ŚWIĘTY MIKOŁAJ Z BARI – BEATO ANGELICO!

Tryptyk pędzla Beato Angelico – z ołtarza malowanego temperą na desce ok. 1447. Malarz wykonał je dla kościoła św. Dominika w Perugii. Część owej „Pala di Perugia” znajduje się w Galleria nazionale dell’Umbria a Perugia, natomiast dwa obrazy znajdują się w kolekcji Muzeów Watykańskich. Panele z Watykanu przedstawiają dwa tematy. Pierwszy to edukacja św. Mikołaja oraz scena, w której ofiarowuje on trzy złote kule dla trzech biednych dziewcząt, by mogły znaleźć męża, a drugi to św. Mikołaj ratujący statek. Panel z Perugii to św. Mikołaj ratujący życie trzech ludzi skazanych na ścięcie oraz śmierć św. Mikołaja.

Śmierć św. Mikołaja – Perugia.

Caravaggio – pierwszy malarz nowoczesności

Ribera, Vermeer, La Tour i Rembrandt nigdy by bez niego nie istnieli. A sztuka Delacroix, Courbeta oraz Maneta byłaby zupełnie inna – powiedział o nim Roberto Longhi, którego fragment zbiorów m.in. Chłopca gryzionego przez jaszczurkę pędzla Michelangelo Merisiego, zwanego Caravaggiem, a także ponad czterdzieści płócien artystów z Włoch i Europy Północnej XVI i XVII w. można podziwiać od 10 listopada na wystawie „Caravaggio i inni mistrzowie. Arcydzieła z kolekcji Roberta Longhiego”. Wśród prezentowanych obrazów znajdą się dzieła takich twórców jak m.in. Lorenzo Lotto, Battista del Moro, Domenico Fetti, Dirck van Baburen, Matthias Stomer czy Jusepe de Ribera. 

Obrazy przyjechały do Warszawy z Fundacji Roberta Longhiego, wielkiego historyka sztuki, który na początku wieku XX zainteresował się mało znanym wówczas malarzem Michelangelo Merisim zwanym Caravaggio

Kiedy Roberto Longhi w 1911 roku kończył studia swą pracę magisterską poświęcił właśnie Caravaggiemu. Niezwykłość przedstawień rzeczywistości, gra światłem i cieniem w pracach Merisiego przykuła uwagę młodziutkiego badacza, choć w tamtych czasach Caravaggio był mniej znanym malarzem w sztuce włoskiej, pozostając raczej na jej marginesie. To Longhi przedstawił go szerokiej publiczności i przez lata badał jego prace oraz wpływ, jaki pozostawił po sobie w sztuce. Wystawa, którą w 1951 roku zorganizowano pod nadzorem Roberto Longhiego w Mediolanie przyciągnęła ponad pół miliona odwiedzających. Niemal z dnia na dzień malarz stał się światowej sławy „celebrytą”.

– powiedziała prof. Maria Cristina Bandera (Fondazione di Studi di Storia dell’Arte Roberto Longhi).

Roberto Longhi, odwrotnie niż obecnie wielu historyków sztuki, nigdy nie postrzegał wielkości dzieł i zainteresowania Caravaggiem przez pryzmat jego awanturniczego życia. Longhi twierdził, że tego typu spojrzenie jest wynikiem przekonań z „czasów romantycznych” i że umniejsza w pewien sposób dokonania artysty. To nie gwałtowność jego natury dyktowała sposób malowania, ale innowacyjność myśli i wolność ducha. Według Roberto był Caravaggio „wynalazcą niezwykle przemyślanych fotogramów: świetlistych i otwartych, ale też rozdzierających, przepełnionych dramatyzmem. (…) Caravaggio jest zatem nie ostatnim malarzem renesansu, lecz pierwszym nowoczesności. (…) Zaproponował pewne podejście, które spotkało się z aprobatą innych wolnych duchów, nie zdefiniował sztywnych reguł i tak, jak nie miał nauczycieli, tak też nie miał uczniów”. Podobnie uważa ks. prof. Witold Kawecki, który przejmująco oddaje walkę Caravaggia z samym sobą, walkę pomiędzy wielką wiarą, dzięki której był w stanie z niezwykłym wyczuciem oddać wydarzenia zawarte w Biblii, a wielkim upadkiem, kiedy to przypadkowo stał się mordercą, co pociągnęło za sobą nieuchronne konsekwencje grzechu. „Prawdziwe dzieło sztuki jest tylko cieniem boskiej doskonałości” – powiedział kiedyś Michelangelo Merisi.

Krzyk bólu chłopca

Główne dzieło na wystawie to Chłopiec gryziony przez jaszczurkę (taką nazwę proponują kuratorzy wystawy) Caravaggia. To wczesny obraz malarza (datowany na lata 1596-1597), a jego styl, choć dopiero zaczyna się kształtować, powoli staje się już dobrze widoczny. Warto dodać, że drugie płótno artysty o tym samym tytule znajduje się w Londynie (National Gallery of Art). Oprócz niego zaprezentowano polskiej publiczności ponad czterdzieści obrazów autorstwa innych mistrzów włoskich i północnoeuropejskich. Prace takich malarzy jak m.in. Lorenzo Lotto (przedstawienia świętych) czy Battista del Moro (Judyta z głową Holofernesa) pokażą, jak z przedstawianiem głębokiego światłocienia radzili sobie malarze starsi od Caravaggia.

Chłopiec gryziony przez jaszczurkę, Michelangelo Merisi; fot. Civita Mostre e Musei, Fondazione di Studi di Storia dell’Arte Roberto Longhi, Firenze

Największą grupę spośród eksponowanych dzieł stanowić będą prace tzw. caravaggionistów – artystów, na których styl zasadniczy wpływ miały rozwiązania artystyczne wypracowane przez geniusza z Mediolanu. Longhi, tropiąc ślady wpływu Caravaggia na innych twórców, zaproponował by nazywać ich „kręgiem Caravaggia”, tymi którzy zrozumieli jego przesłanie i starali się tworzyć według jego podejścia uznając je za coś absolutnie nowatorskiego. Podziwiać będzie można powstałe na przestrzeni niemal całego XVII stulecia płótna pochodzących z różnych ośrodków włoskich mistrzów, jak m.in. Domenico Fetti (Pokutująca Maria Magdalena), Carlo Saraceni (Znalezienie Mojżesza przez córki faraona i Judyta z głową Holofernesa), Giovanni Battista Caracciolo (Złożenie do grobu), Mattia Preti (Zuzanna i starcy) czy Filippo di Liagno (Nocny biwak w świetle księżyca).

Mniej liczny, ale równie interesujący pod względem artystycznym jest zespół malowideł autorstwa odwołujących się do stylu Caravaggia artystów z krajów leżących na północ od Alp – Francji i Holandii. W grupie tej znajdą się obrazy m.in. Valentina de Boulogne (Zaparcie się św. Piotra), Dircka van Baburena (Pojmanie Chrystusa), Matthiasa Stomera (dwie sceny z historią Tobiasza) i Gerrita van Honthorsta (Czytający mnich).

Ta wystawa to święto na Zamku Królewskim w Warszawie, wydarzenie niezwykłe z wielu powodów. O wizycie Caravaggia będziemy pamiętać i mówić przez wiele lat. Razem z obrazem wielkiego mistrza przyjechało do nas kilkadziesiąt płócien z kolekcji Roberto Longhiego, człowieka który odkrył rewolucyjność dzieł Michelangelo Merisiego i przywrócił je pamięci świata. Całość tej niezwykłej kolekcji ma ogromną wartość, bo Caravaggio zapoczątkował nowe spojrzenie na sztukę, spojrzenie na wskroś nowoczesne. 

– mówił prof. Wojciech Fałkowski, dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie.

Współorganizatorem wystawy jest Civita Mostre e Musei – spółka działająca kreatywnie w sektorze kultury, od 30 lat będąca liderem w zakresie w promocji włoskiego dziedzictwa kulturowego, aktywna w wielu obszarach: od produkcji i organizacji wystaw przez usługi muzealne po projektowanie kultury.

Kurator wystawy: prof. Maria Cristina Bandera, Fondazione di Studi di Storia dell’Arte Roberto Longhi

Kuratorzy polskiej edycji wystawy: dr Artur Badach – kierownik Ośrodka Sztuki Zamku Królewskiego w Warszawie, Zuzanna Potocka-Szawerdo – kustosz Ośrodka Sztuki Zamku Królewskiego w Warszawie.

„Caravaggio i inni mistrzowie. Arcydzieła z kolekcji Roberta Longhiego” Zamek Królewski w Warszawie, 10 listopada 2021 – 10 lutego 2022

Wystawie towarzyszą wykłady, projekcje filmów i liczne programy edukacyjne, lekcje i warsztaty dla szkół. Program wydarzeń dostępny na stronie www.zamek-krolewski.pl

Dwa wielkie dzieła, które… nie powstały

W 1503 roku we Florencji rządząca miastem Signoria postanowiła uczcić dwa wielkie zwycięstwa Florentyńczyków i ukazać tym samym wielkość republiki. Pier Soderini zlecił więc, by w Sali Rady w Palazzo Vecchio powstały dwa monumentalne obrazy. Jedną ścianę dostał Michał Anioł Buonarroti, który miał namalować na niej bitwę pod Casciną, drugie zamówienie, dzięki znajomości z Machiavellim, otrzymał Leonardo. Pazzia bestialissima (bestialski obłęd) – tak nazywał wojnę da Vinci, choć sam stworzył wiele projektów śmiercionośnej broni i marzył, by zobaczyć swoje dzieła w krwawej akcji.  

Owe dwie bitwy dzieliło 80 lat. Ta pod Casciną stoczona została 29 lipca 1364 roku. Florencja kontra Piza. Szczegóły zapisał w swej relacji Giovanni Villani. Buonarrotiego zachwycił jeden z epizodów starcia, kiedy to oddziały florenckie zajęły przyczółek 6 mil od Pizy na przedmieściach Casciny.Było potwornie parno i gorąco, więc żołnierze korzystając ze względnego spokoju postanowili wykąpać się w Arno. Nagle jeden z dowódców Mario Donati zauważył szykujących się do ataku pizańczyków. Szybko wszczął alarm, kąpiący się musieli ubrać się w wielkim pośpiechu i ruszyć do walki pod wodzą Galeotta Malatesty. Mimo początkowego zaskoczenia zwyciężyli Pizę. Michał Anioł biorąc na tapetę moment, w którym żołnierze wyskakują na brzeg i ubierają się w pośpiechu, mógł zrealizować swój ulubiony motyw kłębiących się nagich ciał. 

Kopia kartonu Buonarottiego, Bitwa pod Casciną

Z kolei pod Anghiari, latem 29 czerwca 1440 roku, stanęły naprzeciwko siebie dwie armie: mediolańska pod przywództwem kondotiera Niccola Piccinino, który walczył w imieniu księcia Filippo Marii Viscontiego i florencka Liga, gdzie obok sił z miasta nad Arnem, znalazło się ok. 4000 żołnierzy papieskich pod dowództwem kardynała Ludovico Trevisana oraz kompania 300 zbrojnych rycerzy z Wenecji, dowodzona przez Micheletta Attendolo. Po stronie Mediolanu opowiedziało się też pobliskie miasto Sansepolcro, które zasiliło szeregi armii kolejnymi tysiącami zbrojnych. Piccinino bardzo pewny swego z powodu znacznej przewagi liczebnej, ruszył 28 czerwca z Sansepolcro w stronę Anghiari, chcąc zaskoczyć Florencję. Jednak jego wojska zdradził kurz, który unosił się podczas marszu na wysuszonej drodze. Toskańczycy widząc to, przygotowali obronę: weneccy rycerze Micheletta zablokowali jedyny most nad kanałem prowadzący do obozu Ligi. Utrzymali ten przyczółek tak długo, aż armia Ligi była gotowa do bitwy. Kilka razy most przechodził z rąk do rąk, ale w końcu Florencja sprytnym manewrem zamknęła w okrążeniu znaczną część żołnierzy z Mediolanu, zwyciężając tym samym swego wroga i zdobywając na lata kontrolę nad całym terenem.  

Niccolò Machiavelli zapisał potem, że choć w bitwie brało udział prawie 10 tysięcy żołnierzy to zginął zaledwie… jeden człowiek, i to tylko dlatego, że spadł z konia i został stratowany. 

Ani też nigdy nie było przypadku prowadzenia wojen w kraju nieprzyjaciela z mniejszą szkodą dla napastników niż w tym przypadku; albowiem w tak wielkiej klęsce i w bitwie, która trwała cztery godziny, zginął tylko jeden człowiek, a on nie od ran zadanych wrogą bronią lub jakimikolwiek honorowymi środkami, ale spadając z konia, został zadeptany na śmierć. (…) Podczas walki ich zbroja broniła ich, a kiedy nie mogli już dłużej opierać się, poddali się i byli bezpieczni.

Machiavelli twierdził zresztą, że kondotierzy prowadzili wojnę jako grę, a nie na krwawą potyczkę. Kiedy dochodziło do bitwy, mężczyźni po obu stronach, uznając się za równych, oszczędzali się i nie przelewali krwi. Było to podniesienie wojny do rangi dzieła sztuki, dzięki taktyce i strategii dowódców. 

Leonardo zabrał się do malowania z wielkim zapałem, zaczęły powstawać szkice i kartony. Wkrótce pierwsze postaci walczących ze sobą żołnierzy ozdobiły ścianę w Palazzo Vecchio. Jednak artysta swego dzieła nie ukończył, pozostało po nim kilka szkiców i kopia jednego kartonu, która wyszłą spod ręki Rubensa.

Także Michał Anioł zrezygnował z pracy. Zwabiony przez Juliusza II wyjechał do Rzymu pozostawiając jeden karton przygotowawczy (który potem zaginął, ale znamy go z licznych kopii) z charakterystycznym tłumem kłębiących się postaci. O ile dzieło Buonarrotiego nigdy nie powstało, o tyle o tym leonardowskim krążyły pogłoski, że być może gdzieś jakaś niewielka część „Bitwy pod Anghiari” przetrwała. Po pewnym czasie działo to stało się świętym Graalem malarstwa renesansowego. Wielu badaczy uznało, że Leonardo jak zwykle eksperymentował i przez to przyczynił się do zagłady własnej pracy. Jednak prof. Maurizio Seracini, który bada włoskie dzieła sztuki od ponad czterdziestu lat, ogłosił iż prawdopodobnie „Bitwa…” znajduje się tam, gdzie została namalowana – w Sali Rady, przykryta freskiem Vasariego. Czy tak jest rzeczywiście? Badania trwają, a naukowcy i historycy sztuki mają nie lada zagwozdkę: czy uda się ocalić pracę Vasariego, czy być może trzeba ją poświęcić, by wydobyć na światło dzienne dzieło wielkiego geniusza renesansu – Leonarda z Vinci…

PIRANESI – ROMA – BASILICO!

W Palazzo Cini w Wenecji niezwykła wystawa. Oto opowieść o Rzymie widzianym oczami dwóch wielkich artystów – Giambattisty Piranesiego oraz fotografa Gabriele Basilico. Grawiura z wieku XVIII oraz fotografie powstałe po 2010 roku.

Kuratorem i inicjatorem wystawy jest Luca Massimo Barbero, dyrektor l’Istituto di Storia dell’Arte della Fondazione Giorgio Cini. Zamysł jest prosty — zgromadzono 25 oryginalnych grafik wykonanych przez artystę, architekta i rysownika Giambattistę Piranesiego po czym poproszono znakomitego fotografa Gabriele Basilico by ten wykonał zdjęcia praktycznie w tych samych miejscach w Rzymie, które widać na grafikach.

Prace zleciła fundacja Cini, posiadająca dzieła Piranesiego, w roku 2010. I tak powstała niezwykła artystyczna wizja – osiemnastowieczne grafiki przeglądają się niejako w lustrze czarnobiałych zdjęć, robionych tak, by uzyskać podobny „kadr”. Jak zmienił się świat? Czas i ludzie. Cienie, światło i kontrasty a wreszcie Rzym i jego zachwycająca architektura.

Jeśli wpadniecie do Wenecji, nie omińcie tej wystawy śpiesząc z Akademii do Guggenheim. Wejście przy San Vio. Veramente bello! ❤️🇮🇹

KROKODYLE ŁZY – PO TRZĘSIENIU ZIEMI W MARCHE!

Te dwa murale powstały jako swego rodzaju artystyczny wyrzut sumienia. Mówią o tym, jak łatwo się zapomina. Mija dzisiaj równo 5 lat od tragedii, która spotkała region Marche – trzęsienia ziemi z 24 sierpnia 2016 roku.

Dla upamiętnienia strat i ofiar, ale też dla podkreślenia tego, że wówczas, tuż po trzęsieniu wylewano morze łez, ale potem zapomniano o ludziach, zniszczonych miasteczkach i domach… Murale przedstawiające płaczącego krokodyla oraz ślimaka powstały w Colleiano, w gminie Roccafluvione, prowincja Ascoli Piceno. Dzieła o wielkości 6 x 7 m każde zostały wykonane przez artystów podpisujących się jako Andrea Tarli e URKA, pod dyrekcją grupy artystycznej Arte Pubblica & Muri a perdere.

Całość nadzorowana jest przez otwarte „Muzuem Otwarte” w Marche czyli MAdAM — museo aperto d’arte marche. Mural przedstawiający ślimaka, wykonany przez URKĘ nosi tytuł „Riders on the storm” a jego sens jest oczywisty – chodzi o powolne tempo odbudowy zniszczeń. Oto mieszkańcy terenów dotkniętych nieszczęściem muszą od pięciu lat borykać się z biurokratyczną burzą problemów i przeszkód.

Andrea Tarli to artysta samouk, czerpiący inspiracje z prac na wystawie Andrei Pazienzy. Jego dzieło to aligator płaczący nad ruinami budynków, które symbolizują niedotrzymane obietnice pomiędzy którymi stoi jedynie stabilnie… bank, symbol systemu ekonomicznego i biurokratycznego…

CRISTO VELATO W KAPLICY SANSEVERO W NEAPOLU!

Obecny wygląd Kaplicy Sansevero w Neapolu odpowiada temu co w precyzyjnym projekcie ikonograficznym obmyślił książę Raimondo di Sangro i który to projekt został zrealizowany przez zatrudnionych przez niego i nadzorowanych osobiście artystów.

Mauzolea ukryte w kaplicach bocznych są poświęcone ważnym członkom rodu Sangro, natomiast grupy rzeźb umiejscowione na filarach i pilastrach podtrzymujących łuki przedstawiają kobiety z tejże rodziny. Te ostatnie rzeźby jednak mają także znaczenie inne, przewidziane już w projekcie Sansevero wykonanym przez księcia – przedstawiają różne Wartości, ścieżki rozwoju duchowego i są elementem istotnym dla samopoznania i samoświadomości.

Jednak najznakomitszym dziełem w kaplicy jest bez wątpienia „Chrystus spowity całunem” – rzeźba wykonana z jednego kawałka marmuru tak, iż ma się wrażenie, że postać Jezusa jest zakryta przeźroczystą tkaniną. Prace nad nią zaczął Antonio Corradini ale jej autorstwo trzeba przyznać Giuseppe Sanmartiniemu który rzeźbę wykonał w 1753 roku.

Przez wieki zachwycała i zachwyca każdego, kto miał okazję na nią spojrzeć. Dość wspomnieć, iż słynny rzeźbiarz Antonio Canova chciał ją wykupić na własność. To bez wątpienia jedno z najpiękniejszych arcydzieł rzeźbiarskich na świecie.

foto Marco Ghidelli oraz Wikipedia

Damy sztuki czyli Le signore dell’arte

Ponad 130 prac 34 artystek, wśród których znalazły się m.in. Artemisia Gentileschi, Sofonisba Anguissola, Lavinia Fontana, Elisabetta Sirani, Giovanna Garzoni i wiele innych, pokazano na trwającej właśnie w Mediolanie wystawie w Palazzo Reale. Założeniem kuratorów było pokazać kobiety, które nie tylko były niezwykle utalentowane, ale i wiodły życie na wskroś nowoczesne, często wychodząc poza konwenanse epoki. Wśród dzieł, które oglądać można na wystawie jest obraz znajdujący się na codzień w Muzeum Narodowym w Poznaniu – „Gra w szachy” Sofonisby Anguissoli.

Najsłynniejszą z bohaterek prezentowanych w Palazzo Reale jest Artemisia Gentileschi: córka malarza Orazia, artystki i bizneswoman. Sztuka Artemizji rywalizowała ze sztuką artystów mężczyzn, a sukces pozwolił jej wznieść się ponad ówczesny kobiecy status społeczny. Jej słynny obraz „Śmierć Holofernesa” w oddaniu okrucieństwa i przemocy przebił nawet dzieło Caravaggia o tej samej tematyce.

Artemisia Gentileschi Judyta i Holofernes

Sofonisba Anguissola z Cremony, przez ponad dziesięć lat mieszkała na dworze Filipa II w Madrycie, zanim przeniosła się na Sycylię. Jej ojciec Amilkar zapewnił jej wyjątkową edukację artystyczną – chodziła na lekcje malarstwa do mistrza Bernardina Campiego wraz ze swoją siostrą Eleną. Sofonisba zrobiła niesamowitą karierę, jej talent docenił nawet Michała Anioła. W Hiszpanii artystka została zatrudniona przez dwór Filipa II jako malarka i dama dworu Elżbiety de Valois. Nie tylko tworzyła liczne portrety rodziny królewskiej, ale także udzielała lekcji malarstwa i rysunku czternastoletniej królowej, z którą się zaprzyjaźniła.

Sofonisba Anguissola Autoportret

W Mediolanie zobaczymy też 14 obrazów Lavinii Fontany z Bolonii, córki manierystycznego malarza Prospera Fontany – m.in. Autoportret w pracowni (1579) i kilka mitologicznych obrazów o wielkiej zmysłowości.

Lavinia Fontana Venus i dwa amorki

Wystawa w Palazzo Reale w Mediolanie kończy się 25 lipca tego roku. To ostatni moment, żeby zobaczyć sztukę tylu wspaniałych kobiet w jednym miejscu. Na szczęście do Poznania wróci „Gra w szachy”, dzieło absolutnie wyjątkowe w skali światowej. Poza nim w Muzeum w Łańcucie znajduje się autoportret artystki, a Muzeum Narodowym w Warszawie „Portret mężczyzny z córką”.

SANDRO BOTTICELLI – ZAKOCHANY W WENUS

Kim była piękna Afrodyta ze słynnego obrazu Botticellego „Narodziny Wenus”? W rocznicę śmierci wielkiego mistrza renesansu przypominamy postać Simonetty Vespucci.


Sandro Botticelli, geniusz renesansu i znakomity przedstawiciel szkoły florenckiej stworzył ponad 130 dzieł, kojarzony jest jednak bardzo mocno z jednym. „Narodziny Wenus” pojawiają się dzisiaj w każdym podręczniku szkolnym i stały się obrazem ikonicznym. Istnieje masa opracowań na temat dzieła Botticellego, ogrom interpretacji znaczeń poszczególnych elementów obrazu. Większość z nich zgodna jest co do jednego – Wenus to kobieta, którą Botticelli kochał. Największą tajemnicą obrazu jest to, że powstał on 10 lat po śmierci głównej modelki.

Simonetta Vespucci, nazywana La Bella Simonetta była we Florencji uwielbiana, a fakt przynależności do potężnego rodu wzmacniał tylko siłę, z którą przyciągała mężczyzn, a zwłaszcza artystów. Została okrzyknięta „Królową piękności” na turnieju rycerskim w 1475 roku. Miała wówczas 22 lata. To wtedy mieszkańcy Florencji mieli okazję podziwiać nie tylko Simonettę, ale i jej wizerunek wykonany przez Botticellego. Rysunek dziewczyny jako Ateny zdobił sztandar, który niósł jeden z uczestników turnieju – Giuliano z rodu Medyceuszy władców Florencji. Legenda mówi o wielkiej niespełnionej miłości Giuliana i Simonetty. La bella Simonetta żyła jeszcze tylko rok – zmarła 26 kwietnia 1476 roku. Otwartą trumnę z jej ciałem niesiono w uroczystym pochodzie przez ulice miasta, by każdy mógł pożegnać przedwcześnie zgasłą piękność. Jej mąż szybko ożenił się powtórnie. Giuliano został zamordowany w spisku Pazzich równo rok po śmierci ukochanej (zbieżność dat dodatkowo podsycała tworzenie mitu tej tragicznej historii). Sandro Botticelli do końca życia malował jej kolejne portrety. Rysy Simonetty mają Wenus, Wiosna, liczne Madonny, Nimfa…

Nie wiadomo, czy Botticelli kochał Simonettę romantycznie, czy też po prostu adorował ją jako swoisty symbol. Miał rzekomo prosić, by po śmierci pochowano go „u stóp” Simonetty, we florenckim kościele Ognissanti. Gdy zmarł (17 maja 1510 roku) – prośbę tę spełniono.

Są tacy, którzy uważają to wszystko za romantyczną bajkę, odrzucają teorię o pięknej florenckiej muzie i wskazują na to, że kościół Ognissanti to także kościół rodziny Botticellego i miejsce jego chrztu, stąd takie a nie inne miejsce pochówku.

Andrea Calvini

World Press Photo 2021 in italiano!

Pośród zwycięskich prac jednego z najbardziej prestiżowych konkursów fotografii prasowej na świecie są także te wykonane przez Włochów. Znakomite zdjęcia trzech fotografów z Italii wśród finalistów i zwycięzców WPP 2021!

Pośród nagród przyznawanych przez jury w konkursie World Press Photo dwie są najbardziej prestiżowe. Jedna z nich to nagroda za najlepsze zdjęcie prasowe roku, druga za najlepszą historię opowiedzianą zdjęciami – czyli za serię zdjeć układających się w pewną opowieść. Pierwsza z nich w tym roku przypadła w udziale Duńczykowi Madsowi Nissenowi za zdjęcie wykonane w 2020 roku w Sao Paolo w Brazylii – przedstawia ono chwilę, w której Rosa Luzia Lunardi jest ściskana przez pielęgniarkę Adrianę Silvę da Costa Souza w domu opieki „Viva Bem”, przy użyciu specjalnego „fartucha” do uścisków. Natomiast druga zostałą przyznana włoskiemu fotografowi Antonio Faccilongo za projekt „Habibi”.

Mads Nissen, nagroda główna. Foto: World Press Photo 2021

Nagroda za „Long-Term-Project” dla Włocha to uznanie dla znakomitych zdjęć wykonanych przez niego, w ramach tworzenia swego rodzaju kroniki konfliktu wojennego izraelsko-palestyńskiego. Antonio Faccilongo zebrał w nim zdjęcia wykonane w latach 2015-2019, a opowiadają one historię rodzin i żon więźniów wojennych, które by mieć z nimi dzieci zdecydowały się na zapłodnienie in vitro. By znowuż do tego doszło trzeba było dokonać „kontrabandy nasienia” mężów odsiadujących długoterminowe kary w izraelskich zakładach karnych. Na zdjęciu pokazanym poniżej: Lydia Rimawi, na kanapie swego domu w Beit Rima, czekająca na powrót męża, odsiadującego wyrok 25 lat więzienia za udział w organizowaniu zamachu na izraelskiego ministra turystyki Rehava’a Ze’eviego.

Antonio Faccilongo, jedno ze zdjęć z nagrodzonego cyklu „Habibi”. Foto: World Press Photo 2021

Włosi cieszą się także z innych osiągnięć. Po pierwsze podkreślają związki tegorocznego zwycięzcy, Duńczyka Nissena z Italią – jest on bowiem członkiem zespołu fotograficznego Prospekt, którego współzałożycielem był mediolańczyk Samuele Pellecchia. W wywiadzie dla „Corriere della Sera” nie krył emocji związanych z przyznaniem nagrody i opowiedział o kulisach powstania zdjęcia, w trudnych dla Brazylii chwilach podczas pandemii. „Fotografowałem ambulanse i cmentarze – opowiada – ale w tym wszystkim szukałem jakiegoś obrazu, który przynosiłby światło i nadzieję, szczególnie w czasie, gdy tak bardzo brakuje nam kontaktu między nami”.

Po drugie zwracają uwagę nie tylko na zwycięski projekt, ale i na znakomite zdjęcia finalisty konkursu – Lorenzo Tugnolego. To fotograf, który zrobił zdjęcia w Bejrucie tuż po wybuchu w porcie. Fotografia z helikopterem przenoszącym wodę zdaje się być obrazem postapokaliptycznego świata.

Lorenzo Tugnoli, Bejrut. Foto: World Press Photo 2021

Wreszcie Włoch Gabriele Galimberti zwyciężył w kategorii „Portrety” – ze zdjęciami Amerykanów, którzy się zbroją i otaczają bronią. W sposób szczególny zwraca uwagę zdjęcie, na którym mężczyzna stoi nad basenem wśród rozłożonej na ziemi broni, bawiąc się miotaczem płomieni.

Tak więc włoska obecność pośród nagrodzonych na tegorocznym World Press Photo jest znacząca. Ręce składają się do oklasków! Bravi!

Gabriele Galimberti. Foto: World Press Photo 2021