San Giusto – utopiony patron Triestu

Ciało świętego Justusa wyłowiono przy obecnej Riva Grumula. To zaraz obok dużego sklepu sieci Eataly w Trieście. Niedaleko wjazdów do podziemnych garaży, idąc od strony starych miejskich basenów i molo Teresiano. Tyle że w roku 303 nie było oczywiście ani basenów, ani wielkiego sklepu, ani asfaltowych ulic, ani knajpek z dziesiątkami stolików i unoszącym się wokół zapachem fritto misto di pesce. Justusa zabito zrzucając go z wybrzeża, na cyplu nazwanym później cyplem św. Andrzeja. Przywiązano mu kamienie do nóg, żeby zatonął, ale woda zniosła go dalej. Rok śmierci najważniejszego świętego i męczennika Triestu nie jest dokładnie znany – ale przypuszcza się, że stało się to w okresie prześladowań chrześcijan przez Dioklecjana i Maksymiana. Pewna jest za to data dzienna – 2 listopada. Justus był wyznawcą Chrystusa. Mieszkańcy miasta donieśli na niego władzom. Wezwano go przed oblicze sędziego. W consistorium – by potwierdzić wiadomości pochodzące z donosu – kazano mu złożyć ofiarę na rzecz bogów rzymskich. Odmówił. I to był przyczynek do wydania wyroku. Żywot Justusa zawarty w Martyrologium Hieronymianum przynosi jeszcze informację o tym, że prezbiterowi Sebastianowi przyśnił się sen – widział w nim ciało Justusa pływające w wodzie przy nabrzeżu. Kazał go więc tam szukać. I tak je odnaleziono. 

Zanim jednak przeniesiono je na wzgórze zamkowe, do katedry, która góruje nad miastem, San Giusto (Święty Justus) został najprawdopodobniej pochowany na jednym z najstarszych cmentarzy miasta – tu gdzie obecnie znajduje się Piazza Hortis. Potem na miejscu jego pochówku wzniesiono bazylikę Świętych Męczenników (przy Via Ciamician i Via Duca d’Aosta). Stamtąd zaś,  w średniowieczu, ciało świętego przeniesiono na wzgórze, do kaplicy przylegającej do kościoła Marii Bogurodzicy (teraz to część duomo di Trieste). 

Do zamku i katedry można iść różnymi drogami wijącymi się pod górę, w labiryncie stromych uliczek. Ale najprościej wjechać windą z podziemnego parkingu, notabene nazwanego San Giusto. Takie dziwactwo jak „parking św. Justusa” pewnie by się już prezbiterowi Sebastianowi nie przyśnił – za jego czasów nie istniały wielopoziomowe konstrukcje podziemne dla samochodów i nie istniały automobile. Dzisiaj można tą krótszą „drogą” do nieba „teleportować się” na szczyt wzgórza, by po kilkunastu sekundach stanąć przed zachwycającą romańską katedrą pod wezwaniem Justusa. Pośród utkanej kamiennymi blokami fasady otwiera się oko olbrzymiej, przepięknej rozety, a wyrzeźbiona sylwetka młodo wyglądającego świętego, stoi sobie wkomponowana w mur dzwonnicy. Giusto trzyma w ręku gałąź palmową, znak męczeństwa, ewidentnie też do korpusu doczepiono głowę z innej rzeźby, co widać po nieproporcjonalnej szyi. Katedra w obecnej formie powstała na początku XIV wieku, przez przykrycie jednym dachem dwóch wcześniejszych bazylik. Część sklepień nad prezbiterium i absydę za ołtarzem odbudowano po bombardowaniach II wojny światowej. Justusa trzeba szukać w prawej nawie. Tam znajdują się dwie kaplice. Jedna poświęcona jest św. Apolinaremu, a w niej, po prawej stronie, nisko, można zobaczyć jeden z najciekawszych fresków w katedrze. Gdy przyjrzymy się uważnie zobaczymy namalowane na ścianie draperie, spod jednej z nich wystaje łydka i stopa, a resztę postaci skrywa zasłona. Ale tuż obok nogi pojawia się psiak z wyszczerzonymi zębami, który wygląda tak, jakby chciał chapsnąć za ową łydkę.

Piesek i tajemnicza noga.

Zaskakujący, humorystyczny element pośród poważnych opowieści o świętych i męczeństwach, przypomniał mi od razu serię zachwycających mozaik z leżącej nieopodal Akwilei i słynną „langustę na palmie” – podobny rysunek, pomysł, abstrakcyjne myślenie. Co ciekawe wizerunek świetego Justusa w postaci miniatury zachowany jest, poza katedrą, także w Brewiarzu Tergestejsko-Akwilejskim. Tergestum to dawna, rzymska, łacińska nazwa Triestu. 

Oderwawszy wzrok od kundla podgryzającego jakiegoś duchownego, idziemy do kaplicy położonej bliżej ołtarza – absydy św. Justusa. Tu znajdują się najstarsze freski, datowane na początek istnienia bazyliki. Chociaż miejscami już spłowiałe, czy zniszczone zębem czasu robią wielkie wrażenie. Tu króluje Chrystus błogosławiący, zaś przy nim są postaci dwóch najważniejszych triesteńskich świętych – Giusto i Servolo. Zachował się też monogram Frugifera, pierwszego biskupa Triestu. Pomiędzy kolumienkami, w pięciu „odcinkach”, opowiedziana jest historia męczennika San Giusto, patrona miasta. 

Triest najlepiej widać z dzwonnicy. Wygląda jak ze starej rycinie – w dali błyszczy lazur adriatyckich wód, wznoszą się żółte pnie portowych dźwigów, pomarańczowe kaskady dachówek, opadają tarasowo coraz niżej i niżej. Obok katedry, jak żebra pochowanego wiekowym pyłem olbrzyma, sterczą szczątki kolumn bazyliki pochodzącej jeszcze z I wieku. Dalej wznosi się średniowieczny zamek. Z drugiej strony, na tle zielonoszarych dalekich wzgórz, stoi pomnik bohaterów Wielkiej Wojny. I tak czas, epoki, wojny, milenia, nieuchwytny ślad widoczny jedynie w wysilonej wyobraźni – ścieżki dziesiątek pokoleń ludzi zmierzających do tej świątyni z niżej położonych części miasta – mieszają się w miejscu, w którym spoczywa Święty Justus. San Giusto – którego imieniem nazwano największy parking w mieście i którego ciało pływało w wodzie blisko nowoczesnych delikatesów i kawiarni z przeszkloną ścianą, za którą kołyszą się zacumowane żaglówki. To wszystko wydaje się jakąś wydumaną historią przynależną raczej literackim fantazjom, ale taka jest przeczarowna tajemniczość Triestu, w którym Joyce zakochał się pierwszego dnia, gdy wysiadł na Stazione Ferrovia di Trieste. Giusto? Giusto. San Giusto.

Tomasz Łysiak

Falcone i Borselino – niezłomni sędziowie w walce z mafią

Capaci. To jedno słowo ma dla Włochów specjalne znaczenie. O małej, położonej pod Palermo, miejscowości nikt nie słyszał aż do 23 maja 1992 r. Już następnego dnia dzienniki telewizyjne wszystkich krajów pokazywały wstrząsające zdjęcia z autostrady prowadzącej z lotniska do sycylijskiej stolicy. 

W asfalcie była olbrzymia wyrwa, wyglądało to tak, jakby w drogę uderzyła bomba, na pasach ruchu leżały wraki rozbitych i spalonych samochodów. Szczątki, gruz, fragmenty ubrań, karoserii, szyb, reflektorów można było znaleźć w promieniu kilkudziesięciu metrów. Na zdjęciach prasowych uwieczniono chwile po masakrze – wszystko rozegrało się przy zjeździe z autostrady A29, nad którą widać tablice drogowe z napisami „Palermo” i „Capaci”. W tym właśnie miejscu zginął sędzia Giovanni Falcone, a wraz z nim poniosła śmierć jego żona Francesca Morvillo. Zginęło także trzech agentów ochrony: Vito Schifani, Rocco Dicillo, Antonio Montinaro. Od tego czasu najnowsza historia dzieli się dla Włochów na dwa etapy – „przed i po Capaci”, gdyż w trakcie zamachu państwo włoskie zostało ugodzone w najwrażliwszy punkt. Pięćdziesiąt siedem dni później, 19 lipca, przy via D’Amelio w Palermo wyleciał w powietrze samochód najbliższego współpracownika i przyjaciela sędziego Falcone. Śmierć Paolo Borsellino stanowiła drugi akt tragedii rozegranej według scenariusza napisanego przez sycylijską Cosa Nostra. 

Wiedzieli, co ich czeka

Minęło dwadzieścia dziewięć lat od wydarzeń, które wstrząsnęły całym krajem – od afery „Tangentopoli” oraz zamachów na Falcone i Borsellino. „Tangentopoli” („miasto łapówek”, „łapówkogród”) to gigantyczna afera, której początkiem było aresztowanie przez prokuratora Antonio di Pietro działacza Włoskiej Partii Socjalistycznej Mario Chiesy. Zarzuty o przyjęcie ogromnych łapówek było tylko początkiem, uruchomiło śledczą lawinę, która pogrążyła kilkudziesięciu polityków zarówno partii socjalistycznej, jak i chrześcijańskich demokratów. Upadł rząd Bettino Craxiego, cały system polityczny Włoch właściwie się zawalił, tworząc drogę dla Silvio Berlusconiego i jego Forza Italia. Telewizja RAI upamiętniła to doskonałym serialem „1992”, który bił rekordy popularności. Na miejscu zamachu postanowiono utworzyć specjalny park pamięci. 

Wszystko dlatego, że zamach pod Capaci miał także niezwykły wymiar symboliczny. Oto kryminalne „państwo”, jakim była Cosa Nostra, uderzyło na zjeździe z autostrady w całe oficjalnie państwo włoskie. Zabiło jego przedstawiciela. W dodatku sam Falcone był jak niezłomny szeryf, który w nieugięty sposób walczy ze złem. U jego boku zawsze stał sędzia Borsellino, przyjaciel jeszcze z dzieciństwa. Obaj byli wzorem dla ludzi, którzy służą państwu i obywatelom. Ponieśli śmierć, bo kręgosłupy mieli z żelaza – nie dało się ich zastraszyć, skłonić do ustępstw czy przyjęcia miękkiej linii. Więc zginęli. Zresztą wiedzieli obaj, że ich to czeka. Falcone mówił swojej siostrze, że jest już „chodzącym trupem”, a na jej pytania, dlaczego to wszystko robi (ściga mafię), odpowiadał, że „tak trzeba”, że to po prostu obowiązek. Borsellino nazywał go swoją tarczą i dodawał, że najpierw zginie Giovanni, a dopiero potem on. Obaj stali się prawdziwymi bohaterami Włoch – pokazali, co znaczy Służba dla swojego kraju. 

W 2017 roku, w trakcie trwania uroczystości rocznicowych, na czołówkach gazet pojawiły się szokujące informacje. Oto zleceniodawca morderstw, capo dei capi, szef mafijnej kopuły odsiadujący wyrok za zbrodnie, Salvatore Riina, zwany też Toto Riina, czy też po prostu „Bestią”, zgłosił do sądu wniosek, poparty badaniami lekarskimi, o uwolnienie z więzienia, gdyż jak twierdził był tak chory, że musiał się leczyć w warunkach szpitalnych. Na jaw wypłynęły także szokujące więzienne nagrania, na których widać i słychać było, jak Riina instruuje zza krat swoją strukturę mafijną, wydając polecenia. Inni jednak już czekali na jego smierć, by przejąć schedę. Tak się stało kilka miesięcy później, gdy Riina zmarł w listopadzie 2017.

Dwóch przyjaciół z Kalsa

Falcone i Borsellino znali się i przyjaźnili od dzieciństwa. Obaj wychowywali się w dzielnicy Kalsa w Palermo, od małego przyzwyczajając się do życia w mieście rządzonym przez mafię. „Il pizzo” – czyli haracz ściągany przez mafię za „ochronę” – stanowił podporę systemu, z którego wszyscy byli zadowoleni i ci, którzy pobierali „podatek” i ci, którzy go płacili. Z tego względu późniejsze działania „szeryfa” Falcone nie spotykały się z poparciem Sycylijczyków, ci bowiem tak byli przyzwyczajeni do sposobu życia regulowanego przez mafię, że zajadły sędzia ścigający mafiosów budził ich niepokój. Borsellino jako mały chłopak zazdrościł kolegom, którzy mieli rodziców z mafii. Natomiast Giovanni wychował się w domu, w którym ojciec trzymał wszystkich twardą ręką. Gdy pewnego dnia kamień spadł na nogę syna, matka zauważyła, że coś się dzieje dopiero po kilku godzinach. Pojechano do szpitala. Zdumiony lekarz zaczął dopytywać chłopca, czemu się nie skarżył. Ten odpowiedział – „bo mężczyźni nie płaczą”. Lata młodości spędzone w Kalsa wiele nauczyły sędziego Falcone. Gdy potem przesłuchiwał mafiosów, więcej rozumiał z tonu głosu, akcentu, spojrzenia, niż z wypowiadanych słów. Natychmiast ich rozgryzał – bo wyczuwał to, czego nie wyczuje nikt, kto się urodził poza Sycylią. 

Falcone i Borselino, fot. Tony Gentile

Losy Borsellino i Falcone splotły się na dobre na początku lat 80. XX wieku, gdy obaj weszli w skład specjalnej grupy antymafijnej powołanej przez sędziego Rocco Chinnici (zabitego przez mafię 29 lipca 1983 r.). Działania słynnego „pool antimafia” zaczęły nabierać tempa. Na przyszły sukces składało się kilka czynników. Po pierwsze sposób działania Falcone i Borsellino. Obaj stworzyli skuteczny tandem, w którym kreatorem, mózgiem operacji był Giovanni, zaś niestrudzonym tropicielem szczegółów, akt, nazwisk – jego kumpel Paolo. Falcone zaczął uderzać w mafię poprzez analizę przepływów finansów z jednych kont na drugie. Ślady przestępczej działalności znajdowały się na bankowych wyciągach. To jednak był tylko początek. Potrzebne były mocne dowody. Tych dość długo nie było, aż… nastąpił przełom.

Don Masino sypie

Tommaso Buscetta nigdy nie poszedłby na współpracę z Falcone, gdyby nie wybuchła Wojna Klanów. W tejże wojnie Corleonesi wymordowali mu pół rodziny – zabili dwóch synów, wysłali na tamten świat szwagra,  a potem zięcia wraz ze starszym bratem i synem. Gdy Buscettę aresztowano w Brazylii w 1983 r. i przetransportowano do Włoch, Don Masino zaczął współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Spotkał się z Giovannim Falcone i zdecydował na zeznawanie przeciwko ludziom z mafii. Został tzw. „super skruszonym” („super pentito”) – otoczono go opieką jaka przysługuje świadkom koronnym, a jego słowa umożliwiły rozpoczęcie największego w dziejach procesu przeciwko mafii, tzw. „maxiprocesso”. 

Maxiprocesso rozpoczął się w lutym 1986 r. – na ławach oskarżonych zasiadło 475 osób – od tzw. „piciotti” (mafijnych żołnierzy) po szefów rodzin, klanów, dystryktów, członków „kopuły” i capo dei capi – Toto Riiną. 

Sycylijska Cosa Nostra stanowiła zhierarchizowany organizm, podzielony na administracyjne regiony i posiadający rodzaj „rządu”, wraz ze swym szefem, który stanowił głowę tego kryminalnego podziemnego świata. Właściwie owa hydra stanowiła odrębne przestępcze państwo, dyktujące prawo na Sycyli. Jego zwornikiem była święta zasada – „omertà”, która nakazywała całkowite milczenie i utrzymanie tajemnicy, jeśli chodzi o jakikolwiek sprawy mafii. Falcone postanowił to państwo zniszczyć. Buscetta stanowił klucz do sukcesu. 

Dlaczego Don Masino zeznawał? Pierwsza przyczyna jest oczywista – chodziło o zemstę za wymordowanie rodziny. Druga jednak jest bardzo ciekawa. Według „super pentito” sprzeniewierzono się kodeksowi, któremu byli wierni od stuleci członkowie organizacji. Sami siebie, już od wieku XIX nazywali „ludźmi honoru”. W trakcie zeznań Buscetta mówił, że dawne czasy się skończyły, że ludzie z mafii nie są już „ludźmi honoru” – mordują dzieci, kobiety, całe rodziny. Gdy doszło do konfrontacji z Michele Greco, jednym z mafijnych bossów, wygarnął mu – „nie jesteś już człowiekiem honoru”. Mówił to zresztą siedząc w… specjalnym pomieszczeniu wykonanym z kuloodpornych szyb, które miały mu zapewnić bezpieczeństwo w trakcie rozprawy.

Maxiprocesso, sala sądowa – aula – bunkier

Sądowy bunkier

Maxiprocesso stanowił olbrzymie wyzwanie dla włoskich służb i całego systemu sądowniczego. Jak posadzić na ławie oskarżonych kilkuset mafiosów i zapewnić wszystkim osobom przebywającym na sali bezpieczeństwo?

Bardzo ciekawie opowiadają o tym dzisiaj w wywiadach bezpośredni uczestnicy zdarzeń – np. architekci odpowiedzialni za zbudowanie gigantycznej auli sądowej – wielkiego bunkra, w którym odbywały się rozprawy. Aby ograniczyć ryzyko związane z przewozem takiej liczby więźniów – bunkier sądowy wzniesiono tuż obok więzienia Ucciardone. Rozebrano część więziennych murów i stworzono tunel, którym oskarżeni byli prowadzeni na salę, gdzie zamykano ich w specjalnych, pojedynczych klatkach. W trakcie rozpraw działy się dantejskie sceny – grożono sędziom lub sobie nawzajem. Żony i matki mafiosów wszczynały dzikie awantury. Dziennikarze ze strachu zakładali kamizelki kuloodporne i hełmy. Proces zakończył się dopiero ostatecznym wyrokiem wydanym przez Sąd Odwoławczy w styczniu 1992 r. Zapadło 19 wyroków dożywotniego więzienia. Około 300 mafiosów skazano na długie odsiadki – w sumie zostało zasądzono 2665 lat za kratami. Ale jednocześnie był to także wyrok śmierci na Falcone i Borsellino. Obaj zdawali sobie sprawę z tego, co oznacza zakończenie procesu. Falcone mówił wcześniej do przyjaciela, że póki trwają rozprawy są względnie bezpieczni; mafiosi bowiem nie będą ich zabijać zbyt wcześnie, by nie pogorszyć swojej sytuacji procesowej i nie zarobić większych wyroków. Gdy jednak rozgrywki sądowe się skończyły niebezpieczeństwo było blisko. Szczególnie, że legenda Falcone zdążyła już we Włoszech urosnąć. Musiał odpowiadać dziennikarzom: „Nie jestem Robin Hoodem, ani kamikaze, ani żadnym rycerzem–zakonnikiem. Jestem po prostu na służbie – służę memu Państwu na terra infidelium”. 

Czekając na najgorsze

W 1992 r. sędzia Falcone przeniósł się wraz z żoną do Rzymu. Był najlepiej chronionym człowiekiem w państwie. Wszędzie poruszał się z eskortą. Aby wejść do biura pokonywał dwie pary pancernych drzwi. Nawet gdy pływał nocą w morzu – za nim płynęło dwóch policjantów z ochrony. Ciągle zmieniał trasy przejazdów. Nie kupował dwa razy w tym samym sklepie. Nie chodził do baru na kawę. A jednak mafia znalazła słaby punkt. Znalazła też grupę zamachowców. I szefa przedsięwzięcia, któremu Riina zlecił zabójstwo. Był nim Giovanni Brusca, znany także pod pseudonimami „Rzezak chrześcijan” czy „Wieprz”. Brusca to tzw. „figlio d’arte” – jego ojciec był członkiem mafii, a chłopak zaczynał swoją mafijną „karierę” już jako nastolatek, zaś „egzaminem dojrzałości” było dla niego pierwsze zabójstwo. Brusca przeszedł cały proces inicjacji, z obrzędem przyjęcia do Cosa Nostra, toczeniem krwi z palca i trzymania w dłoni płonącego świętego obrazka. Nigdy nie miał skrupułów. Jak wyznał w książce „Zabiłem Giovanniego Falcone” – zamordował sto kilkadziesiąt osób. Do jego najsłynniejszych ofiar należy trzynastoletni Giuseppe di Matteo – chłopiec porwany i więziony przez półtora roku, z czego przez 180 dni trzymany w furgonetce, a następnie zabity. Ciało rozpuszczono w kwasie. Wszystko dlatego, że jego ojciec zeznawał przeciwko mafii. Porwanie miało go zmusić do milczenia. Brusca zabił także sędziego Chinnico. I to on pokierował grupą, która przygotowała zamach na Falcone.

Zatrzymanie Giovanniego Brusca 20 maja 1996

Precyzyjna akcja

Słabym punktem sędziego Giovanniego Falcone było… Palermo. Tu mieszkała jego matka. Do rodzinnego miasta przylatywał na kilka dni, a potem samolotem wracał do Rzymu. To była „szczelina” w pancerzu. Pod domem, w którym było mieszkanie matki, a piętro nad nim apartament Falcone, zawsze stał opancerzony samochód – Fiat Chroma. Nie dało się pod nim podłożyć ładunku, był skrupulatnie sprawdzany przed wyjazdem. Mafia wymyśliła więc, że po prostu wysadzą w powietrze… kawałek autostrady, dokładnie w momencie, gdy konwój z sędzią wjedzie na miejsce podłożenia ładunków. 

Cała akcja została zaplanowana i przeprowadzona, niczym skomplikowana misja wojskowa. Skonstruowano specjalne zapalniki odpalane za pomocą urządzenia do zdalnego sterowania modeli. Na pustkowiu w okolicach kamieniołomów Brusca przygotował „poligon”. Koparka wykopała odpowiedni teren, następnie zbudowano na nim kawałek autostrady. Potem rozpoczęto testy – ile kilogramów trotylu potrzeba do wysadzenia odpowiednio dużego kawałka drogi. Następnie „żołnierze” z oddziału Bruski jeździli wzdłuż trasy na lotnisko, szukając najlepszego miejsca. Znaleźli je na wysokości zjazdu z A29 na Capaci – był to kanał ściekowy o średnicy 50 cm. Trotyl ładowano do beczek i kanistrów w wiejskiej zagrodzie. Następnie przetransportowano go na brzeg drogi w czarnych workach, które rzucone pod drzewem miały sprawiać wrażenie sterty śmieci. Problemem okazało się rozmieszczenie ładunków w wąskim kanale, ale tu sprawdziła się deskorolka. Brusca natomiast ćwiczył naciskanie „spustu”. Chodziło o to, że czas pomiędzy naciśnięciem dźwigni a samą eksplozją, pozwalał samochodom na przejechanie kilkunastu metrów. Zatem kluczowe było – ocena prędkości konwoju, oraz precyzyjne wyliczenie momentu, w którym należało pociągnąć za dźwignię zdalnego detonatora. Do ćwiczeń używano fotograficznych lamp błyskowych, które Brusca kazał poustawiać obok drogi, by udawały wybuch. La Barbera, jeden z ludzi „Wieprza” jeździł tam i z powrotem swoją Lancią Delta, a szef testował „czasy eksplozji” w zależności od prędkości samochodu. Na lotnisku przesiadywał nieustannie niejaki Ferrante, który miał dać znać, gdy tylko wyląduje Falcone.

Mięso przyjechało

Tymczasem rzeźnik Ganci, którego sklep mięsny znajdował się dosłownie naprzeciwko domu matki Falcone, obserwował opancerzony samochód. Kiedy 23 maja auto nagle ruszyło, dwóch synów rzeźnika pojechało za nim, w stronę lotniska. Ganci zadzwonił do Bruski i powiedział dwa słowa: „mięso przyjechało”.

Z kolei Ferrante powiadomił szefa, że Falcone przyleciał. Uzbrojono ładunki. Na lotnisku Giovanni przywitał się z Costanzą, swoim kierowcą. Sędzia chciał sam prowadzić, więc zamienili się miejscami. Żona usiadła obok. Costanza z tyłu. Na czele konwoju jechał samochód z uzbrojonymi agentami policji. Brusca czekał z detonatorem w ręku. W tym samym czasie La Barbera ruszył Lancią. Jadąc boczną drogą miał się zrównać z pędzącym autostradą konwojem i dać znać z jaką prędkością się porusza. Falcone jechał wolno. Zaledwie 80 km na godzinę. Dwa razy wolniej niż przewidywał Brusca. Gdy w końcu konwój się pojawił, Brusca nie nacisnął spustu na umówionym znaku, czyli wtedy, gdy wozy mijały starą lodówkę leżącą na poboczu. „Vai!” – krzyknął stojący obok mafioso Gioè. Brusca nic. „Vai!”– powtórzył Gioè. Nic. Dopiero za trzecim okrzykiem szef nacisnął dźwignię. W potężnej eksplozji kawałek autostrady aż uniósł się w powietrze. Mafiosi zaczęli krzyczeć z radości. Tego samego wieczoru Falcone zmarł w szpitalu. Borsellino płakał po stracie przyjaciela. 57 dni później zginął w zamachu bombowym. Zresztą zawsze mówił, że nie przeżyje 52 lat. Jak jego ojciec i dziadek. I to się spełniło. 

We Włoszech mafia żyje nadal. Zmieniła tylko sposoby działania. Nie wysadza w powietrze i nie morduje już tak często. Zamiast tego zajmuje się biznesem i polityką. A właściwie jednym i drugim naraz. To przynosi największe zyski. 

Tomasz Łysiak, GP 2017

Krakowski hejnał na Monte Cassino!

18 maja 1944 roku nad klasztorem benedyktyńskim na Monte Cassino zawisła biało-czerwona flaga. Żołnierze 12. pułku Ułanów Podolskich weszli do klasztoru jako pierwsi. Hejnał krakowski zagrał plutonowy Emil Czech. Kim był? I dlaczego zagrał hejnał?

Emil Czech urodził się w 1908 roku w Bobrowej w nowosądeckim. Jego losy przedwojenne to służba w policji, a potem w wojsku – w 1. Pułku Saperów Kolejowych, gdzie zaczął grać na trąbce w orkiestrze pułkowej. Wtedy jeszcze nie wiedział, iż przyjdzie mu odegrać jedno z najważniejszych „wykonań” hejnału mariackiego – na Monte Cassino. W 1939 roku Czech bił się na odcinku Stryj, Krupsko, Skolisko, Wojdatycze. Potem przez Węgry, Jugosławię, Grecję, Turcję i Syrię dostał się do Palestyny. Tam wstąpił w szeregi Brygady Strzelców Karpackich. 

W 1941 roku bił się o Tobruk.

Na przełomie lat 1940/1941 dotarła do nas wiadomość, że będziemy walczyć pod Tobrukiem. Trudno jest opisać radość, jaka zapanowała w związku z tym w oddziałach. Po przybyciu na miejsce zastaliśmy ponury widok. W porcie dziesiątki zniszczonych i zatopionych statków… Walkę z wrogiem utrudniał dokuczliwy upał. Temperatura powietrza dochodziła do 50 stopni Celsjusza.

– wspominał w rozmowie z Bogusławem Bieńskowskim w 1975 roku. To pod Tobrukiem został ranny, a odłamek niemieckiego pocisku tkwił w jego ramieniu do końca jego życia. 

18 maja, tuż po tym, gdy nasi ułani zdobyli klasztor plutonowy otrzymał najważniejszy rozkaz w jego życiu. Tak zapamiętał tę chwilę:

Po trudnym boju odpoczywaliśmy w schronach. Sanitariusze opatrywali rannych. Wtedy pojawił się właśnie por. Wodniacki, adiutant naszego dowódcy płk. Władysława Rakowskiego i mówi do mnie: Plutonowy Czech, ubierajcie się szybko. Macie zgłosić się do dowódcy. Płk. Rakowski zwrócił się do mnie takimi słowami: >>Plutonowy Czech, macie do wykonania bojowe zadanie. Pojedziecie pod klasztor i pod polską flagą odegracie Hejnał Mariacki<<.

Emil Czech, aby wykonać rozkaz wydany przez dowódcę dywizji, generała Ducha, musiał dostać się na górę, pokonując kilkunastokilometrowy odcinek. Miał na to dwie godziny – chodziło o to, by hejnał zabrzmiał jak w Krakowie: w samo południe. Złapał kornet C i z trąbką w dłoni ruszył do wyścigu z czasem. Najpierw jechał samochodem, ale w pewnym momencie kierowca go zostawił. Dalej było zbyt niebezpiecznie. Wtedy plutonowy spotkał znajomego lekarza, Stanisława Szczepanka. Doktor podwiózł go kawałek dalej. Pozostał bieg i wspinaczka po skałach i kamieniach. Na górę dotarł spocony, zmęczony, odrapany. Tak opowiadał Bieńkowskiemu:

Podchodzę pod falującą flagę. Jestem wzruszony. Nie wiedziałem, czy potrafię w takich warunkach zagrać ten hejnał należycie. Biorę do ust trąbkę i zaczynam grać. Przypomniałem sobie wówczas, że muszę przerwać w pewnym momencie i poczuć się tak, jakby strzała tatarska przebiła gardło. Wtedy właśnie zjawili się fotoreporterzy, amerykański i polski.

Podchodzę pod falującą flagę. Jestem wzruszony. Nie wiedziałem, czy potrafię w takich warunkach zagrać ten hejnał należycie. Biorę do ust trąbkę i zaczynam grać. Przypomniałem sobie wówczas, że muszę przerwać w pewnym momencie i poczuć się tak, jakby strzała tatarska przebiła gardło. Wtedy właśnie zjawili się fotoreporterzy, amerykański i polski.

Cóż to była za piękna, wzruszająca chwila. Gdy na Monte Cassino, pod polską łopoczącą flagą brzmi krakowski hejnał – zatrzymuje się czas i przestrzeń. Jest i Kraków, i Polska cała, i historia Europy, sięgająca aż tradycji Maratonu. 

Plutonowy Emil Czech, polski „maratończyk-hejnalista” wrócił do Polski w 1947 roku. Zamiast nagród czekały go represje za służbę w „bijącej się u boku imperialistów armii Andersa”. Przez wiele lat nie mógł nawet znaleźć pracy. Zmarł w 1978 roku. 

Tomasz Łysiak

Żelazna korona z Monzy

Żelazna Korona Longobardów jest jednym z najniezwyklejszych regaliów na świecie, z ponad tysiącletnią historią i mistycznym znaczeniem związanym z relikwią z Krzyża Świętego. Koronowali się nią królowie Longobardów, potem sam Karol Wielki i wreszcie cesarz Napoleon Bonaparte, gdy obejmował tron nowo powstałego Królestwa Włoch.

„Zamknięte!” – zabrzmiało, jak wyrok. Przyjechaliśmy do Monzy specjalnie, by zobaczyć Żelazną Koronę Longobardów, a nagle nie można się do niej dostać. To znaczy – mówiąc konkretnie – owszem, można, ale tylko z grupą i przewodnikiem, a w dodatku nie w trakcie Mszy Św., która właśnie się zaczęła. Najbliższy termin? – „Za dwie godziny”. Nogi się pode mną ugięły. Zacząłem błagać na wszelkie sposoby, tłumacząc dziewczętom z obsługi – „O dwunastej jesteśmy umówieni w Marengo na zwiedzanie muzeum i pola bitwy, nie da się pogodzić jednego z drugim, przygotowuję książkę o Napoleonie i Polakach. Ba, mój ojciec, znany polski bonapartysta, dał mi nawet Napoleon na drugie imię”. Na potwierdzenie mych słów wyciągnąłem dowód osobisty i pokazałem „strażniczkom” korony. To, i pomoc proszącej wraz ze mną żony, zadziało. Panie namówiły się między sobą i obiecały, że tuż po Mszy któraś z nich „cichcem” wprowadzi nas do kaplicy Teodolindy i pokaże koronę. Dzięki temu obejrzeliśmy ów skarb w cudownie spokojnych warunkach, sami, bez żadnych turystów wokół, otoczeni jedynie przepięknymi freskami pokrywającymi całe wnętrze kaplicy.

Królowa

Teodolinda była królową i regentką królestwa Longobardów na przełomie wieków VI i VII. To za jej przyczyną wzniesiono katedrę w Monzy, sanktuarium dla jednej relikwii – korony, której „żelazo” w nazwie należy wiązać z historią św. Heleny, matki cesarza Konstantyna, i zdobycia przez nią relikwii Krzyża Świętego oraz gwoździ, którymi Zbawiciel został ukrzyżowany. Jeden z tych gwoździ miał posłużyć do wykonania żelaznej obręczy, która stanowi wewnętrzny pierścień słynnej korony. Naukowcy zbadali ją jednak uważnie i okazało się, iż ta „żelazna” część wykonana jest ze srebra, natomiast żelazne są tylko dwa niewielkie łuki, umożliwiające przyczepienie korony do bojowego hełmu.

Teodolindzie gwóźdź Męki Pańskiej miał przekazać papież Grzegorz I Wielki. I tak to żelazna korona stała się niezwykłym, symbolicznym ucieleśnieniem idei i wartości, jakie stanowią fundament naszej europejskiej Cywilizacji: mamy tu bowiem zarówno bezpośrednią łączność z Prawdą Ewangelii i ukrzyżowaniem Mesjasza, jak historię Imperium Rzymskiego oraz dalszych losów tego cesarstwa uwidacznianego w kolejnych odsłonach dziejowych Europy. Nota bene Napoleon dokonując longobardzkimi regaliami koronacji w Mediolanie świadomie sięgnął po prawdziwą relikwię europejskiej kultury, a nakładając ją na głowę dał znak, iż jego władza to kontynuacja dawnych idei cesarstwa rzymskiego, Karola Wielkiego, czy Karola V. 

Cesarz

W Mediolanie otwarto właśnie wystawę monograficzną Jeana-Auguste’a-Dominique’a Ingresa. Trafiliśmy na nią akurat w dzień otwarcia. Idąc od strony mediolańskiej katedry, w której odbyła się w 1805 roku koronacja Napoleona na króla Italii, zobaczyliśmy zawieszony nad głównym wejściem do Palazzo Reale baner z reprodukcją słynnego obrazu Ingresa – „Napoleon w stroju koronacyjnym”. Cesarz Francuzów znów więc „spogląda” na mediolańskie Duomo, gdzie założył na głowę koronę Longobardów. 

Ale po kolei… Jak doszło do pierwszej i drugiej koronacji? Zaczęło się wszystko, równo co do dnia, 215 lat temu – 27 marca 1804 roku, kiedy francuski Senat wysunął propozycję, by pierwszy Konsul (de facto jedynowładca Republiki Francuskiej) stał się dziedzicznym monarchą. Miesiąc później Jean-François Curée, członek Trybunatu zaproponował, żeby Bonaparte przyjął tytuł cesarza. Żartowano wtedy – „Republika umarła, pochował ją Curée” (co było grą słów związaną z nazwiskiem, „un curé” to po francusku proboszcz). 18 maja Senat uchwalił i potwierdził wcześniejsze ustalenia – Bonaparte miał się stać cesarzem. Jednak zanim się to stało, musiało upłynąć trochę czasu. Zmieniało się przecież wiele aspektów funkcjonowania państwa, od ściśle urzędowo-technicznych po tytularne – np. na powrót zaczęto używać słowa „monsieur” zamiast rewolucyjnego „citoyen”, a najzdolniejszych i najbardziej na to zasługujących (nie tylko przez własne dokonania, ale czasem ze względów politycznych) dowódców wojskowych Napoleon mianował marszałkami. 

Koronacja nr 1

Przeprowadzono też plebiscyt, który miał potwierdzić (i potwierdził przygniatającą liczbą głosów), że władza cesarska spływa na Napoleona także z woli narodu oraz uzgodniono ze Stolicą Apostolską, że koronacja nastąpi w Paryżu. Pius VII przybył do stolicy Francji w listopadzie, a potem uczestniczył we Mszy Św. w trakcie której Bonaparte ukoronował na cesarza najpierw siebie, a potem obdarzył godnością cesarzowej swoją małżonkę Józefinę de Beauharnais. Wszystko odbyło się w olśniewającej atmosferze przepychu, co uwiecznił na płótnie „Koronacja Napoleona” Jacques-Louis David – w centrum obrazu widać Bonapartego, który w białej tunice obramowanej gronostajami nakłada koronę na głowę Józefiny.

Uroczystość kosztowała, bagatela 5 151 676 franków i to nie uwzględniając kosztów ubioru uczestniczących osobistości, czy dekoracji ulic. Na suknię cesarzowej, uszytą przez nadwornego krawca Chevaliera, wydano 74 346 franków i 78 centimów. A cesarski jubiler Biennais zainkasował niezłą sumkę za złotą koronę wykonaną na wzór korony Karola Wielkiego. Napoleon sam założył ją sobie na głowę –  nie dał się koronować przez papieża, wyraźnie wskazując niezależność swej cesarskiej władzy. Podobno też, patrząc na zgromadzonych dygnitarzy, biskupów, oficerów, damy dworu, na cały świat pochylony przed nim, jak przed nowym Cezarem miał się odwrócić do swego brata Józefa i szepnąć mu: „Gdyby Ojciec mógł nas teraz widzieć”.

Król Italii

W początkowych planach Bonapartego, to właśnie Józef miał być namaszczony na króla Italii. Szybko trzeba było z nich zrezygnować, wobec sprzeciwu samego nominata – Józef nie palił się do włoskiej korony obawiając się, iż może mu to zablokować drogę do cesarskiego tronu we Francji w wypadku sukcesji. „Mały Kapral” podjął więc decyzję, że sam koronuje się na króla Włoch. 

17 marca 1805 roku Bonaparte przyjął w Paryżu wiceprezydenta włoskiej republiki, Melziego d’Erila i kilku deputowanych, by wysłuchać ich supliki. Tego samego dnia, gdy nastąpiło zaprzysiężenie, powiadomił o tym fakcie cesarza austriackiego Franciszka. A już z końcem miesiąca wyruszył z Fontainebleau do Mediolanu, zabierając ze sobą małżonkę i całą świtę. 31 marca na fasadzie Palazzo Reale zawisł po raz pierwszy sztandar nowego królestwa – z wężem Viscontich i umieszczoną pośrodku.. Żelazną Koroną… Huczały działa. W stolicy Lombardii wprowadzono specjalne środki bezpieczeństwa. Drogę do Werony nazwano drogą Bonapartego, a w Mantui postanowiono wznieść piramidę i łuk triumfalny. 

Pamięć Marengo

Tymczasem Bonaparte… nie zajechał do Mediolanu. Najpierw bowiem wybrał się na miejsce bitwy pod Marengo. Było ono nie tylko wspomnieniem najświetniejszego do tej pory zwycięstwa, ale tam właśnie odczuł mocno opiekę Opatrzności. Może nawet bardziej niż wtedy, gdy ze sztandarem w ręku wiódł żołnierzy do ataku na mostach w Lodi i Arcole, nie tknięty kulami wroga. Marengo pod Aleksandrią było szczególne – tu właściwie rozegrały się „dwie bitwy”. Ta „pierwsza” była przegrana, w Francuzi musieli cofać się pod naporem Austriaków generała Melasa. Ale wszystko zmieniło się, gdy na pole bitewne dotarł z posiłkami generał Desaix. W każdym razie 5 maja 1805 roku Napoleon i jego świta wzięli udział w… rekonstrukcji bitwy. Oddziałami francuskimi i włoskimi dowodzili Murat, Lannes i Bessières, zaś całość obserwowała zgromadzona licznie publiczność. 

Koronacja nr 2

8 maja Bonaparte wjechał w uroczystym orszaku do stolicy Lombardii przez Bramę Marengo, wiwatowany przez tłumy żołnierzy i cywilów. W następnych dniach szykowano ceremonię, zaś Napoleon tworzył Radę Stanu Królestwa Włoskiego, podzieloną na pięć sekcji. 22 maja z Monzy wyjechał specjalny orszak – kilka karet wiozło Żelazną Koronę Longobardów.

W tych pudełkach wieziono koronę Longobardów/ Foto: FdI

O godzinie 15 korona została zdeponowana w Katedrze Mediolańskiej. Trzy dni później Napoleon spotkał się z arcybiskupem Mediolanu, którego przyjął na specjalnej audiencji. 25 maja już od rana przed katedrą straż trzymali żandarmi włoscy i francuscy. W nocy specjalna deputacja pełniła wartę honorową przy Koronie Longobardów czekającej na najważniejszy moment w sercu Duomo. Wreszcie rano, 26 maja 1805 roku, zaczęły się oficjalne uroczystości. Setki dostojników, członkowie dworu, generałowie brygad, prefekci, pułkownicy, najwyżsi dygnitarze kościoła, Jego Eminencja kardynał, arcybiskup Mediolanu – wszyscy oczekiwali na ukazanie się cesarskiej i jednocześnie królewskiej pary. W końcu Napoleon i Józefina pojawili się w bramie Palazzo Reale. Huknęły działa…

Napoleon w pełnym słońcu wkroczył do katedry. Koronował się tysiącletnią koroną. I wypowiedział słowa – „Bóg mi ją powierza, biada temu, kto waży się ją tknąć!”.

Zaśpiewano „Te Deum”

Tomasz Łysiak
Opublikowane – tygodnik GP, marzec 2019

Museo e Tesoro del Duomo di Monza

Muzeum sugeruje, by zapisać się online.

Czynne od wtorku do niedzieli: 9.00-13.00   14.00-18.00

Poniedziałki nieczynne.

Sprawdź na stronie museoduomomonza.it najnowsze regulacje dotyczące COVID19

Cappella di Teodolinda e Corona Ferrea 

Aby zwiedzić kaplicę należy obowiązkowo zapisać się online.

Czynna od wtorku do soboty: 9.00-13.00    14.00-18.00 
Niedziela: 14.00- 18.00 

Nie można zwiedzać, jeśli odprawiana jest Msza Święta.

Poniedziałki nieczynne.



Rycerz Raniero i florencka tradycja

We Florencji od stuleci odbywa się jedyna w swoim rodzaju ceremonia świąteczna – „scoppio del carro” czyli „wybuchający wóz”. W Wielką Sobotę przy wszystkich katolickich kościołach świata płoną ogniska i sprawowana jest Liturgia światła… Każdy, kto choć raz próbował przenieść na wietrze zapaloną świecę, bodaj na odległość kilku metrów, wie, że utrzymanie płomienia wcale nie jest takie proste. Tak samo jest z płomieniem wiary. Ilekroć patrzę na ludzi idących z zapalonymi pochodniami czy na świece płonące przy ołtarzu, powraca do mnie pewna piękna włoska opowieść.

Był we Florencji rycerz imieniem Raniero. Słynął z wielkiej siły, lecz był zawadiaką i gwałtownikiem. Raniero wyruszył z Godfrydem de Bouillon na wyprawę krzyżową, aby bronić grobu Chrystusa w Jerozolimie. Przysiągł przed obrazem Matki Boskiej, że przywiezie z wyprawy najcenniejszą zdobycz i ofiaruje na jej ołtarzu.
Był pierwszym, który dostał się na mury Jerozolimy. W nagrodę za męstwo spotkał go największy zaszczyt: jako najdzielniejszy rycerz w całej armii to właśnie on zapalił świecę od świętego ognia płonącego przy grobie Chrystusa. Tę świecę postawił w swoim namiocie, obłożył kamieniami, aby się nie przewróciła i pilnie jej strzegł. Trefniś obozowy włóczący się tamtego wieczoru między namiotami żartował, że wielu rycerzy to zwykli zbójcy i łupieżcy. W namiocie Raniera dworował sobie, że Raniero nie będzie mógł ofiarować Matce Bożej najdroższej rzeczy, jaką zdobył w walce. Jakim sposobem miałby przesłać do Florencji płomień świecy? Wśród śmiechu i wrzawy Raniero postanowił, że dokona tego, co wydawało się niemożliwe. Następnego dnia o świcie dosiadł konia i w tajemnicy przed współtowarzyszami zabrał płomień, który zapalił na grobie Chrystusa. Aby osłonić go przed wiatrem założył płaszcz pielgrzyma i ruszył w daleką drogę ku Florencji. Bardzo szybko zdał sobie sprawę, że nie utrzyma płomienia, jeśli będzie jechał szybko. Jego bojowy rumak nie był jednak przyzwyczajony do powolnego chodu. Raniero musiał usiąść na koniu tyłem, własnym ciałem osłaniając płomień od pędu powietrza.

Zdobycie Jerozolimy

Na pustkowiu napadli go zbójcy. Raniero mógłby z łatwością pokonać napastników, ale nie bronił się w obawie, że płomień może zgasnąć. Bez walki oddał im wszystko, co miał: broń, cenne szaty i wojenne łupy. Uprosił ich, aby zostawili mu jedynie wiązkę świec. Zbójcy zabrali łatwy łup, zostawiając rycerzowi świece, płaszcz pielgrzyma i zapalony płomień. Wsadzili go na wychudzoną szkapę, a sami zabrali jego dzielnego rumaka.  
Po drodze Raniero przeżył wiele trudów i udręk. Doświadczał także ludzkiej pomocy i życzliwości. Nieraz myślał sobie: „Ludzie są dla mnie miłosierni. Gdybym miał swojego rumaka i bogaty strój, na pewno traktowaliby mnie inaczej. Niebawem uwierzę, że zbójcy uczynili mi przysługę”.

Przy złej pogodzie przerywał swą wędrówkę i szukał bezpiecznego schronienia, czekając aż przestaną padać ulewne deszcze i umilknie porywisty wiatr. Dziwił się sam sobie, zastanawiał się, po co mu właściwie ten płomień i dlaczego tak nad nim czuwa…

Wreszcie Raniero dotarł do rodzinnego kraju. Gdy przejeżdżał samotnie odludną drogą wśród gór, podbiegła do niego jakaś kobieta i powiedziała: „Zgasł mi ogień na palenisku. Moje dzieci są głodne. Użycz mi ognia, abym mogła upiec chleb i przygotować strawę!”. Wyciągnęła rękę po świecę, ale Raniero odparł, że najpierw musi zanieść ten płomień do Florencji, na ołtarz Błogosławionej Dziewicy. Kobieta powiedziała: „Życie moich dzieci też jest płomieniem, nad którym muszę czuwać”. Raniero dał się przekonać i użyczył jej płomienia, którego tak pilnie strzegł. Po kilku godzinach podróży dotarł do jakiejś wioski. Jeden z mieszkańców wioski, widząc pielgrzyma w podartej opończy, ulitował się nad nim, rzucił mu płaszcz i przypadkowo zgasił płomień. Rycerz zawrócił, odnalazł kobietę, której użyczył ognia, i ponownie zapalił świecę od jej paleniska.

Po kilku miesiącach podróży dotarł do Florencji. I tu, u samego celu zaczęły się jego największe udręki. Widząc obdartego żebraka jadącego tyłem na wychudzonym koniu, ulicznicy pobiegli za nim wykrzykując: Pazzo! Pazzo! (Wariat! Wariat!). Robili wszystko, aby zgasić mu świecę. Gawiedź zabawiała się grubiańsko kosztem nieszczęsnego rycerza. Jakaś kobieta stojąca na balkonie wyrwała mu świecę i pobiegła z nią do domu. Tłum rozszedł się, a z domu wyszła Francesca, żona Raniera, z zapaloną świecą w ręku. Rozpoznała wcześniej swego męża i zabrała świecę, aby ją uchronić. Ale on nic do niej nie powiedział, wziął świecę i wsiadł na konia. Pragnął jak najszybciej donieść płomień do katedry Wkrótce ogłoszono ludowi, że rycerz Raniero de Ranieri wrócił z Jerozolimy z płomieniem zapalonym na grobie Chrystusa. Jednak ludzie, których kiedyś krzywdził i bardzo źle traktował nie chcieli w to wierzyć i zażądali dowodów. A przecież świadkami prawdomówności rycerza były tylko góry i pustynie… Raniero gorzko zapłakał. Nagle przez otwarte drzwi wpadł do kościoła ptak, przeleciał nad świecą i zgasił płomień. Wtem w kościele rozległ się krzyk… pióra biednego stworzenia zajęły się od ognia. Raniero zdążył zapalić świecę od płonących skrzydeł ptaka, który umierając spadł na ołtarz. Nikt już nie żądał dowodów. Pomimo wszelkich trudności Raniero doniósł płomień zapalony w Jerozolimie aż na ołtarz Matki Bożej w rodzinnym mieście. Kiedy pytano go, jak tego dokonał, powiedział, że była to bardzo trudna rzecz. Dla tego płomienia należało porzucić wszystko, otoczyć go najwyższą troską, wokół niego skupić wszelkie wysiłki i starania…

Florencja do dziś pamięta o słynnym rycerzu, od którego pochodził znamienity ród Pazzich, a święty płomień do dziś zdobi kolumny florenckiego pałacu, który do tego rodu należał. Na pamiątkę tamtego zdarzenia, we Florencji, w pierwszy dzień Wielkanocy od stuleci odbywa się jedyna w swoim rodzaju ceremonia świąteczna – „scoppio del carro” [„wybuchający wóz”]. Ozdobny wóz ciągnięty przez parę białych wołów jedzie przez miasto, w asyście 150 mężczyzn w średniowiecznych strojach. Podczas modlitwy, biskup zapala przy ołtarzu specjalną racę w kształcie gołębicy, która jest przymocowana do drutu i która „frunie” przez główną nawę na zewnątrz, zapala fajerwerki znajdujące się na wozie i płonąc wraca z powrotem do ołtarza.

Siedem dni tygodnia

Za nami tydzień wyjątkowy. Wielki Tydzień – Settimana Santa. Polska nazwa świąt Wielkanoc wskazuje na doniosłość najważniejszych świąt chrześcijańskich. Z kolei nazwa włoska, Pasqua, nawiązuje bezpośrednio do łacińskiego Pascha, które z kolei pochodzi z hebrajskiego pesach (przejście, ominięcie). Święta paschy trwają siedem dni, upamiętniają przejście anioła śmierci, który ominął domy Izraelitów, ich wyjście z Egiptu i przejście przez Morze Czerwone. Tydzień to siedmiodniowy przedział czasu, nie dziwi zatem, że włoskie słowo settimana wywodzi się z łacińskiego septimus – siódmy. 

Włoskie nazwy dni tygodnia stanowią coś w rodzaju językowego reliktu czasów Hammurabiego i wierzeń starożytnej Mezopotamii. Zresztą, podobnie jest w innych językach. Mieszkańcy Babilonu wierzyli, że Ziemia stanowi centrum wszechświata, a wokół niej krąży siedem ciał niebieskich, które wpływają na życie każdego człowieka z osobna i na dzieje i całej społeczności ludzkiej: Słońce, Księżyc, Merkury, Wenus, Mars, Jowisz i Saturn.  Astrologowie twierdzili, że planety panują kolejną nad pierwszą godziną każdego rozpoczynającego się dnia. Dlatego dni nazwano imionami odpowiednich planet – a jednocześnie bóstw.

Kiedy Aleksander Wielki podbił Bliski Wschód, tamtejsze wierzenia „podbiły” w odwecie Grecję i Rzym, przynosząc także podział tygodnia na siedem dni, z tym że w warstwie językowej egzotyczni babilońscy bogowie ustąpili miejsca swojskim bóstwom lokalnym.

Dni tygodnia, z nielicznymi wyjątkami, stanowią najkrótsze streszczenie mitologii:

DNI TYGODNIA
Dzień tygodniaNazwa włoskaŹródłosłów łacińskiznaczenie
niedzieladomenicaDies DomenicaDzień Pański 
poniedziałeklunedìDies LunaeDzień Księżyca
wtorekmartedìDies MartisDzień Marsa
środamercoledìDies MercuriDzień Merkurego
czwartekgiovedìDies IovisDzień Jowisza
piątekvenerdìDies VenerisDzień Wenery (Wenus)
sobotasabatoszabatDzień siódmy

A jak jest w innych językach?

Rosyjska nazwa niedzieli воскресенье oznacza Zmartwychwstanie, i władzy radzieckiej nie udało się tego zmienić, nawet przy próbie wprowadzenia sześciodniowego tygodnia, kiedy niedzielę po prostu zlikwidowano. Warto wiedzieć, że w 1940 roku tzw. szestidniewka została wprowadzona na terenach ówczesnej „Zachodniej Białorusi” (jak pamiętamy, sięgającej daleko za Łomżę). 

Włoskie domenica nawiązuje do tradycji chrześcijańskiej, a sabatopodobnie jak polska sobota do wiary mojżeszowej. Z kolei w języku angielskim przetrwała „pogańska” niedziela – sundayDzień Słońca, a także  sobota – saturday  – Dzień Saturna.

Niemieccy misjonarze, którzy dotarli do krajów słowiańskich, postanowili raz na zawsze wyplenić ten rodzaj pogaństwa. Dni tygodnia nie zostały więc nazwane od nazw planet, będących jednocześnie imionami bóstw. Pierwszym dniem tygodnia stała się niedziela, dzień następny nazwano poniedzielnym i wszystkie pozostałe dni ponumerowano według tej zasady.

Mogłoby się wydawać, że naszych pradziadów cechował brak zamiłowania do pracy, skoro  w centrum znalazła się  niedziela – dzień świąteczny, w którym się nie działa (nie pracuje). A potem mamy:

poniedziałek – dzień następny, po tym, w którym się nie pracuje.

wtorek – dzień drugi – wtóry… licząc od tego, w którym się nie pracuje

środa – jest pośrodku – pomiędzy dwoma dniami, w których się nie pracuje

czwartek – czwarty dzień…  licząc od tego, w którym się nie pracuje

piątek – piąty dzień… licząc od tego, w którym się nie pracuje

No i wreszcie sobota – dzień siódmy, w którym Bóg odpoczął po stworzeniu świata. Korzeniami, przez język hebrajski, sięgająca aż do asyryjskiego.

Florenckie historie – Machiavelli i Dante

Pochodził Dante Alighieri ze znanego rodu gwelfickiego, czyli takiego, który w średniowiecznym sporze chrześcijan między władzą papieską a cesarską, opowiadał się (i to czynnie w działaniach politycznych i na polach bitew) za biskupami Rzymu, przeciw zaś obcej cesarskiej, ergo niemieckiej interwencji nachodzącej cyklicznie na Italię spoza Alp. W sposób szczególny autor (później napisanej) Boskiej Komedii zaangażowany był w życie polityczne swego państwa-miasta, Florencji, w latach 1295-1301, a to dzięki przynależności do gildii medyków i farmaceutów. W efekcie zasiadał w latach 1295-1296 i w 1301 w Radzie Trzydziestu Sześciu i Radzie Stu, a w 1300 pełnił urząd priora, był także posłem florenckim do papieża.

Owo zaangażowanie polityczne poety, zwolennika frakcji Białych – po ostrym podziale na Białych i Czarnych, który doprowadził gwelfów do wewnętrznych, gwałtownych sporów i wzajemnej nienawiści, większej niż do pierwotnych rywali, czyli gibelinów (zwolenników władzy cesarskiej) – nie umknęło w kilka stuleci później uwadze Niccolò Machiavellego, autora nie tylko powszechnie znanego Księcia, traktatu o sposobach zdobywania i utrzymywania władzy, ale także książki, w której zawarł dzieje rodzimego miasta – Historii florenckich.

Portret Machiavellego, mal. Santi di Tito

O roli politycznej Dantego pisze Machiavelli kilkakrotnie. Powołuje się zatem na poetę, ale także Giovanniego Villaniego (polityka i historyka z pierwszej połowy XIV wieku, autora dzieła zatytułowanego Nuova Cronica), gdy pisze o położonym na szczycie wzgórza miasta Fiesole, które chcąc uczynić swe targi dostępniejszymi i wygodniejszymi dla kupców przybywających z towarem, wybrało odpowiednie miejsce nie na górze, lecz na równinie między jej podnóżem a rzeką Arno. Te jarmarki – jak sądzę – stały się powodem pierwszych tam budowli, gdyż kupcy pragnęli mieć wygodne dla swoich towarów składy, a te z czasem przemieniły się na stałe zabudowania, których liczba znacznie się rozrosła wtedy, gdy Rzymianie zwyciężając Kartagińczyków, zabezpieczyli Włochy od najazdów z zewnątrz. Ludzie bowiem nie lubią żyć pośród trudności i zmuszeni jedynie koniecznością zamieszkują miejsca niewygodne, i tak tam, gdzie obawa wojny sprawia, że chętnie wybierają obronne i niedogodne siedziby, gdy przyczyny te znikają, kierując się wygodą, chętniej zamieszkują miejsca przychylne i łatwo dostępne. Bezpieczeństwo też, jakie powstało we Włoszech dzięki potędze Republiki Rzymskiej sprawiło, że domy powstałe wspomnianym wyżej sposobem, tak rozrosły się w liczbie, że utworzyły osadę, którą zwano początkowo Villa Armina.

Dante Alighieri, mal. Sandro Botticelli

Po tych refleksjach sięgających czasów starożytnych, pojawia się postać Dantego w dziele Machiavellego już w czysto politycznym kontekście, a mianowicie wspomnianego wcześniej sporu między papiestwem a cesarstwem o najwyższy autorytet w świecie chrześcijańskim. Machiavelli zauważa, że w tym sporze, zapoczątkowanym w XI wieku, aż do roku 1215 Florentczycy zachowali jedność posłuszni będąc zwycięzcom i nie szukali innych rozwiązań, jak tylko by się ocalić. Ale podobnie jak w naszym ciele, im późniejsze są choroby, tym są niebezpieczniejsze i śmiertelne, tak działo się i z Florencją, im później poszła ze sporami stronnictw we Włoszech, tym silniej później one nią wstrząsnęły. Przyczyna pierwszego podziału jest szeroko znana, bo rozsławił ją Dante i wielu innych pisarzy, atoli wydaje mi się słuszne krótko o niej powiedzieć. Protagonistami tych wydarzeń były rody Buondelmonti, Uberti, Amidei i Donati, zaczynem spór o kobietę „pięknej urody” i vendetta na młodym messer Buondelmonti; w rezultacie: Morderstwo to podzieliło całe miasto. Jedni stanęli po stronie Buondelmontich, a inni po stronie Ubertich. A jako że obydwa rody bogate były w domy, wieże i ludzi, walczyły odtąd długie lata ze sobą, nie mogąc się wzajemnie (z miasta) wypędzić. Walki te nie skończyły się nigdy zawarciem pokoju, a były przerywane rozejmami; wskutek tego, zależnie od nowych wydarzeń, raz uspokajały się, to znów wybuchały.

Wesele di Buondelmonte, mal. Saverio Altamura

Od Dantego, autora pism odnoszących się  do dziejów Florencji, przeszedł w pewnym momencie  Machiavelli do Dantego polityka, florenckiego męża stanu. Był to czas, gdy podzielone na śmierć i życie frakcje gwelfów (Biali i Czarni) toczyły walki, w których główną rolę odgrywały rody Cerchi i Donati: Całe miasto znalazło się wtedy pod bronią. Ani Signoria miasta, ani prawa nic nie znaczyły wobec furii możnych. Najmądrzejsi i najlepsi spośród obywateli żyli pełni troski. Donati i ich stronnictwo byli w trudniejszym położeniu, gdyż byli słabsi. Wówczas, aby pomóc ich sprawie, messer Corso porozumiał się z pozostałymi przywódcami Czarnych i z kapitanami stronnictwa gwelfów, wspólnie postanowili zwrócić się do papieża z prośbą, aby przysłali męża z królewskiego rodu w celu zreformowania ustroju Florencji, zakładano bowiem, że tym sposobem uda się im pokonać Białych. Ta narada i porozumienie doszło do wiadomości priorów, a przeciwnicy ogłosili je jako spisek przeciw wolności miasta. Ponieważ oba stronnictwa były wówczas pod bronią, signiorzy, wśród których zasiadał także Dante, za jego radą i dzięki jego roztropności postanowili uzbroić lud, di którego przyłączyło się wielu okolicznych mieszkańców. Następnie zmusili przywódców stronnictw do złożenia broni i skazali messera Corso Donati na wygnanie wraz z wielu członkami stronnictwa Czarnych [1301]. Zwycięstwo okazało się jednak nietrwałe, gdyż ponownie władzę przejęli Czarni, a przede wszystkim pozostały we Florencji oba stronnictwa, a każde niezadowolone; Karol Walezjusz, brat króla Francji, uważany za głowę gwelfów, przywołany do uspokojenia nastrojów w mieście,pokazał w praktyce swych rządów, iż przybył, aby Florencję skłócić, a nie pojednać. Ostatecznie, w tym przypadku zwłaszcza dla przyszłego autora Boskiej Komedii, wszyscy z rodu Cerchich zostali skazani na wygnanie wraz ze swymi zwolennikami ze stronnictwa Białych, a między nimi znalazł się także poeta Dante. Ich dobra zostały zabrane, ich domy zburzone [1302]. Razem z wieloma gibelinami, którzy dołączyli do nich, rozproszeni na różne strony szukali w nowych mozołach nowego losu.

Bitwa pod Montaperti między gwelfami z Florencji a gibelinami z Sieny, mal. Villani

W Historiach florenckich działalność Dantego jako polityka, która musiała Machiavellemu przypominać jego własne nieszczęsne losy (jako jeden z przywódców Republiki Florenckiej był po powrocie Medyceuszy do rządów wręcz represjonowany i nigdy już nie wrócił do kręgu władzy, natomiast z przenikliwym realizmem jej mechanizmy w Księciu przedstawił) pojawi się po raz ostatni przy okazji opisu kolejnej wyprawy na Italię (1312-1313), w wyniku której Henryk Luksemburski koronował się w Rzymie jako cesarz Henryk VII. A ponieważ wśród celów cesarskiego działania było też uzyskanie wpływów we Florencji, na co pozytywnie odpowiedzieli rządzący Czarni, godząc się na powrót większości wygnańców, wśród tej mniejszej grupy – uważanych za wyjątkowo groźnych przeciwników – pozostali poza granicami kraju w większości gibelini oraz niektórzy członkowie stronnictwa Białych, a między nimi Dante Alighieri i synowie messera Veri de’Cerchi i messera Giana della Bella…

Polityka florencka – a zwłaszcza niekończące się wojny wewnętrzne i ciągłe podziały na zwalczające się frakcje – zniechęciła w pełni Dantego. Przejawem tego stała się pro-cesarska, ale przede wszystkim wyrażająca uniwersalną filozofię polityki De Monarchia… Ale to już inna historia.

Dr hab. Stefan Bielański, profesor uczelni na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie kieruje Zespołem Badawczym „Italian Studies”

Cytaty za: Niccolò Machiavelli, Historie florenckie. Przekład Karol Estreicher. Krytyczne opracowanie przekładu Stanisław Widłak, Bogumiła Bielańska. Wstęp Stefan Bielański, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa-Kraków 1990, s. 66, 68, 89-91, 98. 

Ave, Caesar!

Dzieło Swetoniusza Żywoty Cezarów [De vita Caesarum] przedstawia biografie dwunastu rzymskich władców. Przydomek [cognomen] jednego z nich, Caesar, stał się określeniem wszystkich rzymskich imperatorów, chociaż on sam nigdy królem nie był. Przydomek ów prawdopodobnie wywodził się z języka punickiego i oznaczał słoń. A przynajmniej tak twierdził sam Juliusz Cezar (Istnieje nawet denar Juliusza Cezara, na którym znajduje się słoń).

Niekoronowany król Rzymu, który decydował o losach miasta i świata, wywodzący swój ród od Eneasza i Wenus, jeden z najwybitniejszych polityków, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi, dyktator wieczysty, imperator i Ojciec Ojczyzny, najwyższy kapłan, uznawany za niezwyciężonego wodza: Juliusz Cezar… 15 marca, w dzień Id marcowych, 44 r. p.n.Ch., jak pisze Swetoniusz: zakłuty został dwudziestoma trzema ciosami. Tylko jeden z tych ciosów był śmiertelny – ten zadany przez Brutusa. Zamachowców było około sześćdziesięciu, ale tylko imię Brutusa stanęło w jednym szeregu z imieniem Judasza, stając się synonimem zdrajcy. Wszystkie okoliczności śmierci Cezara funkcjonują do dziś różnych językach, w postaci powszechnie używanych powiedzeń. Któż nie zna słów, które Swetoniusz włożył w usta umierającego Cezara słowa: Tu quoque, Brute, fili mi? (Ty też, Brutusie, mój synu?), albo Szekspirowskiego: I ty, Brutusie przeciwko mnie?

Marcus Iunius Brutus

Cezar zlekceważył liczne ostrzeżenia (Strzeż się Idów marcowych!), zginął z rąk zamachowców, ale nie będzie przesadą, jeśli powiemy, że wokół niego obraca się do dziś cała historia świata. Po zadaniu śmiertelnego ciosu Brutus zakrzyknął Sic semper tyrannis! (Tak zawsze kończą tyrani). Jednak, w pewnym sensie… Juliusz Cezar styranizował cały świat. W wielu językach i kulturach „żyje” do dziś: w Niemczech jako Kaiser, w Luksemburgu jako Keeser, w Norwegii i w Holandii jako keiser, w Islandii jako keisari, w Danii jako kejser, w Rosji jako цар (car), w Słowenii jako cesar, na Słowacji jako cisár, w Czechach – císař, w Bośni – care, w Serbii jako цару, w Polsce – cesarzi car,  na Węgrzech – császár

Juliusz Cezar

W pewnym sensie także rachuba czasu zawdzięczamy Cezarowi. To on wprowadził reformę kalendarza, który nazwano juliańskim. Miesiąc, w którym się urodził – Quintilis, od jego imieniawziął łacińską nazwę Iulius, od której pochodzi portugalskie julho, hiszpańskie julio, francuskie juillet, niemieckie Juli, niderlandzkie Juli, angielskie July, włoskie luglio, greckie Ιούλιος, rosyjskie июль… i tak dalej. Jako że u nas przeważnie bywa zupełnie inaczej niż wszędzie – w Polsce nazywamy ten miesiąc lipcem. 

A żona Cezara? Jak powszechnie wiadomo, jest poza wszelkim podejrzeniem i powinna mieć nieposzlakowaną opinię, nawet jeśli nie prowadzi się najlepiej.

Wanda Kapica

Niebieska komnata cudów w Palermo

W 2003 roku Giuseppe Cadili i Valeria Giarrusso kupili dom w Palermo, przy via Porta di Castro w dzielnicy Albergheria. Wewnątrz odkryli mieszkanie, które wygląda niczym zachwycająca scenografia arabska do „Baśni z tysiąca i jednej nocy” – jest całe wymalowane na niebiesko i pokryte arabskimi napisami. Do tej pory nie wiadomo do końca, w jakim celu powstała „Camera delle meraviglie”, czyli „Komnata cudów” w Palermo. Niebieskie ściany, zdobienia, liternictwo robią olbrzymie wrażenie i z punktu widzenia artystycznego są w istocie prawdziwym plastycznym cudem.

Sycylia przez długie wieki była wyspą, na której ścierały się różne kultury – od rzymskiej i kartagińskiej, przez arabską, bizantyjską, normańską po kulturowe i polityczne wpływy Burbonów czy Aragończyków. To wszystko, rzecz jasna, odcisnęło swoje piętno na sycylijskiej architekturze. „Niebieska komnata” jednak, nawet w tym tyglu, w którym mieszały się architektoniczne style i gatunki wydaje się czymś unikatowym – również z tego powodu, iż ciągle nie do końca wiadomo, czemu całe mieszkanie miało tak naprawdę służyć.

Pierwsza istotna rzecz dotyczy tego, że „Komnata cudów” powstała stosunkowo „niedawno”, najprawdopodobniej w XIX wieku. Któż jednak i dlaczego wszystkie ściany i sufity wymalował na niebiesko, zaś ściany pokrył malowanymi na srebrno arabskimi napisami? Oczywiście od czasu, gdy w 2003 dokonano odkrycia, rozpoczęto badania zabytku, używając do tego także najnowocześniejszych metod. W trakcie prac restauratorskich, prowadzonych m.in. przez Franco Fazzio, ujawniano coraz więcej srebrnych i złotych napisów, zaś prześwietlanie ścian promieniami X i używanie metod fluorescencji ujawniły nie tylko ukryte pod wierzchnią farbą rysunki, ale także umożliwiły datowanie na drugą połowę XIX wieku.

Czy mieszkanie służyło za niewielki meczet? Na to mogło np. wskazywać zorientowanie balkonu w stronę Mekki. Jednak dość szybko te interpretacje podważono. Przyjęto, że „Komnata Cudów” powstała, jak inne podobne w owym czasie (np. komnata króla Ferdynanda Burbona w Pallazina Cinese) w związku z modą na „orient”.
Z drugiej strony historyk Gaetano Basile postawił tezę, iż mieszkanie zostało tak wymalowane między XVIII a XIX wiekiem i było własnością bogatego muzułmańskiego kupca.
Dodatkową trudność sprawiał język – napisy były wykonane po arabsku, ale pośród nich znaleziono też wpisy po hebrajsku, a nawet słowa łacińskie, zaś gdzieniegdzie znajdowały się tzw. tughra (rodzaj ozdobnego napisu/pieczęci sułtanów imperium ottomańskiego). Najczęściej jednak powtarza się napis, jedna z maksym Mahometa: „Niech będzie pochwalony Bóg, nic mu się nie równa”.
Między innymi z tego względu historyk sztuki Vittorio Sgarbi uważa, że komnaty były przeznaczone do medytacji. Do innych wniosków doszedł profesor Sherif El Sebaie, który w 2014 roku opublikował książkę o „Komnacie cudów”. Konkludował w niej, iż całe mieszkanie jest niejako „fikcyjne”, zaś zostało tak wymalowane przez jakiegoś mieszkańca Palermo, który chciał mieć robiący wrażenie „orientalny pokój”. I że nie ma w niej tak naprawdę „arabskości”.
Jednak tę wersję podważyli inni historycy, z uniwersytetu w Bonn – Sebastian Heine i Sarjoun Karam. Poddali oni głębokiej analizie „niebieską komnatę” i doszli do wniosku, iż jest jednak ona wytworem kultury arabskiej, zaś jej korzenie mogą być dużo starsze, niż się sądziło.

Jedno jest pewne – „Komnata cudów” to wyjątkowe, niezmiernie ciekawe dzieło sztuki. „Che meraviglia!” („Jakie piękne!”) wykrzyknie z pewnością ten, kto przekroczy próg tajemniczego apartamentu w Palermo.

Tommaso Calvini/Faro d’Italia