyku i błyskotek, mimowolnie  pędząc bez opamiętania, porwany jakimś irracjonalnym, bezrozumnym nurtem. Po chwili zostaje wyrzucony jak kawałek kory bujającej się na wielojęzycznej fali, na Via Capello, gdzie pośród starych murów Werony kołysze się jezioro rozemocjonowanych głów. To siedziba rodu Capulettich. Dom Giulietty, która nigdy nie istniała. Balkon, na którym nigdy nie stała. Tu dopiero podróżny ze zdumieniem odkrywa, że podziemny prąd, jaki poruszał tą masą ludzką, zwie się William Szekspir.

W bramie domu Giulietty, Werona 2015. Foto: Tomasz Łysiak

Zadziwiające, jak wielka jest siła wyobraźni geniusza i potęga literatury. Potrafi nadal ożywiać umysły do tego stopnia, że wymysł i fantazję biorą za najprawdziwszą z prawd – tłoczą się więc niepomiernie w bramie, zostawiają miliony napisów z wyznaniami miłości, rysują serduszka, pną się do góry, by choć na chwilę stanąć na mitycznym balkonie i choć przez chwilę pomarzyć o prawdziwej miłości. Trzeba ich tam zostawić i pójść w drugą stronę. Do miejsca pewnej prawdziwej oraz krwawej historii miłosnej, która niegdyś wstrząsnęła Weroną, choć dziś tam, gdzie leżał trup kochanka nie ma żadnego turysty. Nikt nie robi uroczych selfie z sobą w roli głównej i kamienicą rodu Nogarola za plecami. Piazza Santa Cecilia także już nie istnieje na mapach, więc kto szuka z „Obrazami Włoch” Muratowa w dłoni, ten jej nie znajdzie. Pozostała jedynie niewielka uliczka Vicolo Santa Cecilia i placyk, na którym leżało, zawinięte w czarny płaszcz ciało jednego z werońskich Psów, z wielkiego rodu della Scala. Placyk prowadzi do kolejnego zaułka o wiele mówiącej nazwie – Vicolo Due Morti – Zaułek Dwóch Śmierci.

Idziemy więc, zostawiając za plecami ponadczasowy sukces szekspirowski w postaci tłumu zapatrzonego w dom Julii. Możemy spojrzeć w górę i ponad dachami odnaleźć norwidowskie niebo, owe „łagodne oko błękitu” „nad Kapuletich i Montekich domem”. A potem wzrok należy skierować na Piazza delle Erbe. Tu, jak przed wiekami, za rzymskich czasów, wyrastają dziesiątki straganów, choć nie ma już na nich ziół, zbóż, czy warzyw. Teraz, pośród gwaru, pod białymi parasolami chroniącymi przed palącym słońcem, lecz nie przed skwarem – sprzedawcy oferują pamiątki, koszulki, ścierki i magnesy na lodówkę. Nad wszystkim króluje wenecki lew – symbol przynależności kulturowej i historycznej. Do marmurowych kolumienek przy ujęciu wody przykuto spory kajdan na łańcuchu. Mężczyźni przystają robiąc zdjęcia i tłumacząc dzieciom, że musiało to narzędzie służyć do gnębienia skazańców, którzy jak w dybach tkwili tu w słońcu i cierpieli męki. Tymczasem to po prostu jedna z werońskich miar, w którą kupcy wkładali snopki zboża, by określić ich przepisową wielkość. 

Niedaleko mało romantycznego Piazza delle Erbe znajdziemy pierwszy ślad obfitującej w krew historii rodziny Scaligerich, która odcisnęła swoje piętno na średniowiecznej historii miasta. Ród della Scala, z drabiną w herbie, pochodził być może z Bawarii – taką tezę wysunął Otto Höfler. Potężni Scaligeri mieli ciekawy przydomek. Mówiono na nich „Can” czyli „Pies”. Nie wiadomo, skąd i dlaczego, wzięło się takie miano. Niektórzy szukali nawet inspiracji związanych ze słowem „khan”, które w kulturach wschodnich oznacza „wodza”. Jednak, co widać we wszystkich wizerunkach, na nagrobkach, czy przyłbicach Scaligerich – chodziło po prostu o najwierniejszego przyjaciela gatunku ludzkiego. Czasem bywa tak, że przydomek, niosący za sobą jakąś treść w iście magiczny sposób przylega do postaci. Gdyby tak było – psi los w istocie przeplatał się z wielkością panującej przez kilka wieków w Weronie rodziny. Już założyciel rodu, Mastino I della Scala, po tym, jak objął w roku 1262 tytuł Capitana del Popolo i po świetnych początkach, zakończyć miał żywot zamordowany niemalże pod własnym domem, w miejscu na Via Mazzanti, które do dzisiaj nazywane jest Volto Barbaro. Można nawet usiąść całkiem niedaleko i napić się espresso w kawiarence Barbarani. Niedaleko, za Piazza dei Signori, stoi kościółek Santa Maria Antica. Do tej niewielkiej romańskiej świątyni przylega cmentarzysko owego „psiego rodu”.

To ślad rządów dynastii, która już w XIII wieku zdołała zapanować nad wieloma okolicznymi miastami, podporządkowując sobie Mantuę, Reggio, Parmę, Feltre, Vicenzę, Este, Belluno i całe Trentino. Po zamordowanym Mastino rządził jego brat Albert, potem jego syn Bartolomeo, ożeniony z wnuczką cesarza Fryderyka II. Dante,  podczas swej wędrówki florenckiego wygnańca, gościł właśnie u Bartolomea. To o nim mówi fragment Pieśni XVII „Raju”: „Lo primo tu refugio, il primo ostello/sarà la cortesia del gran Lombardo/che’n su la scala porta il santo uccello”. Po Bartolomeo był Alboino i w końcu nadeszła era najmłodszego z synów Alberta, który przybrał miano „Cangrande” – „Wielki Pies”. Wtedy nastąpił prawdziwy rozkwit państwa, które swoimi granicami objęło Bassano, Padwę, Cividale i Trevisio. Nagrobek Cangrande znajduje się nad wejściem do kościółka Santa Maria Antica, trzeba więc mocno zadrzeć głowę, by przyjrzeć się postaci jeźdźca na samym szczycie, tudzież psom trzymającym w łapach tarcze herbowe i stojących na rogach sarkofagu, jak na straży.

Nagrobek „Cangrande” – z rycerzem w hełmie o kształcie psiej głowy – nad wejściem do kościółka. Foto: Tomasz Łysiak

Również i jemu Dante poświęcił miejsce w ostatniej części „Boskiej Komedii” – w końcu u „Wielkiego Psa” spędził kilka lat życia. Cangrande miał w swoim pałacu przygotowane specjalne komnaty nie tylko dla znamienitych poetów, pisarzy czy malarzy, ale także dla wygnańców. Każda z nich miała odpowiedni symbol: Gaj Muz był przeznaczony dla poetów, Merkury dla malarzy, dla kaznodziejów Raj, dla wygnańców Nadzieja, a hall dla wszystkich zwał się… Fortuna. Ta raz była łaskawa dla wielkiego rodu, a raz nie. Pisał w szkicu o Scaligerich Paweł Muratow: „ >>Wielki Pies Werony<< , zbierając wokół siebie buntowników, wygnańców, ludzi stronnictw i czynu, nie kierował się zainteresowaniami humanistycznymi, lecz namiętnością polityczną. W przeznaczonych dla nich komnatach pałacowych aż kłębiło się od niespokojnych myśli, nie ziszczonych nadziei, chimerycznych planów i gorączkowych rachub. Wywczasy wszystkich gości Cangrande były wywczasami z konieczności, toteż nie tylko z myślą o sobie, lecz i o nich wszystkich pisał Dante o owych gorzkich chwilach, gdy chleb w cudzym domu wydaje się słony, a schody strome”.

I my, Polacy, często byliśmy wygnańcami, nie na własnym chlebie żyjącymi, a schody nasze obcy traktowali jak swoje, więc musieliśmy o nie walczyć. I my byliśmy wygnańcami we własnym kraju – Dante śpiewał i o nas, wybiegając w czas i przestrzeń. Lecz, co wydaje się kluczowe i co – tak trafnie wychwycił Muratow – ta siła, która kręciła światem i gwiazdami Scaligerich, nie była – jak u Dantego – miłością, lecz polityczną namiętnością. Ona pchała do zbrodni i powodowała, że brat topił nóż w sercu brata. Tak oto zbliżamy się, płynąc z losem Dantego i zaglądając do Arche Scaligeri – cmentarzyska rodziny la Scala, do opowieści o morderstwie, które na myśl od razu przywołuje biblijną historię Kaina i Abla. By do niej dotrzeć, trzeba musnąć nieco historię rodu, przypominając o losie Alberta della Scala rządzącego Padwą. Przeciwko temu nieudolnemu władcy zawiązano spisek. Jego brat Mastino wysłał mu więc z Werony list z ostrzeżeniem. Jednak Albert tak był zajęty grą w szachy, że nie chciało mu się go przeczytać. Poprosił więc Marsillio de Carrara, by ten otworzył i zreferował pismo. Marsilio uczynił to z przyjemnością, odczytując wiadomość o… potrzebie wysłania do Werony kilku sokołów do polowań. Prawdziwą treść zostawił dla siebie, gdyż nakazywała ona Albertowi ostrożność przed niejakim… Marsilliem de Carrara. Zdrajca nie tracił więc czasu i szybko otworzył bramy miasta nieprzyjaciołom władcy. Jednak to nie nauka o tym, jak gra w szachy może być szkodliwa, przyciąga naszą uwagę, gdy spacerujemy pośród niezwykłych, strzelających w niebo gotyckimi łukami, nagrobków Scaligerich. Myśl biegnie do bratobójczej historii. Po rządach słabującego na zdrowiu Cansignorio władzą podzieliło się jego dwóch synów, Antonio i Bartolomeo. Ten drugi  był bardzo lubiany przez wszystkich mieszkańców, co wzbudzało zazdrość Antonia, który rozmyślał, jak pozbyć się brata i samemu rządzić miastem. Bartolomeo wzdychał do pewnej panny z rodu Nogarola. Niestety pech chciał, że dziewczę nie zaszczycało cnego Scaligieriego swą uwagą. Zamiast na niego, nadobne oczęta skierowało w stronę przystojnego młodzieńca z rodu Malaspina. Wykorzystał to Antonio, knując intrygę miłosną za którą czaiła się śmierć. Wykoncypował sobie, że naśle morderców na brata, a o zbrodnię oskarży rody Nogarola i Malaspina. Tragedia rozegrała się pewnej lipcowej nocy w 1381 roku. Wieczorem Bartolomeo della Scala wrócił z polowania wykończony długim uganianiem się po lesie. Nie był w humorze. Po zjedzeniu kolacji i wypiciu wina, położył się spać. Gdy tylko zapadł zmrok, z ukrycia wychynęli zamaskowani zabójcy. Zamordowali zarówno śpiącego Scaligeriego, jak i jego sekretarza. Potem oba ciała przyoblekli w czarne płaszcze z kapturami, wyciągnęli na ulice i zaczęli nieść je w stronę Piazza Cecilia.

Trzeba teraz pójść za nimi. Lepiej robić to wieczorem, ale nawet za dnia można sobie wyobrazić ciemną ulicę Werony i pochylone postaci zabójców ciągnące dwa trupy po bruku. Można było dojść do placu Cecylii dwiema drogami, ale wydaje się, że mordercy nie ryzykowaliby przejścia przez Piazza delle Erbe. Wybrali raczej uliczkę Cavaletto, blisko obecnego Vicolo Due Mori, którego sama nazwa wyjaśnia zresztą wszystko – to pamiątka po owych dwóch śmierciach z lipca 1381 roku i dwóch trupach zawiniętych w czarne płaszcze. Z zaułka skręcamy na Świętą Cecylię. Ta niewielka piazetta już dawno straciła swą odrębną nazwę. Z boku stoi kilka skuterów, jest i rower oparty o ścianę. Jakaś kobieta wchodzi do bramy. Pytam więc czy wie, który z domów należy do rodu Nogarola. Wskazuje mi ten z zielonymi okiennicami, ale dodaje, że tamten stary, średniowieczny pod który mordercy podrzucili ciała już nie istnieje. Zamiast niego postawiono inną kamienicę, ale miejsce jest to samo, zaznacza ściszonym głosem, a potem znika szybko zatrzaskując za sobą drzwi do klatki. Zostaję sam patrząc na bruk, na którym wieki temu leżały dwa trupy. 

