Mussolini, architekci i calcio – co robić ze stadionami w Italii?

W sytuacji permanentnego kryzysu gospodarczego, opłakany stan stadionów piłkarskich na Półwyspie Apenińskim, naprawdę nie jest tym, co spędza sen z powiek włoskich decydentów, urzędujących na co dzień w Palazzo Chigi. Pandemia Covid-19 jeszcze wyraźniej oddzieliła sprawy ważne od drugoplanowych.

Dlatego zaskakująca informacja o ostatecznym porzuceniu pomysłu budowy nowego stadionu Romy, przemknęła gdzieś chyłkiem, między ponowną kłótnią w koalicji rządowej a niepokojącymi informacjami o zwiększającej się liczbie chorych na koronawirusa. W normalnych czasach sprawa byłaby roztrząsana przez największe osobistości medialne Italii. Bo jest symptomatyczna. I wskazuje na strategiczny problem, który dławi rozwój Włoch w XXI wieku – brak sprawczości. Włoski imposybilizm ujawnia się w wielu gałęziach sfer gospodarczych i administracyjnych. Jak się okazuje dopadł także calcio. 

Farsa w rzymskim sosie

Nie sposób zliczyć zwrotów akcji, jakie miały miejsce przy okazji niedoszłego rozpoczęcia budowy nowego stadionu Romy w dzielnicy Tor di Valle. Nowy obiekt był oczkiem w głowie poprzedniego właściciela giallorossich Jamesa Pallotty. Mniej lub bardziej sekundowali mu wszyscy burmistrzowie Rzymu, którzy w epoce jego rządów przewinęli się przez Piazza del Campidoglio. A byli to: Gianni Allemanno, Ignazio Marino, Francesco Paolo Tronca i Virginia Raggi. Każdy z nich reprezentował inną partię. Rządzili ci z prawicy, lewicy, jak i populistycznego Ruchu 5 Gwiazd, której przedstawicielką jest obecna pani burmistrz, na sztandarach wyborczych mająca hasła o wyplenieniu przewlekłej biurokracji i przywróceniu dawnego statusu, na jakie zasługuje Wieczne Miasto.

Stadio Olimpico

Wszyscy gospodarze stołecznego ratusza wlewali wiarę w serca romanistów marzących o nowym piłkarskim domu. Nastroje tonował główny architekt, odpowiedzialny za przygotowanie planów. Zrezygnowany, na jednej z konferencji, pozwalając sobie na chwilę szczerości, stwierdził: Zbudowanie czegokolwiek w Rzymie jest wyzwaniem”. Między wierszami bardzo łatwo można było wyczytać, że nie rozchodzi się mu o samą technikę prac budowlanych. „Kończy się prawdziwa farsa w typowo rzymskim sosie” – grzmiała stołeczna prasa, gdy Dan Friedkin oficjalnie zakomunikował, że budowa na Tor di Valle nie dojdzie do skutku. Podskórnie wszyscy mieli już dość tej telenoweli, która na czołówki programów telewizyjnych wracała wraz z kolejnymi skandalami politycznymi, śledztwami, opóźnieniami proceduralnymi, niekończącymi się zatrzymaniami przez carabinierich lub funkcjonariuszy Guardia di Finanza. I tylko żal utraconych 800 milionów euro zysków z potencjalnych inwestycji, czy 12 tysięcy nowych miejsc pracy.

Lokomotywa calcio

Obecnie nowe stadiony mają następujące kluby: Juventus, Udinese, Frosinone, Sassuolo i Atalanta. Bliskie urzeczywistnienia snu jest także Cagliari, jedyny przedstawiciel z tej grupy niepochodzący z północnej części kraju. Jednak akurat w kwestii budowy stadionów, często występujący podział północ-południe, nie ma zastosowania. Państwo w tej sferze, jak rzadko kiedy, jest niezwykle sprawiedliwe. 

Allianz Stadium – „nowy” stadion Juventusu FC

W drugiej dekadzie XXI wieku coś się ruszyło. Problemy legislacyjne próbowano naprawić ustawą, bowiem do grudnia 2013 nie było nawet przepisów regulujących sprawę budowy obiektów sportowych. Dlatego biurokratyczny proces stanowił przeszkodę nie do pokonania. We Włoszech średni czas budowy nowego stadionu waha się od 8 do 10 lat, w Europie potrzeba tylko 2 lub 3 lat. Mówimy o epokowym opóźnieniu. U nas wszystko jest zbyt złożone. Wymaganych jest siedem etapów autoryzacji, gdy za granicą potrzeba dwóch, bądź trzech – mówił swego czasu, Paolo Dal Pino, szef Serie A. Raport Deloitte, którego wnioski zostały przedstawione włoskiemu rządowi były jasne, to nowe stadiony mogą być lokomotywą włoskiego calcio. 

Dobra kultury

Niekończące się spory w radach miejskich, gąszcz wykluczających się przepisów, rozwlekła biurokracja, brak zielonego światła od polityków rangi krajowej. Do listy powodów wpływających na przewlekłość procesów dotyczących budowy stadionów, należy dopisać jeszcze jeden czynnik: „i beni culturali”. Dobra kultury. Niejako dotyczyło to także Rzymu, bowiem ten projekt krytykowany był również z powodu zaplecza, jakie chciano zbudować wraz ze stadionem na Tor di Valle. Na obszarze miejskim, który nie był do tego przystosowany. Najmocniej argumenty o ochronie dóbr kultury wybrzmiały jednak we Florencji. Stadion Artemio Franchi jest tworem Pier Luigi Nerviego, wybitnej klasy architekta. To było dzieło, które zdobyło międzynarodowe uznanie, a sugestywne detale jego florenckiej konstrukcji zainspirowały inżynierów i architektów na całym świecie” – pisano w obronie stadionu, gdy podniesiono pomysł jego wyburzenia. 

Budowa stadionu Artemio Franchi

Podobnie miała się sprawa z mediolańskim Stadio Giuseppe Meazza, który też chciano wyburzyć. Ministerstwo Dziedzictwa Kulturowego wyjaśniło, że choć budowla nie jest objęta ochroną ze względów historycznych, to jednak i tak musi być odpowiednio chroniona. 

Stadio Giuseppe Meazza przed rozbudową

Wyburzanie Artemio Franchi czy San Siro (jak nazywają kibice stadion w Mediolanie), staje się z miesiąca na miesiąc, coraz mniej realną opcją. Problemy są także w Bolonii, konstrukcji słynącej ze swojej specyficznej budowy. Alessandro Castagnaro, prezes Krajowego Stowarzyszenia Włoskich Inżynierów i Architektów mówił: „Rozbiórka to często pomysł na bałagan. Stadiony, o których mówimy stanowiły bardzo ważny element w dziedzinie architektury strukturalnej i często były wykonywane przez tak ważnych architektów, jak Pier Luigi Nervi. Wyburzenie stadionów w kraju, który musi skupiać się na dziedzictwie kulturowym stoi w sprzeczności z naszymi zasadami. Nie możemy wymazywać naszej kultury”.

Dziedzictwo historyczne

Musimy bowiem pamiętać, że we Włoszech stadiony stanowią część dziedzictwa kulturowego i architektonicznego. Stadion we Florencji był budowany przez wybitnego architekta i wpisywał się w miejską tkankę. Stadio Renato Dall’Ara w Bolonii także ma niebywałą historię, na którą wskazuje specyficzna i niewidziana na żadnym innym obiekcie budowla z wieżyczką. Littoriale, bo tak był nazywany stadion w czasach faszyzmu, wybudowany w 1929 roku miał stanowić perłę w koronie ówczesnej urbanistyki faszystowskiej. U podnóża tejże wieżyczki znajdowała się statua Benito Mussoliniego na koniu. Stanowiła ujęcie perspektywy, którą ujrzeli wszyscy zgromadzeni 31 października 1929 roku, gdy w trakcie inauguracji, ówczesny Duce triumfalnie wjechał konno na stadion.

Wspominając tamten dzień nie sposób pominąć próby zamachu na Mussoliniego, której próbował dokonać 15-letni anarchista. Strzał okazał się minimalnie niecelny, a nastoletni pechowiec zmarł pod butami wściekłych jednostek squadristów. Smutny chichot historii stanowił fakt, że chłopca zidentyfikował dowódca ochrony Duce – Carlo Alberto Pasolini. Ojciec… Pier Paolo. Tak, tego słynnego reżysera, filozofa, komunisty. Z pomysłu wyburzenia stadionu w Bolonii natychmiast się wycofano. Władze klubu na wczesnym etapie dyskusji w radzie miejskiej zauważyli, że planu nie sposób będzie doprowadzić do końca. Renowacja to maksimum tego, na co stać zasłużony obiekt w bolońskiej dzielnicy Saragozza. Gdy Włosi na szali stawiają rozwój oraz historię wraz z kulturą, wybór wcale nie okazuje się prosty. 

Trudno sobie wyobrazić, aby w czasach pandemii koronawirusa temat budowy stadionów otrzymał – nomen omen – nowe życie. To zbyt kosztowny wydatek, na który nie stać w obecnym czasie, ani państwa, ani społeczeństwa. I tylko „próchniejących” trybun żal… 

Dominik Mucha

1 komentuj

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *