Śmiertelny nieśmiertelny… Leonardo da Vinci!

Geniusz, który wymyka się chcącym łatwych klasyfikacji biografom, umysł i talent będący kołem zamachowym Renesansu, a jednocześnie twórca niewielkiej liczby skończonych malarskich dzieł; człowiek ponad czasem i przestrzenią; arcymistrz sztuk plastycznych, filozof, pisarz, konceptualista, matematyk, projektant, a wreszcie… malarz. Leonardo da Vinci – bohaterem nowego biograficznego serialu we włoskiej telewizji Rai. 

Ileż to już było „dzieł” inspirowanych życiem i twórczością Leonarda da Vinci – na czele z głośną na całym świecie książką Dana Browna i filmem powstałym na jej kanwie. Pewnie więcej niż stron we wszystkich kodeksach Leonarda – czyli w notatkach, rysunkach i spisanych słynnym lustrzanym pismem kartach zebranych po jego śmierci w odrębne zbiory. Notabene osiągały one i osiągają zawrotne ceny – przykładem najbliższym naszym czasom niech będzie Kodeks Leicester, czyli składający się z 36 kart w formacie folio notatnik, powstały w latach 1506-1510, a kupiony na aukcji Christie’s w listopadzie 1994 roku przez Billa Gatesa za zawrotną sumę 30.802.500 dolarów. 

Granica między tym, co zmyślone, a tym, co prawdziwe…

Spośród ostatnio powstałych produkcji kultury zwanej popularną głośnym stał się serial „Leonardo”, wyprodukowany przez włoską telewizję państwową Rai do spółki z francuską France Télévisions oraz niemiecką ZDF. Całość składającą się z ośmiu odcinków wyreżyserowali Dan Percival i Alexis Sweet, a główne role zagrały gwiazdy – Aidan Turner i Matilda De Angelis (rozpoznawalna na całym świecie po roli w hollywoodzkim serialu „Undoing”). Turner wciela się w Leonarda, zaś De Angelis gra Caterinę da Cremona – postać fikcyjną, wokół której zapleciony jest główny wątek serialu. Poza tym występują m.in. Freddie Highmore, Giancarlo Giannini, Robin Renucci.

Carlos Cuevas i Aidan Turner jako Leonardo, poniżej Matilda De Angelis jako Caterina da Cremona. Foto: Rai

O serialu było głośno jeszcze przed telewizyjną premierą, za sprawą reklam i wszechobecnych zapowiedzi, więc gdy wystartował – to z jednej strony wzbił się natychmiast na wyżyny oglądalności (nie bez kozery porównuje się go z wcześniejszą produkcją Rai – „Medyceuszami”), a z drugiej starł się z ostrzem krytyki ze strony historyków i publicystów piszących o sztuce. 

„Zazwyczaj dary niebios spływają na ludzi w sposób naturalny, a w sposób nadnaturalny łączą się w jednym człowieku wraz z pięknem, wdziękiem, talentem. Wybraniec losu wydaje się niebiański, a inni zostają w tyle. Widzieli to współcześni w osobie Leonarda da Vinci, który poza tym, że był niezwykłej urody, posiadał zdolności w każdej dziedzinie” – pisał Giorgio Vasari w „Żywotach najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów”.

Zacznijmy od podstawowych zarzutów formułowanych, choćby na łamach „La Repubblica”, przez pisarza Corrado Augiasa. Oto jednym z głównych wątków serialu jest historia domniemanego morderstwa, jakiego miał się dopuścić Leonardo na Caterinie da Cremona – śledztwo stanowi leitmotiv opowieści i ciągnie się przez cały serial. Problem w tym, że zarówno owo „zabójstwo”, jak i postać owej Katarzyny są fikcyjne. Jak pisze Augias, oczywiście wszyscy znamy doskonale, choćby z epoki romantycznej wynalazek zwany „litentia poetica” i zdajemy sobie sprawę z konieczności opierania historii na dobrym, zwartym dramatycznie, rozwoju wydarzeń, jednak rzecz w tym, że w filmie biograficznym (a do takiego aspiruje przecież „Leonardo”) należy umiejętnie wyznaczyć granicę między tym, co zmyślone, a tym co prawdziwe. Innymi słowy trzeba, jak na obrazie, wyznaczyć proporcje dzieła. Tymczasem według Augiasa działania scenarzysty idą zbyt daleko i nieprzygotowany widz może pogubić się, nie potrafiąc odróżnić tego, co prawdziwe od tego, co fikcyjne: „Leonardo aresztowany za morderstwo jest tylko pięknym tytułem z pierwszej strony dziennika. Tym bardziej, że wpisuje się to w dobrze funkcjonujący od dawna mechanizm połączonych sił miłości i śmierci. Tym razem jednak ze szkodą dla protagonisty, fałszując go tak grubą kreską…”.

„Uczłowieczenie” Leonarda

Autorka ciekawej książki o Da Vincim, Barbara Frale, w wywiadzie dotyczącym serialu (była też konsultantką „Medyceuszy”) uważa jednak, że pomimo różnych wad, czy naciągnięć narracyjnych serial broni się, chociaż jak sama dodaje, w swoich powieściach historycznych daje jedynie 5 do 10% pola własnej imaginacji, a poza tym woli trzymać się bliżej faktów. Jeszcze inni zwracają uwagę, że serial skonstruowany na samych faktach byłby zwyczajnie… nudny.

Giancarlo Giannini jako Andrea del Verrocchio, foto: Rai

Vittorio Sgarbi na łamach „Il Giornale“, przy różnych kąśliwych i krytycznych uwagach, pisze jednak i pozytywnie o całej produkcji – ma zresztą rację w tym względzie, że pomimo uproszczeń i problemów, „Leonarda“ ogląda się z przyjemnością. Czasem jednak, a nawet może zbyt często, zgrzytając zębami. Przy czym Sgarbi mniej ma pretensji o ów zmyślony wątek Katarzyny, a więcej o inne sprawy: na przykład pokazywanie w filmie rysunków, które… nigdy spod ręki Leonarda nie wyszły. A także do tego, iż generalnie twórcy przyjęli koncepcję „uczłowieczenia” Leonarda, pokazania go jako człowieka żyjącego w renesansowym „tu i teraz”. Gdzież więc geniusz opisany  u Vasariego, gdzie ten, który został obdarowany prawdziwie niezwykłym talentem, iskrą, darem Boga, gdzie geniusz wykraczający umysłem, wizją, możliwościami poza to, co mogą tu na Ziemi uczynić zwykli śmiertelnicy? To chyba najbardziej zasadne pytanie, jakie należy postawić, gdy ogląda się serial. I przyznam, że mam podobne wątpliwości, co do wyboru takiej narracyjnej drogi. 

Verrocchio był zdumiony

Leonardo urodził się 15 kwietnia 1452 roku w Anchiano, w okolicy miasteczka Vinci, jako nieślubne dziecko notariusza Piero. To ojciec, pomimo tego, że oddalił matkę chłopca i wydał ją za mąż, i pomimo tego, że sam poślubił inną kobietę – potem wykazał się ojcowską troską i w chwili gdy Leonardo miał dziesięć lat, zaprowadził go do bottegi swego przyjaciela, florenckiego mistrza, złotnika, rzeźbiarza i malarza Andrei Verrocchio i pokazał mu rysunki syna. Pisze o tym Vasari: „Verrocchio był zdumiony niezwykłymi początkami, jakie zobaczył i nastawał na pana Piotra, ażeby syn zgłosił się do niego”. Tak zaczęło się terminowanie w pracowni Verrocchia. W serialu twórcy zastosowali inne rozwiązanie – oto widzimy już dojrzałego Leonarda, jak pobiera nauki, wśród innych uczniów Verrocchia. I właściwie nic by w tym złego nie było, gdyby nie idące za tym pomysły w zbudowaniu postaci w sensie charakterologicznym, gdyby nie filmowy portret Leonarda. Dodam, że nawet fikcyjna intryga z Katarzyną z Cremony, byłaby dla mnie do przełknięcia (chociaż dla wielu budowanie narracji wokół pytania, czy Leonardo nie ukatrupił jakiejś ładnej babki, to stanowczo za dużo: czy nieprawdziwy główny wątek wokół prawdziwego bohatera nie zmieni się w utrwalany w głowach fałsz?), ale niestety na produkcji ciążą inne wady… 

Faceta pozbawiony pewności siebie

Uważam natomiast za błędny generalny zamysł (o czym pisze też Sgarbi) „uczłowieczania” geniusza – tak by się stał on bardziej ludzkim i przez to bliskim widzowi (tak rozumiem ów zabieg twórców: chcieli, by widz mógł utożsamiać się z bohaterem). Cóż bowiem mamy zamiast genialnego twórcy, którego umysł wykracza poza epokę i bije blaskiem iście nieśmiertelnym? Oto widzimy obdarzonego, owszem, wielkim talentem, wiedzą, przenikliwością Leonarda jako faceta pozbawionego pewności siebie, nie mającego charyzmy i wyjątkowości, nie przykuwającego magnetycznością duszy. Przy czym nawet zewnętrzny wizerunek bohatera odbiega od zapisków z epoki czy choćby Vasariego. Wiemy na przykład, że Leonardo niezwykle dbał o sposób, w jaki się ubierał, w dodatku był w tym względzie ekscentrykiem: lubił jaskrawe, zaskakujące, mocne kolory np. różowy. Tymczasem w serialu widzimy go w barwach ciemnych, brązowych. Zamiast słynnych jasnych kręconych włosów ma ciemną, czarną, wijącą się czuprynę i brodę. Dla odmiany inny bohater serialu – Ludovico Moro (przydomek „Moro” znaczy tyle co „ciemny”) zamiast tradycyjnie ukazywanej w malarstwie ciemnej karnacji i kruczoczarnych włosów – jest w filmie rudawym blondynem. Niby to szczegół, ale znaczący: pokazuje, że w wielu kwestiach twórcy szli bardzo mocno na skróty. 

W wywiadzie telewizyjnym, który przeprowadziła Mara Vernier, odtwórczyni roli Katarzyny Matilda De Angelis stwierdziła, że robiąc serial o Leonardo trzeba było „przymrużyć oko” i trochę sobie „robić jaja” z całej tej historii. Vernier wybuchła śmiechem, ale niestety wypowiedź De Angelis wskazuje na problem tej produkcji – za dużo w niej chyba „robienia sobie jaj”. 

Najgorsze jednak w moim odczuciu jest owo odebranie geniuszowi klimatu i wrażenia wielkiego, wymykającego się prostym opisom, twórcy. Co więcej, nawet aktorzy grający inne postaci mają niekiedy więcej charyzmy od niego – przykładem niech będzie Verrocchio (w tej roli znakomity Giancarlo Giannini). 

Andrea del Verrocchio, Chrzest Chrystusa, anioł z lewej strony to dzieło Leonarda

Już scena z prezentacją obrazu Verrocchia przedstawiającego chrzest Chrystusa (na którym Leonardo namalował pierwszego z lewej anioła, oraz nogi Jezusa, a także będący w oddali krajobraz), spłycona do jakiejś formy wernisażu, który mógłby się odbywać współcześnie w jednej z nowojorskich galerii, jest przykładem tych problemów. Leonardo jest w niej zalękniony i „zwykły”, a wartości dodać mu musi Caterina. Notabene i później, co jakiś czas, ktoś mu pomaga, wskazuje ślady i tropy, ścieżki jakimi trzeba podążać – odebrana jest mu genialna moc sprawcza, niezwykła inwencja i kreatywność. Na pomysł, by iść do rzeźnika i zobaczyć jak zwierzę wygląda od środka, wpada jego pomocnik!  

Historie pełne emocji

Weźmy też pracę Leonarda nad słynnym, nieskończonym „Pokłonem Trzech Króli”. Zamiast pokazać faktyczne metody pracy geniusza, widzimy jak rysuje kartony i każe z nich odrysowywać kształty uczniom. Tymczasem wyglądała to inaczej i moim zdaniem o wiele bardziej filmowo – Leonardo wbił gwóźdź (!) w centralny punkt dzieła, tam gdzie miały się zbiegać linie perspektywy. Od tego gwoździa poprowadził cienkie sznurki, które wyznaczyły linie i szkicował bezpośrednio na białym podkładzie. Co więcej, poprzedził wykonanie obrazu pogłębionymi studiami, pomysłami, specjalnym szkicem perspektywicznym, na którym zaczął nanosić wstępnie postaci. Początkowo miało być ich sześćdziesiąt, ale liczba została zredukowana do trzydziestu. Da Vinci planował, by ułożyły się w dynamiczny wir wokół będącego w centrum ekspozycji Zbawiciela. Każda zaś z postaci miała mieć „swoją historię“, być w pełni emocjonalna. To zresztą jedna z kilku cech wyróżniających Leonarda – jego psychologizowanie postaci, wydobywanie myśli, stanów emocjonalnych i w sposób zaiście cudowny przekazywanie ich na obrazie. Postaci Leonarda myślą, czują, mają swoją aurę psychiczną. W serialu pokazano to m.in. przy pracy nad portretem Ginevry Benci. Nota bene i tu twórcy „zaszaleli” – pokazali bowiem obciętą część obrazu. Owszem, wiadomo, że portret został o jedną trzecią skrócony i obecnie nie widać na nim dłoni Ginevry. Owszem, są znane szkice dłoni z kwiatem między palcami, które najprawdopodobniej służyły mistrzowi do wykonania dzieła. Ale jednak „domalowanie” ich na potrzeby filmu wiąże się z wejściem w sferę artystycznego sacrum i już na pierwszy rzut oka wygląda fatalnie, nie jest leonardowskie.

Leonardo da Vinci, Pokłon Trzech Króli, Florencja Galleria degli Uffizi

Niestety także i inne, zdawałoby się fundamentalne kwestie dotyczące warsztatu Leonarda albo nie są pokazane wcale, albo są bardzo spłycone: od kwestii stosowania farb olejnych (a nie tempery), przez sposób kreskowania w szkicach, po rozmazywanie farby palcami. A już scena, w której dorosłemu Leonardowi Verrocchio zaczyna tłumaczyć, że farby trzeba ucierać zatraca o infantylny komizm: to wiedziało każde dziecko w warsztacie, od tego bowiem zaczynało naukę. 

Uważny obserwator

„Leonardo podejmował się wielu rzeczy – pisał Vasari – dzięki swym umiejętnościom na polu sztuki, ale niczego nie skończył. Wydawało mu się, że ręka ludzka nie jest w stanie osiągnąć doskonałości w dziele, które on sobie wyobraża”. 

Z jednej strony geniusz artystyczny, a także matematyczno-inżynieryjny, człowiek opracowujący koncepcje, w których współdziałają różne gałęzie sztuki i nauki, od matematyki i geometrii przez chemię, optykę aż po doświadczenia teatralne i sceniczne, z drugiej twórca, który wielu rzeczy nie kończy – pozostawia po sobie kilkanaście dzieł malarskich, tysiące zapisanych stron notatek, rysunków inżynieryjnych, projektów pojazdów i broni, prac dotyczących perspektywy i sztuk malarskich.

W Kodeksie Atlantyckim radził aspirantom pragnącym stać się wielkimi malarzami często chodzić na spacery. Wychodzić i obserwować – ludzi, twarze, krajobrazy. Albo to, jak pada światło. Sam był uważnym obserwatorem, chłonął świat, by później twórczo go przekształcać. Ale myślał też o  nieśmiertelności – która w jego pojęciu (poza tym, co nauczał Kościół o zbawieniu) wiązała się z tym, by zostać w pamięci ludzi. By żyć dalej „w ich umysłach“. W tym sensie, oczywiście, osiągnął to, co zamierzał. 

Szkoda, że serial Rai, przy swoich zaletach (lekkości opowiadania, telewizyjnej sprawności) ma wspomniane wyżej wady. Szkoda, że przekonuje widza o tym, jak bardzo „śmiertelny” był Leonardo. W istocie przecież: nieśmiertelny!

Tomasz Łysiak

Serial dostępny na platformie i w aplikacji RaiPlay, z włoskimi napisami i włoskim dubbingiem. Jak korzystać z aplikacji dowiecie się z mini poradnika:

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *