Wpisy

Odszedł Diego, który kpił z bogactwa

Dominik Mucha dla Faro d’Italia: Będąc w Kampanii w 2017 roku, gdy Diego Maradona wizytował Neapol, rozmawiałem z wieloma szczególnie młodszymi fanami SSC Napoli o fenomenie Argentyńczyka i jego odbiorze przez neapolitańskie społeczeństwo. Maradona wówczas przyjmował honorowe obywatelstwo, a wśród mieszkańców ponownie dało się odczuć niezdrowe podniecenie faktem przyjazdu Maradony do stolicy południa Włoch. 

Kreował zbiorową wyobraźnią. Argentyńczyków, neapolitańczyków, Europejczyków. Niby bił się z Pele o palmę pierwszeństwa w erze futbolu sprzed rewolucji technologicznej 4.0, ale w świadomości kibiców, Brazylijczyk pozostaje symbolem, którego futbol europejski nie poznał. A Maradona go zmienił. Uformował. Choć swoje życie popiłkarskie zdeformował, pozbawiając się dobrych kilku lat życia. 

Maradona 1986. El Grafico.

Trudno w tych dniach będzie napisać coś zupełnie nowego i niesztampowego, odcyfrować jakąś nieznaną część przeszłości i twarz Maradony. Wiemy o pięknych golach, cudownej „ręce boga” i znaczeniu dla historii świata, bo w tle tego wydarzenia opinia publiczna żyła konfliktem o Falklandy. Nie zapominamy o mafii, narkotykach, które były nieodłącznym współtowarzyszem ziemskiej podróży Diego. 

Dwa mistrzostwa dla Napoli pozwoliły zdjąć z miasta odium „miejsca przeklętego”, powiedział mi kiedyś jeden z neapolitańczyków w Quartieri Spagnoli, ucinając, jak to mają w zwyczaju, kolejne sylaby z wypowiadanych wyrazów. Niełaskę losu, wiszącego nad południem po epidemii cholery w latach 70. i straszliwym trzęsieniu ziemi z 1980 roku, które na zawsze zmieniło region i miasto. „Żałujcie, że tego nie widzieliście” – cóż piękniejszego i bardziej „neapolitańskiego” można było wymyślić, niż ten napis skierowany do zmarłych, jaki pojawił się na murach miejskiego cmentarza po zdobyciu pierwszego scudetto. 

Plakat w dzielnicy Quartieri Spagnoli w Neapolu. Foto: Tomasz Łysiak/Faro d’Ttalia

Będąc w Kampanii w 2017 roku, gdy Diego Maradona wizytował Neapol, rozmawiałem z wieloma szczególnie młodszymi fanami SSC Napoli o fenomenie Argentyńczyka i jego odbiorze przez neapolitańskie społeczeństwo. Maradona wówczas przyjmował honorowe obywatelstwo, a wśród mieszkańców ponownie dało się odczuć niezdrowe podniecenie faktem przyjazdu Maradony do stolicy południa Włoch. 
Z rozmów dało się odczuć, że są  świadomi teatru jaki się wokół nich odbywa. Dla starszych, faktycznie był piłkarskim bogiem, który kpił z bogatej północy. Młodzi z szacunku dla swoich rodziców wchodzili na deski teatralne i uczestniczyli w spektaklu śpiewając „Ho mamà mamà mamà ho visto Maradona”. Choć z trudnym do ukrycia onieśmieleniem.

Millenialsi nie lubią bowiem pomników, a przecież Maradona, który chwiał się na scenie, który mówił nieskładnie i niewyraźnie, na monument nie wyglądał. Bełkotał. Z jednej strony pamiętano, gdy był wyganiany z Neapolu już w latach 90., bo wszyscy mieli go dość. Z drugiej… „Mamo, mamo, mamo przecież widziałem Maradonę”. Szaleństwo i teatr. 

Nieodłącznym tłem wszystkiego, co związane z Maradoną był rozhisteryzowany tłum. Gdzie się nie pojawiał, tam były okrzyki, piski i niesłychany tumult. Jak deszcz w filmie „Seven” z Morganem Freemanem i Bradem Pittem. Zawsze obecny i towarzyszący. Krzykliwy, nigdy cichy. I takie też było życie Diego Armando Maradony. Krzykliwe na boisku i poza nim.

Dominik Mucha

Włochy płaczą po Diego

Zmarł Diego Armando Maradona. Odszedł „Bóg Calcio”. Studio przedmeczowe Ligi Mistrzów tego dnia w telewizji Sky poświęcone jest jednemu tematowi – wielka „dziesiątka” na pierwszym planie. A poza tym wspomnienia – najlepsze mecze i bramki. Te dla Napoli i te dla Argentyny. Neapol i Argentyna – to dwa „obywatelstwa” Maradony, piłkarskiego geniusza i człowieka, który nie poradził sobie ze sławą, a jego upadek był równie spektakularny co kariera. Jednak jedno i drugie wpisało się w fenomen, jaki na zawsze pozostanie, jako część historii calcio.

Studio przedmeczowe w telewizji. Sky



Prasa włoska dzień po jego śmierci podejmuje na pierwszych stronach jeden główny temat – Maradona nie żyje. Neapolitański dziennik „Il Mattino” relacjonuje to, co działo się na ulicach miasta – tłumy na ulicach, pod stadionem, w miejscach, gdzie na ścianach budynków znajdują się murale poświęcone boskiemu Diego. Maradona – to Neapol, Neapol – to Maradona. Jeden z przechodniów zapytany przez dziennikarzy o to co czuje odpowiada: – umarł Neapol. Wspominają go najwięksi. Na łamach La Repubblica pisze o nim Saviano – „to mit mojego dzieciństwa”. Wiele stron dzisiejszej prasy poświęconych jest wspomnieniom – zarówno wielkiej gry piłkarskiego geniusza, jak i jego życiowego upadku. Diego zmarł – cóż za koincydencja – w dniu śmierci Fidela Castro. Same tytuły prasowe wskazują na to, jakie uczucia targają od wczoraj Włochami – „AD10S”, „Calcio w raju”, „Neapol i Argentyna w żałobie”, „Ciao Diego”, „Nikt tak jak on”….

„Nie. Maradona nie mógł umrzeć. Ponieważ miłość nigdy nie umiera”. „Nie wierzcie w to, to fałszywa informacja. To fake news”. „Proszę was, nie wierzcie w to”. „To nie może być prawda” „Jak mógłby w ogóle umrzeć ktoś taki, jak on?”- w emocjonalnym wpisie na łamach internetowych Corriere della Sera żegna go Maurizio de Giovanni.