Gdy następnego dnia odkryto w Weronie tę potworną zbrodnię, wszystkich ogarnęła złość. Ludzie z przerażeniem wykrzykiwali sobie straszną wiadomość z ust do ust. Antonio della Scala, oficjalnie ogłosił swój żal i wściekłość oraz solennie obiecał, że zostanie przeprowadzone drobiazgowe śledztwo, które wyjaśni przyczyny katastrofy, jaka spotkała jego rodzinę. Natychmiast aresztowano członków rodzin Nogarola i Malaspina. Odbył się sąd, a z oskarżonych próbowano wymusić zeznania za pomocą tortur. Żaden z nich jednak nie przyznał się do winy. Dla ludu dość szybko stało się jasne, że władza kłamie. Coraz częściej ulica zaczynała mówić, że za zamachem stał sam Antonio i że to on ma ręce ubrudzone bratobójczą krwią. Kierowała zaś nim – ciągle ta sama – polityczna namiętność. Ta namiętność właśnie, która każe czasem własnego brata pozbawić życia, by tylko móc zrealizować własne cele. Dreszcz idzie po plecach, gdy stoi się na Piazetta Santa Cecilia. Dreszcz idzie po plecach, gdy patrzy się czasem na meandry współczesnej polityki, w której ciągle nad moralnością wygrywa namiętność władzy; namiętność, która każe chwytać się najgorszych sposobów, mimo upływających wieków, mimo różnych miejsc i okoliczności. Werońskie psy nie zdechły wraz z nadejściem możnych rodów d’Este czy Gonzagów. One żyją we współczesnym świecie ubrane w garnitury i modne koszule o idealnie wyprasowanych kołnierzykach, nocami wyją i szczerzą kły tak, byśmy tego nie widzieli.

Jaki był los mordercy – Antonia della Scala? Dręczyło go poczucie winy. Nie mógł sobie wybaczyć, ale jednocześnie próbował wmówić wszystkim i sobie samemu, że to nie on stał za zabójstwem brata. Wziął ślub z piękną Samaritaną da Polenta. By sympatia ludu wróciła do niego – zorganizował uroczystości tak, by znowu „być bliżej ludzi”. Samaritana wjechała do miasta na białym rumaku, w olśniewającej sukni, dosłownie obsypana od stóp do głów szmaragdami. Wesele trwało cały tydzień, a jego główna część odbyła się na piasku Areny. Stąd, jak obecni widzowie oper, mogli ją obserwować zgromadzeni tłumnie mieszkańcy Werony. Ale te wszystkie wysiłki nie odwróciły złego losu, który wisiał nad rodem Werońskich Psów. Antonio rządził już tylko przez sześć lat. Potem uciekł haniebnie. Nad miastem zawisła flaga Viscontich. Historia rodu della Scala zamknęła się w zdobnych sarkofagach Arche Scaligeri. 

Dobrze smakuje kawa pita na placu Bra. Jak wskazuje kanoniczny przewodnik po Weronie napisany przez Luigiego Simenoniego w roku 1909, nazwa placu pochodzi od słowa z dialektu weneckiego – „braida”, które oznaczało szerokość, przestrzeń. Ta przestrzeń płynie, gnana ciepłym wiatrem od Arena di Verona, przynosząc pieśń o upadłych psach Verony. I pociesza. Mówi o tym, że istnieje siła, która jest potężniejsza niż namiętność polityczna. „Nie martwcie się” – szepcze ów wiejący od amfiteatru wiatr – „Dante miał rację”. Pozwól człowieku, by toczące się koło miłości, „co słońce porusza i gwiazdy” zabrało ci wyobraźnię, która dręczy duszę. I żądzę twą. I wolę.

Tomasz Łysiak, lipiec 2015.