L’isola delle rose – włoska utopia z lat 60.

To jeden z tych tematów, które same przez się, aż się proszą, by przenieść je na ekran. Wyobraźmy sobie, że oto nagle na wodach eksterytorialnych ktoś buduje wyspę, która… staje się państwem prowadzącym poważne rozmowy z ONZ i rządem włoskim. A tego właśnie dokonał Giorgio Rosa. W latach sześćdziesiątych. 

„L’incredibile storia dell’Isola delle Rose”, czyli – jak to przetłumaczył na polski Netflix – „Wyspa róży”, to fantastycznie, lekko i z dystansem opowiedziana prawdziwa historia, która swego czasu gościła na pierwszych stronach nie tylko włoskich, ale i światowych dzienników. 

Wszystko zaczęło się jeszcze w latach pięćdziesiątych, gdy pewnemu inżynierowi z Bolonii, panu Giorgiowi Rosa, wpadła do głowy taka oto myśl, by poza zasięgiem wód terytorialnych Italii wybudować wyspę… Nie z piasku, czy kamieni, ale techniką, którą stawia się na morzu platformy wiertnicze. Od pierwszej iskry w głowie do ruszenia „do boju” nie było daleko. Ale budowa trwała długo – od 1958 do 1967 roku. W końcu się udało – zbudowana ze stali i betonu wyspa miała jedynie 400 metrów kwadratowych. Kluczem do pomysłu było właśnie to, że znajdowała się poza jurysdykcją włoską, a właściwie… jakąkolwiek jurysdykcją. Jeśli więc w Italii zakazane były gry hazardowe czy kasyna, czemu na leżącej na własnej wyspie nie pozwolić sobie na robienie, tego, co się chce, czyli na przykład na uprawianie hazardu? 

Wyspa leżała w odległości 11,61 kilometra od Rimini i od wybrzeża włoskiego (ponad 6 mil i o 500 metrów dalej niż wynosi granica wód terytorialnych), ale co ciekawe – wytworzyła wokół siebie 62,54 km kwadratowych powierzchni własnych wód terytorialnych!

Isola delle Rose i dokująca przy niej łódź…

W każdym razie 1 maja 1968 roku l’Isola delle Rose ogłosiła… niepodległość! Kilka zaskakująco dziwnych postaci, które na niej zamieszkiwały (wraz z założycielem Giorgio) utworzyło rząd, stworzyło własną pocztę, znaczki, a także flagę i herb (na pomarańczowej fladze widniały róże). Językiem urzędowym stało się esperanto. 

Najciekawszym było jednak to, że powstałe miniaturowe państewko postanowiło wywalczyć sobie pełne prawa na arenie międzynarodowej – nie tylko w stosunku do „sąsiedniej“ Italii, ale także wobec potęg światowych – w Europie rozmawiając w Strasburgu, a w Nowym Jorku paktując z samym z ONZ. Jak się skończyła historia z wyzwaniem rzuconym światu? Tego nie zdradzimy – dość dobrze pokazuje to film, a nie chcielibyśmy „spojlerem“ zepsuć państwu przyjemności oglądania. 

Reżyserem „Incredibile storia dell’isola delle rose“ jest urodzony w Salerno Sydney Sibilia, twórca znakomitych krótkich metraży, który był także aktywny na rynku reklamowym, kręcił spoty reklamowe z Matteo Rovere, by potem z Valerio Attanasio napisać i zrealizować swój debiut długometrażowy – „Smetto quando voglio” („Przestanę, gdy zechcę”) o naukowcach produkujących narkotyki. 

Z kolei znany reżyser Matteo Rovere został producentem filmu opowiadającego historię „Wyspy Róż” (i za to jest nominowany do włoskich nagród filmowych David di Donatello 2021). Sam Sibilia nomimacji nie dostał, ale jego film ma ich w sumie aż 11, w tym dla aktorki drugoplanowej – Matildy de Angelis, aktora drugoplanowego – Fabrizio Bentivoglio… 

Fabrizio Bentivoglio

Film Sibilli ma kilka fundamentalnych zalet – pierwszą z nich jest bez wątpienia dystans i lekkość opowiadania. Ta historia ma potencjał komediowy, ale to co istotne, to fakt, iż opowieść płynie wśród zabawnej atmosfery i znakomicie zagranych ról bez dociskania zbyt mocno, a dzięki temu film nie staje się po prostu komedią. Anzi! – wykrzyknijmy po włosku (więcej!) – ma ona walor przypowieści o potrzebie wolności i o duszeniu jej we współczesnym świecie przez coś, co na ogół nazywa się „systemem”. Hipisowska wolność dekady późniejszej na „Wyspie róż”? Utopia realizowana za pomocą stali i betonu? Coś w tym może jest, ale też od razu podkreślmy kolejny walor filmu: jego iście włoski klimat. Czy może być coś bardziej włoskiego niż… nurek wykonujący nawet pod wodą charakterystyczne włoskie gesty? Koloryt Włoch lat sześćdziesiątych (muzyka, scenografia, kostiumy) wzmocniony jest wreszcie jeszcze jednym walorem: kreacjami aktorskimi.

W głównej roli znakomity Elio Germano, a partnerują mu nie tylko bardzo dobra De Angelis, ale także… rewelacyjny Fabrizio Bentivoglio jako minister spraw wewnętrznych. 

Pozostaje czekać, które z jedenastu nominacji przełożą się na nagrody David di Donatello… A wszystkim widzom polecamy film. Do oglądania na platformie Netflix. 

TC

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *