Odeszła Raffaella Carrà – od Triestu w dół płaczą całe Włochy

Zmarła wielka gwiazda włoskiej telewizji, estrady, piosenki. Italia w żałobie – przypomina na łamach prasy jej najwybitniejsze kreacje, role, piosenki…

Właściwie nikt we Włoszech nie wiedział o jej chorobie. Tyleż to razy zdarzało się, że znikała, że gdzieś odpoczywała, że wyjeżdżała z rodziną na wakacje. By potem się pojawić. Teraz już się nie wróci. Raffaella Carrà odeszła na zawsze, pozostawiając Włochów nieutulonych w żalu, ale też pozostawiając Italii tyle pięknych wspomnień – piosenek, tańców, ról filmowych, poprowadzonych kultowych programów telewizyjnych. Odejście Raffaelli to bolesna strata dla włoskiej kultury. Tym bardziej, że tak nagła i niespodziewana – gwiazda telewizji i estrady odeszła w wieku 78 lat, po krótkiej walce z chorobą…

Carrà zmarła w Rzymie w poniedziałek 6 lipca o godz. 16.20 – nie pomogła opieka najlepszych lekarzy w jednej z klinik w Wiecznym Mieście. Agencje włoskie i zagraniczne podały tę smutną wiadomość poinformowane przez wieloletniego towarzysza życia, reżysera wielu jej spektakli – Sergio Japino. „Raffaella nas opuściła – zakomunikował – odeszła do lepszego świata, gdzie jej człowieczeństwo, jej uśmiech nie do podrobienia i jej niezwykły talent będą świecić nowym blaskiem”. Sergio wyjaśnił, iż gwiazda przeszła w ostatnich miesiącach prawdziwą kalwarię walcząc z ciężką chorobą, ale nie chciała by wieści o tym stały się podłożem zainteresowania prasy. Zupełnie tak – co jakoś da się wyczytać między wierszami w wypowiedzi Japino – jakby chciała, by publiczność zapamiętała ją z jej najpiękniejszych, najlepszych lat, z estrady, z teledysków, z piosenek i przebojów takich jak „Tuca tuca” czy „Tanti auguri”. To w tekście tej ostatniej piosenki nota bene jest jakieś motto całego jej życia, myślę sobie – 

„Com’è bello far l’amore da Trieste in giù
Com’è bello far l’amore io son pronta e tu
Tanti auguri
A chi tanti amanti ha
Tanti auguri
In campagna ed in città”

„Jak to pięknie kochać się, od Triestu w dół, jak to pięknie kochać się, jestem gotowa i ty też…” 

We wtorek rano, przed meczem ekscytującym całą Italię, półfinałem Mistrzostw Europy, Włochy-Hiszpania, największy dziennik sportowy kraju, „La Gazzetta dello Sport” na okładce dał napis „Od Triestu w dół”, a postać Raffaelli umieścił obok piłkarzy i trenera. Tak, mieli rację redaktorzy – w tym wszystkim chodzi o miłość. O miłość i piękno. Gdy to jest – jest wszystko. Odnajdziesz to i filiżance kawy, i w piosence, i w spojrzeniu na zatokę Surriento, i w piosence Raffaelli. I chyba jeszcze coś, co ukryte było w niej, w jej uśmiechu i co emanowało z jej duszy: radość. Radość życia. Może dlatego chciała, by nikt nie dowiedział się o chorobie, o szpitalnym łóżku? Nie chciała, by czarny całun śmierci, bólu, cierpienia przesłonił tę radość, która dała Włochom? Nie wiem…

Rafaella Carrà urodziła się w Bolonii jako Raffaella Maria Roberta Pelloni, 18 czerwca 1943 roku. Małżeństwo jej rodziców nie było szczęśliwie – szybko się rozpadło. Rafaella zaczęła swoją karierę w wieku ośmiu lat, grając w filmie „Tormento del passato”. Ale tak naprawdę owa kariera rozkwitła dopiero później, w latach sześćdziesiątych, za sprawą telewizji – w okresie, w którym Carrà przeniosła się do Rzymu. To tu spotkała pierwszą wielką miłość swojego życia, Gianniego Boncompagni, starszego od niej o dziewięć lat, mającego dzieci z poprzedniego małżeństwa. Matka oponowała, ale Raffaella nie miała wątpliwości – miłość nie zna wątpliwości. Jednak ich historia zakończyła się na początku lat osiemdziesiątych – wtedy Raffella była już gwiazdą, słynną piosenkarką z wielkimi przebojami w repertuarze oraz prowadzącą programy telewizyjne  – choćby „Canzonissima”, który to show prowadziła wraz z Corrado, wraz z nim śpiewając „Ma che musica Maestro!”. W 1971 roku w „Canzonissima” zaśpiewała słynne „Tuca tuca”, potem zaś pojawił się kawałek „Rumore” do którego tańczyła dosłownie cała Italia. 

W latach siedemdziesiątych Carrà wyprowadziła się do Hiszpanii. Tam, w 1981 roku, jak od uderzenia piorunem zakochała się w Sergio Japino. Miłość, jak sama zresztą opowiadała, była dla niej głównym impulsem wszystkich innych działań. „Miłość nigdy nie umiera, po prostu się zmienia, ale trwa” – mówiła. 

1995 rok to kolejny zwrot w jej życiu – Raffaella wymyśla i prowadzi show telewizyjny „Carramba! Che sorpresa!”, co wyznaczyło dalszą drogę – kolejnych sukcesów, piosenek, występów, od Teatru Ariston i festiwalu Sanremo (który notabene współprowadziła w 2001 roku), po ostatni znakomity program z 2019 roku „A raccontare cominicia tu”. 

Pozostawiła w żałobie całe Włochy. „To dla mnie cios – skomentował wiadomość o jej śmierci prezydent Sergio Mattarella – Carrà pozostawiła nam po sobie przekaz elegancji, uprzejmości, optymizmu”. Premier Włoch Mario Draghi mówił poruszony: „Jej uśmiech i jej szlachetność niosły imię Italii całemu światu”. „Byłaś, jesteś i będziesz zawsze jedyną królową – pożegnała ją piosenkarka Laura Pausini – dla mnie i dla całego świata”.

Ostatnie słowa jakie zostawiła po sobie Raffaella to był wpis, który w mediach społecznościowych pojawił się w dzień jej ostatnich urodzin, 18 czerwca tego roku: „Wasze uczucia tak mnie wzruszają, ściskam was i życzę wam lata, w którym wszystko wróci do normalności”…

Tomasz Łysiak 

Kino włoskie w Warszawie – Cinema Italia Oggi

„Martin Eden” Pietro Marcellego, „Najlepsze lata” Gabriele Muccino, czy zdobywcę największej ilości nagród David di Donatello 2021 „Chciałem się ukrywać” Giorgio Dirittiego, będzie można zobaczyć w warszawskim kinie Muranów, które od wielu lat wraz z Instytutem Kultury Włoskiej w Warszawie, organizuje przegląd najnowszych włoskich filmów. W tym roku odbędzie się on od 1 do 6 lipca. Przed każdym seansem krótkie prelekcje poprowadzi dr Anna Osmólska-Mętrak (italianistka, tłumacz, znawca włoskiej literatury i kina). 

Jedenaście filmów, najbardziej udanych i cenionych obrazów we Włoszech w sezonie 2020/2021. Po raz pierwszy, dzięki współpracy z Kinem Muranów – Gutek Film przegląd będzie prezentowany w siedmiu polskich miastach: Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach i Gdyni. Wszystkie filmy wyświetlane są w języku włoskim z polskimi napisami. 

Co zobaczymy w ramach przeglądu?

„Najlepsze lata” („Gli anni più belli”), reż. Gabriele Muccino

Od niewinnej młodości po blaski i cienie dorosłego życia. Od idealizmu po rozczarowania oraz frustracje. Ceniony włoski reżyser i scenarzysta Gabriele Muccino towarzyszy swoim bohaterom przez czterdzieści lat. Pokazuje ich losy na tle pełnej politycznych zawirowań najnowszej historii Włoch.    

„Martin Eden”, reż. Pietro Marcello

Film inspirowany jest bestsellerową powieścią Jacka Londona pod tym samym tytułem. Włoski reżyser Pietro Marcello przeniósł akcję do Neapolu połowy XX wieku. Odtwórca głównej roli Luca Marinelli za tę kreację odebrał nagrodę dla najlepszego aktora podczas 76. MFF w Wenecji.

Film biograficzny o Antonio Ligabue, włosko-szwajcarskim malarzu prymitywiście. 15 nominacji do nagród David di Donatello 2021 świadczy o klasie tego obrazu. Uznany za najlepszy film roku, z najlepszą reżyserią Giorgio Dirittiego oraz najlepszą główną rolę męską – fantastycznego Elio Germano, który nie tylko genialnie zagrał, ale dla roli nauczył się też języka niemieckiego z charakterystycznym szwajcarskim akcentem. 

„Chciałem się ukrywać” („Volevo nascondermi”), reż. Giorgio Diritti

Wszystko zostaje w rodzinie („Lacci”), reż. Daniele Luchetti

Uczuciowy thriller, opowieść o lojalności i niewierności, urazie i wstydzie. Neapol, wczesne lata 80. Małżeństwo Vandy i Alda przeżywa kryzys, gdy ten zakochuje się w młodej Lidii. Ich dwoje małych dzieci jest rozdartych między rodzicami. Jednak okazuje się, że więzi, które łączą rodzinę są bardzo silne, nawet bez miłości. Trzydzieści lat później Aldo i Vanda nadal są małżeństwem. Co się w tym czasie wydarzyło?

„Dzieci” („Figli”), reż. Giuseppe Bonito

Sara (Paola Cortellesi) i Nicola (Valerio Mastandrea) są zakochanym w sobie małżeństwem. Mają sześcioletnią córkę, Annę, i szczęśliwe życie. Pojawienie się na świecie drugiego dziecka, Pietra, wywraca do góry nogami poukładany świat całej rodziny, prowadząc do tragikomicznych sytuacji.

„Życie jak film klasy B” („Life As a B-Movie”), reż. Fabrizio Laurenti, Niccolò Vivarelli

Film dokumentalny o niespokojnym życiu Piera Vivarellego, pokazujący kalejdoskopową filmografię tego prowokatora, reżysera włoskich filmów klasy B wszystkich gatunków, autora tekstów muzycznych przebojów takich jak „24 000 baci” („Dwadzieścia cztery tysiące buziaków) Adriano Celentana czy wreszcie scenarzystę spaghetti westernu „Django” (1966). Vivarelli to także ulubiony twórca Quentina Tarantino.

„Rodzice kontra influencerzy” („Genitori vs Influencer”), reż. Michela Andreozzi

Paolo (Fabio Volo), nauczyciel filozofii, wdowiec, samotnie wychowuje córkę Simone (Ginevra Francesconi) i ma z nią bardzo dobrą relację. Jednak wraz z wejściem dziewczynki w wiek nastoletni idylla dobiega końca. Simone chce zostać influencerką. Paolo rozpoczyna kampanię przeciwko mediom społecznościowym, ale niespodziewanie sam staje się sławnym influencerem.

„Złe baśnie” („Favolacce”), reż. Damiano i Fabio D’Innocenzo

Owe baśnie rozgrywają się w upalne lato, na rzymskich przedmieściach, ale daleko im do sielanki i bajkowego klimatu, o czym można przekonać się rozszyfrowując oryginalny tytuł, który jest połączeniem włoskich słów „favole” – opowieść oraz „parolacce” – przekleństwo. Film zdobył m.in. Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz na Festiwalu w Berlinie, był nominowany do Europejskich Nagród Filmowych.

„Pod tym samym niebem” („Non Odiare”), reż. Mauro Mancini

Simone (Alessandro Gassmann) uznany chirurg żydowskiego pochodzenia, mieszka w centrum Triestu. Jest skonfliktowany z ojcem – ocalonym z Holokaustu więźniem obozu koncentracyjnego. Pewnego wieczoru, wracając do domu, rzuca się na ratunek mężczyźnie, który jest ofiarą pirata drogowego.

„Złota reguła” („La Regola d’Oro”), reż. Alessandro Lunardelli

Co ktoś taki jak Ettore Seppis robi za kulisami programu telewizyjnego, w primetimie? Sam się nad tym zastanawia, czekając na odbiór nagrody w Teatro Antico w Taorminie, tuż przed wyjściem na scenę wśród błysków fleszy i oklasków publiczności. Ettore jest żołnierzem, a ostatnie pięć miesięcy spędził jako więzień syryjskich fundamentalistów.

„Drapieżnicy” („I predatori”), reż. Pietro Castellitto

Jest wczesny ranek w Ostii. Mężczyzna puka do drzwi kobiety, której sprzeda zegarek. Kilka dni później, również rano, młody asystent filozofii zostaje wykluczony z grupy wybranej do ekshumacji ciała Nietzschego. Dwie poniesione krzywdy. Dwie pozornie różne rodziny: Pavone i Vismara.

Program na stronach www.iicvarsavia.esteri.it lub www.kinomuranow.pl

Foto: materiały Aurora Films/Gutek Film

Życie przed sobą

Nagrodzona przez Włoską Akademię Filmową Sophia Loren w filmie „Życie przed sobą” (La vita davanti a sé”) stworzyła kreację, która wpisze się do historii włoskiego kina, a dla niej samej stanowi kolejny brylant we wspaniałej karierze.

Książka Romaina Gary’ego pod tytułem „Życie przed sobą” to opowieść o chłopcu imieniem Momó, którego wychowuje była prostytutka Rosa. Rzecz dzieje się w biednej dzielnicy paryskiej, a Madama Rosa niesie za sobą bagaż traumatycznych doświadczeń z Asuchwitz. 

Edoardo Ponti (syn Sophii Loren i Carla Pontiego) przeniósł ją na ekran i w adaptacji dokonał dwóch zasadniczych zmian. Historia rozgrywa się w Bari, zaś Momó to czarnoskóry imigrant. Siłą filmu są kreacje aktorskie. Chłopca gra Ibrahim Gueye i robi to znakomicie. Ale absolutną gwiazdą, która niesie ten film jest Loren – wspaniała, głęboka, prawdziwa i mądra rola słynnej aktorki to bez wątpienia ukoronowanie jej artystycznej drogi. Przy tym wszystkim nie sposób oglądać filmu nie myśląc o upływającym czasie, nie pamiętając tych wielkich ról Loren z przeszłości, gdy jej uroda, charakter, wewnętrzny ogień stanowiły o magnetycznie przyciągającej wyjątkowości aktorki. W jednej ze scen, wiekowa przecież Sophia, tańczy – i od razu przypomina się kanoniczna scena jej tańca z „Chleb, miłość i…” Dino Rosiego, gdy tańczyła mambo z Vittorio De Sicą. 

„Życie przed sobą”. Foto: Netflix

„Życie przed sobą”, historia relacji między byłą prostytutką a przygarniętym przez nią chłopcem, to opowieść o upływającym czasie, o potrzebie miłości i bliskości, o tym, co ważne i co należy chwytać natychmiast, bo… zaraz tego nie będzie. To także film o matkach i dzieciach, babkach i wnukach, o relacjach międzypokoleniowych… A do tego dochodzi koloryt Bari, klimat domów, uliczek, codziennego życia w stolicy Apulii.

„Życie przed sobą” zostało nagrodzone Złotym Globem dla najlepszej piosenki. Utwór „Io sì”  wykonywany przez Laurę Pausini to włoska wersja piosenki Diane Warren (tekst po włosku napisała Pausini wraz z Niccolò Agliardi). Był on nominowany w 2021 roku do Oscara w kategorii najlepsza piosenka filmowa. 

Nagroda dla Sophie Loren – David di Donatello 2021 za najlepszą pierwszoplanową rolę żeńską to dobra rekomendacja tego, by zobaczyć film, który jest dostępny na platformie Netflix. 

TC

Sophia Loren, Monica Bellucci i Ennio Morricone – gala nagród David di Donatello 2021!

Za nami 66. edycja honorowania włoskich artystów kina przez Włoską Akademię Filmową. Na uroczystej gali przyznano nagrody David di Donatello 2021. Nie brakło wielkich wzruszeń. Wśród nagrodzonych Sophia Loren i Monica Bellucci. 

„O Madonno, pomóż mi – mówiła z głębokim wzruszeniem wspaniała Sophia Loren odbierając nagrodę za najlepszą rolę żeńską w znakomitym filmie (reżyserowanym nota bene przez jej syna) »La Vita davanti a sé« – aż trudno w to uwierzyć. Pierwszy raz odbierałam Dawida 60 lat temu, ale dzisiaj wydaje mi się, jakby teraz przydarzało się to po raz pierwszy. Radość i wzruszenie są te same”. Potem opowiadała o chłopcu, który zagrał z nią w filmie oraz o swoim synu Edoardo, dzięki któremu obraz powstał. Syn zresztą stał tuż obok na scenie – Sophii Loren trzeba było pomóc wejść po schodach. Głos wielkiej aktorki drżał, gdy dziękowała za nagrodę, a na koniec dodała: „Nie wiem, czy to jest mój ostatni film, mam chęć robienia kolejnych, ciągle jeszcze piękniejszych, ja bez kina nie mogę absolutnie żyć”. Po tych słowach zerwała się burza oklasków, a cała sala, na której przy osobnych stolikach siedzieli zaproszeni goście (zachowano odpowiedni dystans z racji COVID), wstała gotując wielkiej gwieździe standing ovation. Kwestia pandemii powracała w trakcie gali kilkakrotnie, w końcu ostatni rok odcisnął się bardzo mocno na całym przemyśle filmowym – zarówno jeśli chodzi o produkcje, jak i życie twórców. Poza Loren na scenie pojawiły się inne wielkie gwiazdy, niektóre uhonorowano Dawidami specjalnymi – i tak statuetkę dostała Monica Bellucci, która połączyła się z Bułgarii, gdzie kręci swój najnowszy film. Nagrodę za całokształt kariery otrzymała Sandra Milo, która powiedziała z charakterystycznym dla niej uśmiechem: „Nigdy nie jest za późno na nagrodę”. Trzeci David specjalny został przyznany aktorowi Diego Abatantuono.

Nagrody David di Donatello nazywane są czasem „włoskimi Oscarami” – przyznawane są twórcom włoskich filmów w różnych kategoriach filmowego rzemiosła: od reżyserii po kostiumy, scenografię, charakteryzację czy montaż. W tym roku o Dawidy ubiegało się kilku najsilniejszych konkurentów, wśród nich film o niepełnosprawnym umysłowo, acz genialnym malarzu Antonio Ligabue. Obraz miał najwięcej nominacji (15) i został też generalnym zwycięzcą tej edycji – zdobył nagrody za najlepszy film, za reżyserię dla Giorgio Dirittiego oraz za główną rolę dla fantastycznego Elio Germano. Aktor ten, aby wcielić się w niepełnosprawnego geniusza, musiał przejść też przemianę fizycznią, w czym pomagali (także nagrodzeni) charakteryzatorzy, fryzjerzy (samo ułożenie włosów było wyzwaniem). Germano nauczył się też języka niemieckiego z charakterystycznym szwajcarskim akcentem.

Elio Germano w roli Ligabue

Za role drugoplanowe nagrody poszły do rąk Matildy de Angelis i Fabrizio Bentivoglio za film „Nieprawdopodbna historia Wyspy Róż” (pisaliśmy o nim na łamach Faro d’Italia – jest w Polsce dostępny na Netflix). David za najlepszy debiut filmowy przypadł w udziale Pietro Castellitto za „I Predatori”. „Miss Marx” Susanny Nicchiarelli to niezmiernie ciekawy, kostiumowy film (polecamy!) o córce Karola Marksa – otrzymał dwie nagrody, jedną dla najlepszego producenta dla Massimo Cantiniego, drugą za najlepszą ścieżkę dźwiękową dla Gatto Ciliegia, Grande Freddo i Downtown Boys – muzyka rockowa w filmie z XIX wieku brzmi znakomicie!

Wśród wielkich przegranych można wymienić ciekawy film o Bettino Craxim („Hammamet”) oraz film braci d’Innocenzo „Favolacce”. Ten ostatni zresztą był przyczynkiem kontrowersji. Reżyser Gabriele Muccino, na Facebooku ogłosił iż wycofuje swój film „Gli anni piu belli” z kategorii najlepszy film oraz reżyseria, w proteście przeciwko nagradzaniu i promowaniu takich produkcji, jak Favolacce. To przez takie filmy, w jego mniemaniu, upada prestiż nagród David di Donatello. 

Przyznać trzeba, że „Favolacce” robią wrażenie offowego, amatorsko inscenizowanego i źle zagranego filmu, czego nie może rekompensować poetyckie podejście twórców ani poruszanie ważnych społecznie tematów. Rzemiosło w istocie powinno być na pierwszym miejscu. I słusznie! „Favolacce” miał aż 13 nominacji, ale dostał nagrodę tylko za montaż.

Za scenariusz oryginalny do filmu „I Figli”, zamiast zmarłego w 2019 roku Mattię Torre, nagrodę odebrała jego córka Emma, która stojąc obok mamy wygłosiła wzruszające podziękowania. 

Andrea Morricone dyryguje. Orkiestra gra utwór jego ojca.

Wręczanie Dawidów miało jeszcze jeden mocny, wzruszający element – były to chwile, w których z Teatro Opera di Roma, Rai transmitowała, między wręczaniem nagród, słynne utwory muzyki filmowej zmarłego w zeszłym roku wielkiego Ennio Morricone. Dyrygował jego syn Andrea. Nie dało się nie uronić łzy, słuchając przepięknych melodii, takich jak ta z „Cinema Paradiso”. Nagrody David di Donatello przypomniały, że nawet d dobie pandemii kino może być miejscem, w którym ciągle trwa szukanie tego, co piękne i prawdziwe. 

TC

Mamma son tanto felice!

Dzień Matki we Włoszech obchodzony jest w drugą niedzielę maja. W tym roku w Italii składa się życzenia Mamom 9 maja. Z tej okazji przypominamy jedną z najpiękniejszych włoskich piosenek o mamie – „Mamma son tanto Felice” Beniamino Gigli, szczególnie że obchodzi ona jubileusz, powstała 80 lat temu!

Święto wszystkich Mam w Polsce jest obchodzone 26 maja ale na świecie wygląda to różnie – większość krajów świętuje w maju, część w marcu. Jego historia współczesna sięga XIX wieku i zaczęła się w Stanach Zjednoczonych. Jednak święto matki było obchodzone, w różnych formach już w starożytności. We Włoszech obchodzono je na przykład 24 grudnia 1933, gdy celebrowano Dzień Matki i Dziecka, ale ustanowiono je w końcu oficjalnie dopiero w roku 1956 w wyniku inicjatywy senatora Raoula Zaccariego.

Któż nie zna słynnej piosenki „Mamma son tanto felice!” („Mamo, jestem tak szczęśliwy!”)? I ciągle gdzieś się ona pojawia, choćby w ostatniej edycji MasterChef Italia: ciągle nucił ją jeden z finalistów, Monir… Piosenka powstała na potrzeby filmu, który na włoskie ekrany wszedł w czasie w wojny, w lutym 1941 roku, a zatytułowanego „Mamma”. Fabuła obrazu w reż. Guido Brignone koncentrowała się na wątku romansowym – tenor operowy wraca do matki, wraz ze swą świeżo poślubioną żoną. Ta wpada w oko młodemu amantowi z okolicy i na tyle daje mu się zwieść, iż z nim ucieka. Matka, gdy widzi jaka tragedia spotka syna rusza w ślad za kobietą i namawia ją do powrotu na dobrą drogę.

To jednak nie film sam w sobie wszedł do kanonu kulturowego Włoch, lecz jego tytułowa piosenka pojawiająca się już w trakcie początkowych napisów: „Mamma son tanto felice!” śpiewana przez Beniamino Gigili stała się jednym z hitów wszech czasów Italii, a do dzisiaj można ją usłyszeć w zaułkach i uliczkach włoskich miasteczek, gdy ktoś śpiewa ją lub gwiżdże samą melodię.

Życząc wszystkiego najlepszego Mamom – i tym włoskim i polskim, i na drugą niedzielę maja i na 26 maja – przypominamy piosenkę. Najpierw w wykonaniu oryginalnym Beniamino Gigli a potem świetnego Luciano Pavarotti.

Ogień! – Pali. Jeszcze. Startuje 39 Bergamo Film Meeting

Nakręcony w 1915 roku niemy film „Ogień” Giovanniego Pastrone zilustrowany współcześnie znakomitą muzyką graną na żywo w takich miejscach jak Teatro Donizetti, Audytorium Piazza della Libertà, Akademia Carrara czy Bazylika Santa Maria Maggiore – otwiera 39 festiwal Bergamo Film Meeting. 

To wydarzenie, w którym spotyka się muzyka i film. Szczególnie wyraziście wybrzmiewające w dobie pandemii. Swego rodzaju performance artystyczny, dostępny przez streaming w internecie 24 kwietnia od godz. 14.00. 

„Ogień” w reż. Giovanniego Pastrone to film niemy, który powstał w 1915 roku, pod wyraźnym wpływem D’Annunzia, zaś Pastrone zrealizował go pod pseudonimem Piero Fosco. Fabuła filmu osnuta jest wokół romansu pewnej „femme fatale” i malarza (w tych rolach gwiazda włoskiego kina niemego Pina Menichelli oraz Febo Mari). 

To jednak nie sam film ma być centralną częścią wydarzenia – jest raczej jedynie jego narracyjną kanwą, gdyż całość ma być dla widzów doświadczeniem audiowizualnym, swego rodzaju spektaklem i koncertem. 

„Ogień – Pali. Jeszcze. Paolo Fresu, Elio Biffi, Paolo Spaccamonti, Gerardo Chimini grają Il fuoco Giovanni Pastrone” – tak brzmi jego pełen tytuł. Muzycy grają w takich miejscach jak Teatro Donizetti, Audytorium Piazza della Libertà, Akademia Carrara czy Bazylika Santa Maria Maggiore w Bergamo, zaś w tle wyświetlany jest film. I to stanowi o wyjątkowości wydarzenia – widzowie bowiem dzięki tej produkcji „wstawią stopę” do owych pięknych miejsc, i choć wirtualnie, to jednak znajdą się na chwilę w Bergamo. 

Całość to produkcja Lab 80 film, twórcą pomysłu jest Simone Boglioni, zaś reżyserują wydarzenie Andrea Zanoli i Stefano P. Testa. 

Nadia Ghisalberti, Radca Kulturalny gminy Bergamo powiedziała: „Kultura nie zatrzymuje się, a wręcz przeciwnie udaje nam się, także w trudnej sytuacji związanej z pandemią w której żyjemy od roku, tworzyć nowe projekty. Kryzys, który rzucił na kolana cały sektor kultury, wyostrzył także nasze spojrzenie na te inicjatywy, które świadczą o olbrzymiej woli przeciwstawienia się złemu losowi, wyzwolił siłę, kreatywność, chęć tworzenia nowych, alternatywnych inicjatyw. To właśnie w tym świetle trzeba patrzeć na tę edycję BFM (w roku uprzednim festiwal się nie odbył – przyp. FdI) i na tę nową, fantastyczną produkcję, piękną, oryginalną, a goszczącą w tak symbolicznych dla naszego miasta miejscach i to z tak wspaniałymi artystami”.

Seans muzyczno-filmowy można oglądać, w formie bezpłatnej, na stronie BFM www.bergamofilmmeeting.it

Film „Il fuoco” został udostępniony przez Muzeum Kina w Turynie. 

Festiwal Bergamo Film Meeting zaczynał od formy przeglądu i dopiero z czasem doszedł do idei konkursu. Jednak duża jego część ma formę przeglądu, w którym do roku znajdują się odrębne części poświęcone reżyserom, tematom, czy też retrospektywy dedykowane wielkim twórcom kina nie tylko włoskiego ale i światowego. W tym roku widzowie obejrzą między innymi kilka filmów Jerzego Skolimowskiego w odrębnie poświęconej polskiemu reżyserowi części (Omaggio a Jerzy Skolimowski), będą też bloki takich twórców jak Volker Schlöndorff i Márta Mészáros. Polska obecność na festiwalu to także filmy animowane Izabeli Plucińskiej. 

Filmy można oglądać od 24 kwietnia do 2 maja, wykupując bądź jednorazowy bilet (5 euro), bądź jeden z abonamentów. 

Program pod linkiem:

https://www.bergamofilmmeeting.it/festival/bergamo-film-meeting-39/tutte-le-sezioni-bfm39/

TC

L’isola delle rose – włoska utopia z lat 60.

To jeden z tych tematów, które same przez się, aż się proszą, by przenieść je na ekran. Wyobraźmy sobie, że oto nagle na wodach eksterytorialnych ktoś buduje wyspę, która… staje się państwem prowadzącym poważne rozmowy z ONZ i rządem włoskim. A tego właśnie dokonał Giorgio Rosa. W latach sześćdziesiątych. 

„L’incredibile storia dell’Isola delle Rose”, czyli – jak to przetłumaczył na polski Netflix – „Wyspa róży”, to fantastycznie, lekko i z dystansem opowiedziana prawdziwa historia, która swego czasu gościła na pierwszych stronach nie tylko włoskich, ale i światowych dzienników. 

Wszystko zaczęło się jeszcze w latach pięćdziesiątych, gdy pewnemu inżynierowi z Bolonii, panu Giorgiowi Rosa, wpadła do głowy taka oto myśl, by poza zasięgiem wód terytorialnych Italii wybudować wyspę… Nie z piasku, czy kamieni, ale techniką, którą stawia się na morzu platformy wiertnicze. Od pierwszej iskry w głowie do ruszenia „do boju” nie było daleko. Ale budowa trwała długo – od 1958 do 1967 roku. W końcu się udało – zbudowana ze stali i betonu wyspa miała jedynie 400 metrów kwadratowych. Kluczem do pomysłu było właśnie to, że znajdowała się poza jurysdykcją włoską, a właściwie… jakąkolwiek jurysdykcją. Jeśli więc w Italii zakazane były gry hazardowe czy kasyna, czemu na leżącej na własnej wyspie nie pozwolić sobie na robienie, tego, co się chce, czyli na przykład na uprawianie hazardu? 

Wyspa leżała w odległości 11,61 kilometra od Rimini i od wybrzeża włoskiego (ponad 6 mil i o 500 metrów dalej niż wynosi granica wód terytorialnych), ale co ciekawe – wytworzyła wokół siebie 62,54 km kwadratowych powierzchni własnych wód terytorialnych!

Isola delle Rose i dokująca przy niej łódź…

W każdym razie 1 maja 1968 roku l’Isola delle Rose ogłosiła… niepodległość! Kilka zaskakująco dziwnych postaci, które na niej zamieszkiwały (wraz z założycielem Giorgio) utworzyło rząd, stworzyło własną pocztę, znaczki, a także flagę i herb (na pomarańczowej fladze widniały róże). Językiem urzędowym stało się esperanto. 

Najciekawszym było jednak to, że powstałe miniaturowe państewko postanowiło wywalczyć sobie pełne prawa na arenie międzynarodowej – nie tylko w stosunku do „sąsiedniej“ Italii, ale także wobec potęg światowych – w Europie rozmawiając w Strasburgu, a w Nowym Jorku paktując z samym z ONZ. Jak się skończyła historia z wyzwaniem rzuconym światu? Tego nie zdradzimy – dość dobrze pokazuje to film, a nie chcielibyśmy „spojlerem“ zepsuć państwu przyjemności oglądania. 

Reżyserem „Incredibile storia dell’isola delle rose“ jest urodzony w Salerno Sydney Sibilia, twórca znakomitych krótkich metraży, który był także aktywny na rynku reklamowym, kręcił spoty reklamowe z Matteo Rovere, by potem z Valerio Attanasio napisać i zrealizować swój debiut długometrażowy – „Smetto quando voglio” („Przestanę, gdy zechcę”) o naukowcach produkujących narkotyki. 

Z kolei znany reżyser Matteo Rovere został producentem filmu opowiadającego historię „Wyspy Róż” (i za to jest nominowany do włoskich nagród filmowych David di Donatello 2021). Sam Sibilia nomimacji nie dostał, ale jego film ma ich w sumie aż 11, w tym dla aktorki drugoplanowej – Matildy de Angelis, aktora drugoplanowego – Fabrizio Bentivoglio… 

Fabrizio Bentivoglio

Film Sibilli ma kilka fundamentalnych zalet – pierwszą z nich jest bez wątpienia dystans i lekkość opowiadania. Ta historia ma potencjał komediowy, ale to co istotne, to fakt, iż opowieść płynie wśród zabawnej atmosfery i znakomicie zagranych ról bez dociskania zbyt mocno, a dzięki temu film nie staje się po prostu komedią. Anzi! – wykrzyknijmy po włosku (więcej!) – ma ona walor przypowieści o potrzebie wolności i o duszeniu jej we współczesnym świecie przez coś, co na ogół nazywa się „systemem”. Hipisowska wolność dekady późniejszej na „Wyspie róż”? Utopia realizowana za pomocą stali i betonu? Coś w tym może jest, ale też od razu podkreślmy kolejny walor filmu: jego iście włoski klimat. Czy może być coś bardziej włoskiego niż… nurek wykonujący nawet pod wodą charakterystyczne włoskie gesty? Koloryt Włoch lat sześćdziesiątych (muzyka, scenografia, kostiumy) wzmocniony jest wreszcie jeszcze jednym walorem: kreacjami aktorskimi.

W głównej roli znakomity Elio Germano, a partnerują mu nie tylko bardzo dobra De Angelis, ale także… rewelacyjny Fabrizio Bentivoglio jako minister spraw wewnętrznych. 

Pozostaje czekać, które z jedenastu nominacji przełożą się na nagrody David di Donatello… A wszystkim widzom polecamy film. Do oglądania na platformie Netflix. 

TC

Śmiertelny nieśmiertelny… Leonardo da Vinci!

Geniusz, który wymyka się chcącym łatwych klasyfikacji biografom, umysł i talent będący kołem zamachowym Renesansu, a jednocześnie twórca niewielkiej liczby skończonych malarskich dzieł; człowiek ponad czasem i przestrzenią; arcymistrz sztuk plastycznych, filozof, pisarz, konceptualista, matematyk, projektant, a wreszcie… malarz. Leonardo da Vinci – bohaterem nowego biograficznego serialu we włoskiej telewizji Rai. 

Ileż to już było „dzieł” inspirowanych życiem i twórczością Leonarda da Vinci – na czele z głośną na całym świecie książką Dana Browna i filmem powstałym na jej kanwie. Pewnie więcej niż stron we wszystkich kodeksach Leonarda – czyli w notatkach, rysunkach i spisanych słynnym lustrzanym pismem kartach zebranych po jego śmierci w odrębne zbiory. Notabene osiągały one i osiągają zawrotne ceny – przykładem najbliższym naszym czasom niech będzie Kodeks Leicester, czyli składający się z 36 kart w formacie folio notatnik, powstały w latach 1506-1510, a kupiony na aukcji Christie’s w listopadzie 1994 roku przez Billa Gatesa za zawrotną sumę 30.802.500 dolarów. 

Granica między tym, co zmyślone, a tym, co prawdziwe…

Spośród ostatnio powstałych produkcji kultury zwanej popularną głośnym stał się serial „Leonardo”, wyprodukowany przez włoską telewizję państwową Rai do spółki z francuską France Télévisions oraz niemiecką ZDF. Całość składającą się z ośmiu odcinków wyreżyserowali Dan Percival i Alexis Sweet, a główne role zagrały gwiazdy – Aidan Turner i Matilda De Angelis (rozpoznawalna na całym świecie po roli w hollywoodzkim serialu „Undoing”). Turner wciela się w Leonarda, zaś De Angelis gra Caterinę da Cremona – postać fikcyjną, wokół której zapleciony jest główny wątek serialu. Poza tym występują m.in. Freddie Highmore, Giancarlo Giannini, Robin Renucci.

Carlos Cuevas i Aidan Turner jako Leonardo, poniżej Matilda De Angelis jako Caterina da Cremona. Foto: Rai

O serialu było głośno jeszcze przed telewizyjną premierą, za sprawą reklam i wszechobecnych zapowiedzi, więc gdy wystartował – to z jednej strony wzbił się natychmiast na wyżyny oglądalności (nie bez kozery porównuje się go z wcześniejszą produkcją Rai – „Medyceuszami”), a z drugiej starł się z ostrzem krytyki ze strony historyków i publicystów piszących o sztuce. 

„Zazwyczaj dary niebios spływają na ludzi w sposób naturalny, a w sposób nadnaturalny łączą się w jednym człowieku wraz z pięknem, wdziękiem, talentem. Wybraniec losu wydaje się niebiański, a inni zostają w tyle. Widzieli to współcześni w osobie Leonarda da Vinci, który poza tym, że był niezwykłej urody, posiadał zdolności w każdej dziedzinie” – pisał Giorgio Vasari w „Żywotach najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów”.

Zacznijmy od podstawowych zarzutów formułowanych, choćby na łamach „La Repubblica”, przez pisarza Corrado Augiasa. Oto jednym z głównych wątków serialu jest historia domniemanego morderstwa, jakiego miał się dopuścić Leonardo na Caterinie da Cremona – śledztwo stanowi leitmotiv opowieści i ciągnie się przez cały serial. Problem w tym, że zarówno owo „zabójstwo”, jak i postać owej Katarzyny są fikcyjne. Jak pisze Augias, oczywiście wszyscy znamy doskonale, choćby z epoki romantycznej wynalazek zwany „litentia poetica” i zdajemy sobie sprawę z konieczności opierania historii na dobrym, zwartym dramatycznie, rozwoju wydarzeń, jednak rzecz w tym, że w filmie biograficznym (a do takiego aspiruje przecież „Leonardo”) należy umiejętnie wyznaczyć granicę między tym, co zmyślone, a tym co prawdziwe. Innymi słowy trzeba, jak na obrazie, wyznaczyć proporcje dzieła. Tymczasem według Augiasa działania scenarzysty idą zbyt daleko i nieprzygotowany widz może pogubić się, nie potrafiąc odróżnić tego, co prawdziwe od tego, co fikcyjne: „Leonardo aresztowany za morderstwo jest tylko pięknym tytułem z pierwszej strony dziennika. Tym bardziej, że wpisuje się to w dobrze funkcjonujący od dawna mechanizm połączonych sił miłości i śmierci. Tym razem jednak ze szkodą dla protagonisty, fałszując go tak grubą kreską…”.

„Uczłowieczenie” Leonarda

Autorka ciekawej książki o Da Vincim, Barbara Frale, w wywiadzie dotyczącym serialu (była też konsultantką „Medyceuszy”) uważa jednak, że pomimo różnych wad, czy naciągnięć narracyjnych serial broni się, chociaż jak sama dodaje, w swoich powieściach historycznych daje jedynie 5 do 10% pola własnej imaginacji, a poza tym woli trzymać się bliżej faktów. Jeszcze inni zwracają uwagę, że serial skonstruowany na samych faktach byłby zwyczajnie… nudny.

Giancarlo Giannini jako Andrea del Verrocchio, foto: Rai

Vittorio Sgarbi na łamach „Il Giornale“, przy różnych kąśliwych i krytycznych uwagach, pisze jednak i pozytywnie o całej produkcji – ma zresztą rację w tym względzie, że pomimo uproszczeń i problemów, „Leonarda“ ogląda się z przyjemnością. Czasem jednak, a nawet może zbyt często, zgrzytając zębami. Przy czym Sgarbi mniej ma pretensji o ów zmyślony wątek Katarzyny, a więcej o inne sprawy: na przykład pokazywanie w filmie rysunków, które… nigdy spod ręki Leonarda nie wyszły. A także do tego, iż generalnie twórcy przyjęli koncepcję „uczłowieczenia” Leonarda, pokazania go jako człowieka żyjącego w renesansowym „tu i teraz”. Gdzież więc geniusz opisany  u Vasariego, gdzie ten, który został obdarowany prawdziwie niezwykłym talentem, iskrą, darem Boga, gdzie geniusz wykraczający umysłem, wizją, możliwościami poza to, co mogą tu na Ziemi uczynić zwykli śmiertelnicy? To chyba najbardziej zasadne pytanie, jakie należy postawić, gdy ogląda się serial. I przyznam, że mam podobne wątpliwości, co do wyboru takiej narracyjnej drogi. 

Verrocchio był zdumiony

Leonardo urodził się 15 kwietnia 1452 roku w Anchiano, w okolicy miasteczka Vinci, jako nieślubne dziecko notariusza Piero. To ojciec, pomimo tego, że oddalił matkę chłopca i wydał ją za mąż, i pomimo tego, że sam poślubił inną kobietę – potem wykazał się ojcowską troską i w chwili gdy Leonardo miał dziesięć lat, zaprowadził go do bottegi swego przyjaciela, florenckiego mistrza, złotnika, rzeźbiarza i malarza Andrei Verrocchio i pokazał mu rysunki syna. Pisze o tym Vasari: „Verrocchio był zdumiony niezwykłymi początkami, jakie zobaczył i nastawał na pana Piotra, ażeby syn zgłosił się do niego”. Tak zaczęło się terminowanie w pracowni Verrocchia. W serialu twórcy zastosowali inne rozwiązanie – oto widzimy już dojrzałego Leonarda, jak pobiera nauki, wśród innych uczniów Verrocchia. I właściwie nic by w tym złego nie było, gdyby nie idące za tym pomysły w zbudowaniu postaci w sensie charakterologicznym, gdyby nie filmowy portret Leonarda. Dodam, że nawet fikcyjna intryga z Katarzyną z Cremony, byłaby dla mnie do przełknięcia (chociaż dla wielu budowanie narracji wokół pytania, czy Leonardo nie ukatrupił jakiejś ładnej babki, to stanowczo za dużo: czy nieprawdziwy główny wątek wokół prawdziwego bohatera nie zmieni się w utrwalany w głowach fałsz?), ale niestety na produkcji ciążą inne wady… 

Faceta pozbawiony pewności siebie

Uważam natomiast za błędny generalny zamysł (o czym pisze też Sgarbi) „uczłowieczania” geniusza – tak by się stał on bardziej ludzkim i przez to bliskim widzowi (tak rozumiem ów zabieg twórców: chcieli, by widz mógł utożsamiać się z bohaterem). Cóż bowiem mamy zamiast genialnego twórcy, którego umysł wykracza poza epokę i bije blaskiem iście nieśmiertelnym? Oto widzimy obdarzonego, owszem, wielkim talentem, wiedzą, przenikliwością Leonarda jako faceta pozbawionego pewności siebie, nie mającego charyzmy i wyjątkowości, nie przykuwającego magnetycznością duszy. Przy czym nawet zewnętrzny wizerunek bohatera odbiega od zapisków z epoki czy choćby Vasariego. Wiemy na przykład, że Leonardo niezwykle dbał o sposób, w jaki się ubierał, w dodatku był w tym względzie ekscentrykiem: lubił jaskrawe, zaskakujące, mocne kolory np. różowy. Tymczasem w serialu widzimy go w barwach ciemnych, brązowych. Zamiast słynnych jasnych kręconych włosów ma ciemną, czarną, wijącą się czuprynę i brodę. Dla odmiany inny bohater serialu – Ludovico Moro (przydomek „Moro” znaczy tyle co „ciemny”) zamiast tradycyjnie ukazywanej w malarstwie ciemnej karnacji i kruczoczarnych włosów – jest w filmie rudawym blondynem. Niby to szczegół, ale znaczący: pokazuje, że w wielu kwestiach twórcy szli bardzo mocno na skróty. 

W wywiadzie telewizyjnym, który przeprowadziła Mara Vernier, odtwórczyni roli Katarzyny Matilda De Angelis stwierdziła, że robiąc serial o Leonardo trzeba było „przymrużyć oko” i trochę sobie „robić jaja” z całej tej historii. Vernier wybuchła śmiechem, ale niestety wypowiedź De Angelis wskazuje na problem tej produkcji – za dużo w niej chyba „robienia sobie jaj”. 

Najgorsze jednak w moim odczuciu jest owo odebranie geniuszowi klimatu i wrażenia wielkiego, wymykającego się prostym opisom, twórcy. Co więcej, nawet aktorzy grający inne postaci mają niekiedy więcej charyzmy od niego – przykładem niech będzie Verrocchio (w tej roli znakomity Giancarlo Giannini). 

Andrea del Verrocchio, Chrzest Chrystusa, anioł z lewej strony to dzieło Leonarda

Już scena z prezentacją obrazu Verrocchia przedstawiającego chrzest Chrystusa (na którym Leonardo namalował pierwszego z lewej anioła, oraz nogi Jezusa, a także będący w oddali krajobraz), spłycona do jakiejś formy wernisażu, który mógłby się odbywać współcześnie w jednej z nowojorskich galerii, jest przykładem tych problemów. Leonardo jest w niej zalękniony i „zwykły”, a wartości dodać mu musi Caterina. Notabene i później, co jakiś czas, ktoś mu pomaga, wskazuje ślady i tropy, ścieżki jakimi trzeba podążać – odebrana jest mu genialna moc sprawcza, niezwykła inwencja i kreatywność. Na pomysł, by iść do rzeźnika i zobaczyć jak zwierzę wygląda od środka, wpada jego pomocnik!  

Historie pełne emocji

Weźmy też pracę Leonarda nad słynnym, nieskończonym „Pokłonem Trzech Króli”. Zamiast pokazać faktyczne metody pracy geniusza, widzimy jak rysuje kartony i każe z nich odrysowywać kształty uczniom. Tymczasem wyglądała to inaczej i moim zdaniem o wiele bardziej filmowo – Leonardo wbił gwóźdź (!) w centralny punkt dzieła, tam gdzie miały się zbiegać linie perspektywy. Od tego gwoździa poprowadził cienkie sznurki, które wyznaczyły linie i szkicował bezpośrednio na białym podkładzie. Co więcej, poprzedził wykonanie obrazu pogłębionymi studiami, pomysłami, specjalnym szkicem perspektywicznym, na którym zaczął nanosić wstępnie postaci. Początkowo miało być ich sześćdziesiąt, ale liczba została zredukowana do trzydziestu. Da Vinci planował, by ułożyły się w dynamiczny wir wokół będącego w centrum ekspozycji Zbawiciela. Każda zaś z postaci miała mieć „swoją historię“, być w pełni emocjonalna. To zresztą jedna z kilku cech wyróżniających Leonarda – jego psychologizowanie postaci, wydobywanie myśli, stanów emocjonalnych i w sposób zaiście cudowny przekazywanie ich na obrazie. Postaci Leonarda myślą, czują, mają swoją aurę psychiczną. W serialu pokazano to m.in. przy pracy nad portretem Ginevry Benci. Nota bene i tu twórcy „zaszaleli” – pokazali bowiem obciętą część obrazu. Owszem, wiadomo, że portret został o jedną trzecią skrócony i obecnie nie widać na nim dłoni Ginevry. Owszem, są znane szkice dłoni z kwiatem między palcami, które najprawdopodobniej służyły mistrzowi do wykonania dzieła. Ale jednak „domalowanie” ich na potrzeby filmu wiąże się z wejściem w sferę artystycznego sacrum i już na pierwszy rzut oka wygląda fatalnie, nie jest leonardowskie.

Leonardo da Vinci, Pokłon Trzech Króli, Florencja Galleria degli Uffizi

Niestety także i inne, zdawałoby się fundamentalne kwestie dotyczące warsztatu Leonarda albo nie są pokazane wcale, albo są bardzo spłycone: od kwestii stosowania farb olejnych (a nie tempery), przez sposób kreskowania w szkicach, po rozmazywanie farby palcami. A już scena, w której dorosłemu Leonardowi Verrocchio zaczyna tłumaczyć, że farby trzeba ucierać zatraca o infantylny komizm: to wiedziało każde dziecko w warsztacie, od tego bowiem zaczynało naukę. 

Uważny obserwator

„Leonardo podejmował się wielu rzeczy – pisał Vasari – dzięki swym umiejętnościom na polu sztuki, ale niczego nie skończył. Wydawało mu się, że ręka ludzka nie jest w stanie osiągnąć doskonałości w dziele, które on sobie wyobraża”. 

Z jednej strony geniusz artystyczny, a także matematyczno-inżynieryjny, człowiek opracowujący koncepcje, w których współdziałają różne gałęzie sztuki i nauki, od matematyki i geometrii przez chemię, optykę aż po doświadczenia teatralne i sceniczne, z drugiej twórca, który wielu rzeczy nie kończy – pozostawia po sobie kilkanaście dzieł malarskich, tysiące zapisanych stron notatek, rysunków inżynieryjnych, projektów pojazdów i broni, prac dotyczących perspektywy i sztuk malarskich.

W Kodeksie Atlantyckim radził aspirantom pragnącym stać się wielkimi malarzami często chodzić na spacery. Wychodzić i obserwować – ludzi, twarze, krajobrazy. Albo to, jak pada światło. Sam był uważnym obserwatorem, chłonął świat, by później twórczo go przekształcać. Ale myślał też o  nieśmiertelności – która w jego pojęciu (poza tym, co nauczał Kościół o zbawieniu) wiązała się z tym, by zostać w pamięci ludzi. By żyć dalej „w ich umysłach“. W tym sensie, oczywiście, osiągnął to, co zamierzał. 

Szkoda, że serial Rai, przy swoich zaletach (lekkości opowiadania, telewizyjnej sprawności) ma wspomniane wyżej wady. Szkoda, że przekonuje widza o tym, jak bardzo „śmiertelny” był Leonardo. W istocie przecież: nieśmiertelny!

Tomasz Łysiak

Serial dostępny na platformie i w aplikacji RaiPlay, z włoskimi napisami i włoskim dubbingiem. Jak korzystać z aplikacji dowiecie się z mini poradnika:

„Pinokio” i Pausini – „włoskie” nominacje do Oskarów

Decyzje członków Akademii przyniosły Italii trzy otwarte ścieżki do tegorocznych Oskarów: to nominacja dla piosenki Laury Pausini „Io sì” i dwie nominacje dla filmu „Pinokio” w reżyserii Matteo Garrone, za kostiumy (Massimo Cantini Parrini) i za charakteryzację oraz make-up (Mark Coulier, Dalia Colli, Francesco Pegoretti). 

Dopiero co pisaliśmy na Faro d’Italia o Złotym Globie dla Laury Pausini za piosenkę do filmu „La vita davanti a sé” w reżyserii Edoardo Ponti. Oczywiście niezmiernie cieszy kolejny sukces, jakim jest nominacja do Oskara ale w komentarzach prasy włoskiej pojawiła się nuta pewnego rozczarowania – liczono na nominację dla Sophii Loren za główną rolę w tym filmie. Tak, czy siak – piosenka Pausini będzie robić światową karierę, a sam obraz Pontiego dzięki temu także ma szansę zdobyć szerszą publiczność. 

Dwie nominacje dla „Pinokia” to kolejny sukces filmu Matteo Garrone, obsypywanego nagrodami w Italii (5 nagród David di Donatello, 6 Nastro d’argento, 4 Ciak d’oro) i potwierdzającego klasę samego reżysera. Garrone dał się poznać światu znakomitą ekranizacją książki Roberto Saviano pt. „Gomorra” (nie należy mylić z serialem) z 2008 roku – to za ten obraz otrzymał on Grand Prix na 61. MFF w Cannes. Potem nakręcił ciekawy „Pentameron” (2015) – film składający się z ekranizacji trzech neapolitańskich baśni Giambattisty Basiliego. Z kolei „Dogman” z 2018 roku to była opowieść o psim fryzjerze, który stał się… krwawym mścicielem. 

Garrone to jeden z najciekawszych współczesnych włoskich reżyserów…

Dziennik „La Repubblica” z 16 marca 2021, w dzień po ogłoszeniu nominacji, zamieścił wywiad z nominowaną do Oskara Dalią Colli, 44-letnią charakteryzatorką, która o wyróżnieniu i kandydaturze dowiedziała się… jadąc samochodem z rodzinnego Livorno do Rzymu. Zadzwonił do niej znajomy – sama nie oglądała na żywo ceremonii. Jak zareagowała?

„Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Potem musiałam zatrzymać gdzieś samochód. Szybko zadzwoniłam w systemie telekonferencji do całej rodziny. Rozmawialiśmy w grupie: mama, tata, mąż, brat, córka, ciotka. Ta nominacja to powód wielkiego szczęścia, także i dlatego, że od tylu lat włoski artysta nie był kandydatem za włoski film”. 

„W epoce efektów komputerowych – padło pytanie dziennikarki „La Repubblica” Arianny Finos – znalazła uznanie wasza tradycyjna praca. Jak było na planie?” 

„Bardzo, bardzo dużo pracy. Działaliśmy na zasadzie trzech oddzielnych udziałów (make-up, fryzury Pegorettiego i charakteryzacja Couliera), ale finalny efekt musiał być wspólny, wystarczy spojrzeć na Lisicę i Kota by zrozumieć, ile trzeba było pracy aby to osiągnąć”. 

Colli w wywiadzie wspomina trudną, ale dającą wiele satysfakcji pracę z Garrone – już od czasów Gomorry i ujawnia trochę tajemnic warsztatu: używa dawnych technik i odwołuje się też do…. instynktu. 

Trzymamy kciuki („incrociamo le dita!”) za włoskich artystów! In bocca al lupo!

TC