Dotknąć magii kina – relacja z Festiwalu Filmowego w Wenecji!

Festiwal Filmowy w Wenecji to wydarzenie-legenda. Co roku na przełomie sierpnia i września trafiamy na internetowe dyskusje o tegorocznych kreacjach z czerwonego dywanu. Co roku czytamy werdykty i liczniki długości po seansowych aplauzów. Co roku oglądamy zdjęcia szczęśliwego laureata ściskającego w dłoniach złotą statuetkę. A wszystko po to, by zaostrzyć sobie kinofilski apetyt i uzbroić się w tarczę cierpliwości, bo przecież do nas filmy trafią dopiero za kilka miesięcy. 

Z Wenecji dla Faro d’Italia Klara Pawlicka

Słynny „czerwony dywan” na festiwalu w Wenecji

Jednak wszystkie te informacje z Wenecji nie są jedynie odłamkami z baśniowej krainy, które przez uchylone drzwi dostały się do prawdziwego świata. To relacje z autentycznych wydarzeń, z realnego, istniejącego na włoskiej mapie miejsca, w którym przez kilka dni powietrze przesycone jest magią kina.

Jak to jest wziąć głęboki wdech tej morsko-kinowej bryzy? Zapraszam na krótką relację z kończącej się właśnie 78. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji.

Jak na półbaśniowe miejsce przystało, droga do niego wcale nie jest prosta. Wbrew temu, co sądzi wielu, festiwal nie odbywa się pośród malowniczych weneckich kanałów, ale na pobliskiej wyspie Lido. Niczym więc Gustav von Aschenbach z powieści Manna (czy może raczej z filmu Viscontiego) za pomocą jednego z kilku możliwych wodnych środków transportu przekraczamy Styks zatłoczonej turystycznej metropolii, by trafić na ląd zdecydowanie spokojniejszy, a także znacznie bardziej… luksusowy.

Jeszcze tylko krótki spacerek (lub jak kto woli – kilka przystanków festiwalowym busem) między ekskluzywnymi willami i hotelami otoczonymi palmami, następnie przypominająca nieco tę lotniskową kontrola bezpieczeństwa i już jesteśmy na najstarszej filmowej imprezie świata.

Od pierwszej chwili do nozdrzy dociera zapach prawdziwego włoskiego cappuccino, po którego filiżankę (w towarzystwie rzecz jasna nadziewanego czekoladą lub marmoladą croissanta nazywanego przez Włochów brioche) już od rana ustawiają się długie kolejki festiwalowiczów. W późniejszych zaś godzinach zewsząd dochodzi woń pizzy na cieniutkim, chrupiącym cieście, którą pomiędzy kolejnymi seansami uczestnicy festiwalu raczą się w festiwalowych barach lub po prostu bezpośrednio na trawie w niewielkim ogrodzie.

Rozglądamy się dookoła i naszym oczom ukazuje się kompleks kilku kinowych budynków, z których największe wrażenie robią niewątpliwie strzelisty Palazzo del Casino oraz majestatyczny Palazzo del Cinema. W tym pierwszym podczas specjalnych konferencji prasowych towarzyszących każdej festiwalowej premierze, szczęśliwi posiadacze akredytacji mogą wypytać reżyserów o ich inspiracje, a aktorów o metody pracy nad rolą (najbardziej śmiałym udaje się nawet namówić ich na wspólne selfie). 

Natomiast długi rząd flag powiewających nad Palazzo del Cinema przypomina, że oto znajdujemy się w absolutnym centrum filmowego wszechświata. To tu gorące włoskie słońce odbija się w połyskujących kreacjach gwiazd prezentujących swe wdzięki na czerwonym dywanie, a podmuch morskiej bryzy niesie ze sobą pisk rozszalałych fanek Timothée’ego Chalameta (podczas tegorocznej premiery „Diuny” Denisa Villeneuve’a). Z podjeżdżających rzędem luksusowych samochodów marki Lexus wysiadają Benedict Cumberbatch, Kristen Stewart czy Oscar Isaac, by wraz z innymi skierować się do Sala Grande (Wielkiej Sali), w której gasną światła, a Dziesiąta Muza rozpoczyna swój obrządek. 

Kadr z filmu „Diuna” w reż. Denise’a Villeneuve’a

Jak dołączyć do grona tych szczęśliwców? Rejestracja odbywa się przez internetowy system, w którym liczy się refleks i umiejętność szybkiego wklikiwania tych najbardziej obleganych tytułów. W tym roku tym roku niewątpliwie była nim przede wszystkim „Diuna”, na którą niestrudzeni widzowie tłumnie zjawili się już na pierwszy seans o godz. 8.15. Projekcje bowiem, odbywają się tu niemalże bez przerwy – od wczesnego poranka, aż do północy.

Dominującym tematem konkursu głównego (w którym startowało w tym roku aż 21 tytułów z całego świata) wydaje się być macierzyństwo. Jednak nie jego widziana przez różowe okulary, znana z reklam płatków śniadaniowych wersja, ale cały wachlarz perspektyw. Macierzyństwo upragnione i macierzyństwo niechciane, macierzyństwo trudne i macierzyństwo będące ratunkiem. Co to znaczy być matką, pytają nas zarówno Maggie Gyllenhaal w „The Lost Daughter”, Pedro Almodóvar „Madres Paraleles” czy Pablo Larraín w „Spencer”, a także twórcy wyprodukowanego dla HBO znakomitego remake’u bergmanowskich „Scen z życia małżeńskiego” w reżyserii Hagai Leviego.

Tegoroczny festiwal oferuje widzom także całą gamę filmowych przeżyć pośród których znajdziemy zarówno szalone zabawy z kinem gatunkowym („Last night in Soho” reż. Edgar Wright), nietuzinkowe baśnie („Mona Lisa and the Blood Moon” reż. Ana Lily Amirpour) czy kino społecznie zaangażowane podejmujące trudną tematykę wyzysku pracowników w brazylijskich fabrykach („7 Prisoneiros” reż. Alexandre Moratto) oraz subtelny dramat psychologiczny w scenerii Dzikiego Zachodu („The Power of the Dog” reż. Jane Campion).

Premierowo pokazano również oparte na historii zabójstwa Grzegorza Przemyka „Żeby nie było śladów” (reż. Jan P. Matuszyński), przejmującą opowieść o walce o prawdę i sprawiedliwość z zapadającą w pamięć rolą Tomasza Ziętka. 

Oczywiście również Włosi mają się czym na festiwalu pochwalić. Były zarówno pytania o granice swobody twórczej w opartej na faktach historii słynnego komika i aktora Eduarda Scarpetty („Qui rido io” reż. Mario Martone). Była zwariowana pochwała różnorodności („Freaks Out” reż. Gabriele Mainetti), gdzie inspiracje „Dziwologami” Toda Browninga spotkały kino z gatunku super bohaterów przemieszane z zabawami historical fiction spod znaku „Bękartów wojny”. Najdłuższe oklaski zanotowano zaś po najbardziej wyczekiwanym nowym filmie Paola Sorrentino „Ręka Boga” („È stata la mano di Dio”)– okrzykniętym już artystycznym opus magnum reżysera.

„To była ręka Boga” w reż. Paolo Sorrentino

Niestety smakowanie tej filmowej uczty przerywane było co jakiś czas okrzykami „Mascherina! Mascherina per favore!” niezwykle gorliwych strażników pandemicznego porządku, których niemalże ponadnaturalne umiejętności pozwalały dostrzec choćby najmniejsze zsuniecie maseczki z nosa widza, który w ciemnej sali podczas seansu zdecydował podjąć próbę zaczerpnięcia oddechu.

Mimo to święto ku czci X Muzy przebiegło w atmosferze wspólnej radości i pewnego rodzaju ulgi, że mimo wszystko także filmowy świat zaczyna wracać do tej wytęsknionej normalności. Bo tego niezwykłego doświadczenia uczestnictwa w ogólnoświatowej kinofilskiej wspólnocie nie zastąpią przecież żadne netflixy, zoomy czy onlajny. Kino potrzebuje festiwalowego TU i TERAZ, by ocalić swą magię. Nie uważacie?

Klara Pawlicka, z Wenecji

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *