Popiół spalonego głosu, czyli o książce „Jedwab”

Alessandro Baricco. Urodził się w Turynie w 1958 roku. Poczytny współczesny pisarz włoski, eseista, autor sztuk teatralnych, krytyk muzyczny. Napisał kilkanaście powieści, ale sławę międzynarodową przyniósł mu Jedwab zekranizowany w 2007 roku. Film tak czarowny jak książka.

Na okładce nocny motyl. Ćma? Jedwabnik, spod skrzydeł którego wypadają litery. Symbol duszy i pismo. „Zdumiewająca była myśl, że to jednak znaki słowne: popiół spalonego głosu” – pisze Baricco w rozdziale 55. swojej książki. Słowo niewypowiedziane, bezgłośne, spalone na popiół, ale ujęte w krótkie ramy pisma, istniejące mimo wszystko w sposób metafizyczny, magiczny chciałoby się powiedzieć, uchwytny tylko dla tych, którzy sięgają w głąb duszy, poza słowa wypowiedziane. „Nie zna pańskiego języka” (rozdział 33). Nie ma to znaczenia. Istnieje komunikacja inna niż tylko werbalna, przekaz pozasłowny, coś, co może się dziać w wyobraźni, tylko w alternatywnej rzeczywistości naszego osobistego świata wyobrażeń.

Rozdziałów jest 65. Są krótkie, a niektóre wręcz kilkuzdaniowe. Ciekawa struktura formalna jawi się jako coś punktowego, bardzo delikatnego. Nie narzuca się, ale przyciąga, zaciekawia swoją oryginalnością i zaprasza do odkrywania tajemnicy. Każdy z rozdziałów to zamknięta część łącząca się w całość poetyckiej narracji, od której nie sposób się oderwać, aż do końca. Stron jest zaledwie 122, a więc lektura czasu dużo nie zabierze, za to, kiedy się ją skończy, zostanie na długo, może nawet na zawsze.

Alessandro Baricco

Hervé Joncour – mężczyzna pomiędzy miłością znalezioną na miejscu, stabilną, znaną, bezpieczną i zadomowioną w Europie, we Francji a namiętnością mieniącą się barwnymi odcieniami jedwabiu w świecie Orientu, w Japonii, w rzeczywistości przygody, w przestrzeni proszącej o odkrycie i zanurzenie się w niej. Pierwsza kobieta – żona Helena przyciąga go swą stałością, wiernym oczekiwaniem, Druga kobieta, bezimienna – czarem marzenia, namiętnym wyobrażeniem o cielesnym spełnieniu. Widzimy, że miłość dzieje się w głowie, że jest wielowymiarowa, niejednoznaczna. Potrafi pozostawić człowieka w osłupieniu, czasem w zagubieniu, albo w rozdwojeniu, jak tutaj. Względem tego, na jak niezwykłe sposoby można jej doświadczyć, stajemy zdumieni. Jest abstraktem, doskonałością, której wyrazem może być fizyczne obcowanie, ale wcale nim być nie musi. Przyciąganie nieziemskie, powiedziałoby się, i dwa bieguny, tak bardzo odległe od siebie i tak wabiące, każdy z osobna. Obie kobiety go pragną, chcą go mieć przy sobie. Pierwsza, w rozdziale 42. prosi: „Obiecaj mi, że wrócisz” i on jej to obiecuje. Druga przekazuje liścik po japońsku: „Wróć, bo umrę!”, który przemierza wraz z mężczyzną połowę świata, by zostać przetłumaczony na francuski przez japońską tłumaczkę – Trzecią kobietę. Pierwsza pójdzie do Trzeciej gdy rozezna, że istnienie Drugiej zadaje cierpienie wywołane tęsknotą jej mężowi i jej samej, istnienie, które wprowadza niepokój. Zechce przerwać tę trudną do opanowania więź między Drugą a jej mężem i napisze list podszywając się pod nią, a potem poprosi Trzecią o przetłumaczenie go na japoński. Mąż dostanie ów list i on też pójdzie do Trzeciej z prośbą o przekład, tym razem na francuski. Domyśli się, kto był prawdziwą autorką listu i kto go przetłumaczył, ale dopiero po śmierci Pierwszej kobiety – żony, powie o tym Trzeciej. Trzeciej, której historii tak naprawdę nikt nie poznał. Madame Blanche w nieskazitelnie białym kimonie, z niebieskimi kwiatuszkami między palcami. Dama do towarzystwa, tłumaczka strzegąca tajemnic swoich klientów, o miłości i namiętności wiedząca wszystko, jak można sądzić. Cóż za intryga! Teatralna rzeczywistość, dramatyczny chaos bez słów… i tylko „popiół spalonego głosu”. Ów, powiedziałoby się teatralny rekwizyt, jakim staje się ostatni list, pisany przez Pierwszą podszywającą się pod Drugą i tłumaczony przez Trzecią, jest długi i stanowi cudowną apoteozę aktu cielesnego dziejącego się między kobietą a mężczyzną w ogóle, bez cienia wulgarności czy choćby najmniejszego nietaktu. Gra, przenikanie się pierwiastka męskiego z żeńskim, niedopowiedzenie, a przy tym delikatność muskająca nas nieledwie jak jedwab, ulatująca jak wznoszące się ku niebu ptaki.

Tęsknoty męskiej duszy. Pragnienie sukcesu i kobieta. Nasz bohater jest jednak, jak można sądzić, osobą pozwalającą życiu biec tak, jak ono chce. Ten, kto silniejszy pokieruje jego życiem… niejaki Baldabiou, na przykład. Nie kariera wojskowa, o której marzyli dla niego rodzice, tylko… Nie on decyduje o wyjeździe na drugi koniec globu po zakup jajeczek jedwabników. Za każdym razem decyzję zostawia innym. Akceptuje. Jest jakiś rodzaj prokrastynacji w tworzeniu przez niego ogrodu dla żony, a przynajmniej nieśpiesznie działanie. On daje się uwodzić życiu, pozwala by go niosło, przyjmuje wszystko z „dobrodziejstwem inwentarza”. W miasteczku Lavilledieu (z francuskiego: bożym miasteczku) wszystko idzie „po bożemu”, praca, jedwabniki, dom, żona, bogacenie się, zajmowanie wysokiej pozycji w społeczności. Nastaje epidemia i tak jak inni handlarze jedwabiem Joncour staje w obliczu kryzysu. Ten punkt zwrotny w całej historii powoduje konieczność wyjazdu do Japonii, a więc przemierzenia świata, by ocalić hodowlę i dalej zarabiać. Na drugim końcu globu, tam, gdzie musiał pojechać, czeka na niego coś, co wymyka się tradycyjnemu pojmowaniu, siła pasji, jakiej nigdy nie doświadczył, namiętność przyciągająca jak magnes. Tam odkrywa obezwładniającą moc uczucia, uczucia bez słów… Mężczyzna zdaje się bezwolny. Kobiety, nie! One raczej walczą o niego niźli on o którąkolwiek z nich. On jest na rozdrożu, one wiedzą, czego chcą, doskonale wiedzą.

Kadr z filmu Jedwab

  Opowiedziana historia mogłaby się stać kanwą dla powieści awanturniczej lub historycznej, lub też dla dziennika z podróży. Oto mamy rok 1861. Hervé Joncour, nasz protagonista, wyrusza w drogę do odległego wyspiarskiego kraju po jajeczka jedwabników i … tu nastąpiłby opis przygód, które spotkały go po drodze, opisy strojów, obyczajów, środków lokomocji, sposobów odżywiania się, pejzaży, roślinności, towarzyszy podróży… dziennik pokładowy… nie wiem, ale to nie jest historia Marco Polo! I nie są to Chiny, tylko Japonia! Nie mamy tutaj wszechwiedzącego narratora, snującego opowieść zamkniętą, wsobną, jedyną prawdziwą. Wręcz przeciwnie: tu mamy narrację otwartą, pozostawiającą pole czytelnikowi oraz jego „odczuwaniu” i interpretacji. Nie jest to nouveau roman czyli literacki eksperyment, ale jest z pewnością trudnym do zaklasyfikowania gatunkowego utworem, najbardziej chyba zbliżonym do noweli czy opowiadania, albo powieści poetyckiej, raczej malowanej słowem niż po prostu pisanej, pozwalającej działać wyobraźni, gdzie zapisane krótkim tekstem strony stanowią jedynie punkt wyjścia do tego, co może się zdarzyć pod ich wpływem w sercu i głowie czytelnika. Powieść, teatr, dramat, filozofia, psychologia, poezja… Nie pozostawia obojętnym, bez wątpienia!

Przygoda z Japonią, z jedwabnikami, z podróżą przez życie (bo czyż życie nie jest podróżą?) i opowieść o miłości. I to najważniejsze. Serdecznie polecam.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *