Spaghetti western – czyli jak Włosi na zawsze zmienili Dziki Zachód

Westerny, pomimo kilku prób wskrzeszenia tego gatunku (ostatni wysyp westernów nastąpił około 10 lat temu), należą do świata przeszłości – kraina Dzikiego Zachodu nie mami już mistycyzmem pustych równin, melodią wiatru, indiańskimi próbami męstwa czy pojedynkami w samo południe i tylko nieliczni desperados nadal patrzą tęsknie w horyzont, chcąc być tam, a nie tutaj.

Był jednak czas, w którym świat rewolwerowców, łowców nagród i kowbojów fascynował całe pokolenia, a kino i telewizja (a jeszcze wcześniej książki i komiksy) tę fascynację tworzyły i napędzały. Nawet dzisiaj każdy z nas, zapytany co kojarzy mu się z westernem, wymienić będzie w stanie: Indian, rewolwerowców, bohaterów cynicznych tak samo jak ich przeciwnicy, muzykę Ennio Morricone, długie ciche ujęcia – w których grają oczy, muzyka i wiatr, brutalność amerykańskiego pogranicza oraz aktorów, którzy dla Dzikiego Zachodu stali się ikonami: John Wayne, Clint Eastwood, Lee van Cleef. To właśnie z tym kojarzy nam się western – twór na wskroś amerykański. Właśnie, czy na pewno tylko amerykański?

Szacuje się, że do roku 1960 około 40% wszystkich kręconych w USA filmów było westernami. Western był produktem stricte amerykańskim – kręconym w Stanach, mitologizującym zdobywanie kontynentu, początki osadnictwa i dającym Amerykanom ich własnych herosów i złoczyńców. Kiedy w amerykańskich domach na dobre zagościła telewizja, kowboj z małego ekranu wypierać zaczął tego kinowego – studia filmowe wycofały się z dużych westernowych produkcji. Powstała w ten sposób luka byłą idealna dla nowego bohatera Dzikiego Zachodu – bohatera zza oceanu, a konkretnie z Włoch…

Sergio Leone

Gdyby nie Włosi, a w szczególności jeden genialny reżyser – Siergio Leonne – pamiętalibyśmy filmy o Dzikim Zachodzie zupełnie inaczej, a sam gatunek westernu umarłby dużo szybciej. Amerykanie mitologizowali historię podboju pogranicza, tworząc często moralizatorskie opowieści o triumfie dobra nad złem i budując klasyczny obraz krystalicznie czystego bohatera. Filmy takie jak „Rio Grande”, „Poszukiwacze”, „Jak zdobywano Dziki Zachód” czy „Fort Apache” Johna Forda stanowiły kanon tych opowieści. 

Kadr ze spaghetti westernu

Włosi, doświadczeni przez II wojnę światową i dyktaturę Mussoliniego stworzyli Dziki Zachód inaczej niż Amerykanie: bardziej mroczny, moralnie ambiwalentny i dużo bliższych brudowi traktu niż czystości zachodniego nieba.Był to strzał w dziesiątkę, a widownia na całym świecie oszalała na punkcie produkcji z Italii. Na początku lat 60. na pytanie o kino włoskie dostalibyśmy w odpowiedzi nazwiska takie jak: Fellini, Pasolini – i ich filmy, festiwalowe arcydzieła. Pod koniec tamtej dekady odpowiedź byłaby tylko jedna – spaghetti western! Termin ten oznacza dość szeroki podgatunek westernów kręconych w Europie (głównie we Włoszech) i używany jest do dziś przez rzesze krytyków na całym świecie. Przypisuje się go hiszpańskiemu dziennikarzowi Alfonso Sanchezowi, który nazywał tak włoskie tanie i produkowane szybko westerny – porównując je do spaghetti.

Hiszpańska Almeria i filmowe miasteczko Dzikiego Zachodu

Pierwsze filmy, w których doszukać się można elementów spaghetti westernu powstały już na początku lat 60., lecz w tym wypadku nie liczy się film po prostu pierwszy, a ten który jako pierwszy na dobre zmienił świat Dzikiego Zachodu. Ten film to oczywiście „Za garść dolarów”, nakręcony przez Sergio Leone w rzymskim studiu Cinecitta oraz w hiszpańskiej Almerii za jedyne 200 000 dolarów i bazujący na „Yojimbo” Akiro Kurosawy, pierwszy z tak zwanej „Trylogii Dolara” („Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” i „Dobry, zły i brzydki”). Wszedł na ekrany włoskich kin w 1964 roku, i pomimo negatywnych recenzji odniósł niebywały komercyjny sukces. Trzy lata później zawitał do Ameryki, zdobywając szturmem ekrany kin (był tak popularny, że w 1969 roku wypuszczono go ponownie do obiegu).

Clint Eastwood

Widziałeś kiedyś jakiś włoski western? Makabra. Pieprzona Farsa – Rick Dalton

Widzowie pokochali nowy styl westernu i tak zaczęła się trwająca prawie 10 lat era triumfu spaghetti westernów (za szczytowy moment przyjmuje się rok 1968, po którym następuje spadek zainteresowania tym gatunkiem), które pomimo wielu odmian i transformacji jakich zaznały przez te lata (filmy „Zapata”, komediowe westerny wytwórni Trinity czy produkcje inspirowane „Django” Sergio Corbucciego) dla większości osób kojarzą się z trylogią stworzoną przez Leone.

Włoski reżyser stworzył i ugruntował specyficzny wizualny styl długich ujęć i charakterystycznych zbliżeń na twarze i oczy bohaterów – które stawały się u niego krajobrazem równie ważnym co pustkowia prerii. Jego filmy to przeplatanka cynizmu i ironii z patosem, świat przez niego wykreowany pozbawiony jest porządku społecznego – jest miejscem idealnym dla „człowieka bez imienia”, antybohatera, który dla większości z nas ma twarz Clinta Eastwooda. Eastwood to kolejne obok Leone nazwisko, które dzięki spaghetti westernom wpisało się do gwiazdozbioru kina.

Podobnie rzecz się ma z rewolucjonizatorem muzyki filmowej, Ennio Morricone. Kiedy myślimy „western”, większość z nas w głowie nie usłyszy orkiestry z filmów Johna Forda, a harmonijkę, drumlę, gitarę elektryczną czy dźwięk bicza – niektóre z wielu „instrumentów”, którymi posługiwał się pracujący z minimalnym budżetem Morricone. Muzyka w odbiorze spaghetti westernu jest zresztą kluczowa, bo magia filmów Sergio Leone jest z nią ściśle związana. Muzyka nie czaruje tylko nas, spektakl który oglądamy jest nią napędzany – Leone, rozumiejąc jak muzyka wpływa na duszę, ale też na grę aktorską i na kompozycję filmu – prosił Ennio o napisanie utworów przed rozpoczęciem zdjęć, dzięki czemu reżyser mógł układać ujęcia wokół gotowej muzyki. Była ona swoistym scenariuszem, elementem definiującym dzieło, używana na planie, pomagała grać aktorom. Efektem jest idealna harmonia dźwięku, gry i obrazu podobna do opery i wyniesienie westernu na zupełnie nowy poziom artystyczny.

Ennio Morricone

Zawsze powtarzałem, że moim najlepszym scenarzystą i specem od dialogów jest Ennio Morricone – Sergio Leone

Fabularnie spaghetti westerny uciekały od moralizatorskiego tonu – bohater kierował się żądzą zysku lub zemsty, nierzadko uciekał się do oszustw, a jego spojrzenie na świat pełne było cynizmu – jednak w świecie przepełnionym brutalnością, gdzie słabszy pozostaje bezbronną ofiarą terroru a prawo jest dalekim wspomnieniem, to właśnie taka postać, zwłaszcza gdy jej zdolności posługiwania się rewolwerem są wręcz mityczne, potrafi triumfować. Ten bohater, czy raczej antybohater, przypomina często złoczyńców z amerykańskich westernów – może dlatego przyciąga bardziej niż szeryf lub kawalerzysta – i pomimo wad i skomplikowanej przeszłości jest tak naprawdę kolejnym „białym kapeluszem”.

Oczywiście elementów spaghetti westernu jest znacznie więcej, dla mnie jednak te wymienione powyżej są najważniejsze, bo to dzięki nim Włosi zmienili Dziki Zachód – gdyby nie włoskie westerny nie powstałby „Django” Tarantino. Zmienili też samo kino, bo filmy kręcone w Stanach – niezależnie od gatunku – nigdy nie były już takie same. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się ze spaghetti westernem, zachęcam do obejrzenia „Trylogii Dolara” – to znakomity start.

Popiół spalonego głosu, czyli o książce „Jedwab”

Alessandro Baricco. Urodził się w Turynie w 1958 roku. Poczytny współczesny pisarz włoski, eseista, autor sztuk teatralnych, krytyk muzyczny. Napisał kilkanaście powieści, ale sławę międzynarodową przyniósł mu Jedwab zekranizowany w 2007 roku. Film tak czarowny jak książka.

Na okładce nocny motyl. Ćma? Jedwabnik, spod skrzydeł którego wypadają litery. Symbol duszy i pismo. „Zdumiewająca była myśl, że to jednak znaki słowne: popiół spalonego głosu” – pisze Baricco w rozdziale 55. swojej książki. Słowo niewypowiedziane, bezgłośne, spalone na popiół, ale ujęte w krótkie ramy pisma, istniejące mimo wszystko w sposób metafizyczny, magiczny chciałoby się powiedzieć, uchwytny tylko dla tych, którzy sięgają w głąb duszy, poza słowa wypowiedziane. „Nie zna pańskiego języka” (rozdział 33). Nie ma to znaczenia. Istnieje komunikacja inna niż tylko werbalna, przekaz pozasłowny, coś, co może się dziać w wyobraźni, tylko w alternatywnej rzeczywistości naszego osobistego świata wyobrażeń.

Rozdziałów jest 65. Są krótkie, a niektóre wręcz kilkuzdaniowe. Ciekawa struktura formalna jawi się jako coś punktowego, bardzo delikatnego. Nie narzuca się, ale przyciąga, zaciekawia swoją oryginalnością i zaprasza do odkrywania tajemnicy. Każdy z rozdziałów to zamknięta część łącząca się w całość poetyckiej narracji, od której nie sposób się oderwać, aż do końca. Stron jest zaledwie 122, a więc lektura czasu dużo nie zabierze, za to, kiedy się ją skończy, zostanie na długo, może nawet na zawsze.

Alessandro Baricco

Hervé Joncour – mężczyzna pomiędzy miłością znalezioną na miejscu, stabilną, znaną, bezpieczną i zadomowioną w Europie, we Francji a namiętnością mieniącą się barwnymi odcieniami jedwabiu w świecie Orientu, w Japonii, w rzeczywistości przygody, w przestrzeni proszącej o odkrycie i zanurzenie się w niej. Pierwsza kobieta – żona Helena przyciąga go swą stałością, wiernym oczekiwaniem, Druga kobieta, bezimienna – czarem marzenia, namiętnym wyobrażeniem o cielesnym spełnieniu. Widzimy, że miłość dzieje się w głowie, że jest wielowymiarowa, niejednoznaczna. Potrafi pozostawić człowieka w osłupieniu, czasem w zagubieniu, albo w rozdwojeniu, jak tutaj. Względem tego, na jak niezwykłe sposoby można jej doświadczyć, stajemy zdumieni. Jest abstraktem, doskonałością, której wyrazem może być fizyczne obcowanie, ale wcale nim być nie musi. Przyciąganie nieziemskie, powiedziałoby się, i dwa bieguny, tak bardzo odległe od siebie i tak wabiące, każdy z osobna. Obie kobiety go pragną, chcą go mieć przy sobie. Pierwsza, w rozdziale 42. prosi: „Obiecaj mi, że wrócisz” i on jej to obiecuje. Druga przekazuje liścik po japońsku: „Wróć, bo umrę!”, który przemierza wraz z mężczyzną połowę świata, by zostać przetłumaczony na francuski przez japońską tłumaczkę – Trzecią kobietę. Pierwsza pójdzie do Trzeciej gdy rozezna, że istnienie Drugiej zadaje cierpienie wywołane tęsknotą jej mężowi i jej samej, istnienie, które wprowadza niepokój. Zechce przerwać tę trudną do opanowania więź między Drugą a jej mężem i napisze list podszywając się pod nią, a potem poprosi Trzecią o przetłumaczenie go na japoński. Mąż dostanie ów list i on też pójdzie do Trzeciej z prośbą o przekład, tym razem na francuski. Domyśli się, kto był prawdziwą autorką listu i kto go przetłumaczył, ale dopiero po śmierci Pierwszej kobiety – żony, powie o tym Trzeciej. Trzeciej, której historii tak naprawdę nikt nie poznał. Madame Blanche w nieskazitelnie białym kimonie, z niebieskimi kwiatuszkami między palcami. Dama do towarzystwa, tłumaczka strzegąca tajemnic swoich klientów, o miłości i namiętności wiedząca wszystko, jak można sądzić. Cóż za intryga! Teatralna rzeczywistość, dramatyczny chaos bez słów… i tylko „popiół spalonego głosu”. Ów, powiedziałoby się teatralny rekwizyt, jakim staje się ostatni list, pisany przez Pierwszą podszywającą się pod Drugą i tłumaczony przez Trzecią, jest długi i stanowi cudowną apoteozę aktu cielesnego dziejącego się między kobietą a mężczyzną w ogóle, bez cienia wulgarności czy choćby najmniejszego nietaktu. Gra, przenikanie się pierwiastka męskiego z żeńskim, niedopowiedzenie, a przy tym delikatność muskająca nas nieledwie jak jedwab, ulatująca jak wznoszące się ku niebu ptaki.

Tęsknoty męskiej duszy. Pragnienie sukcesu i kobieta. Nasz bohater jest jednak, jak można sądzić, osobą pozwalającą życiu biec tak, jak ono chce. Ten, kto silniejszy pokieruje jego życiem… niejaki Baldabiou, na przykład. Nie kariera wojskowa, o której marzyli dla niego rodzice, tylko… Nie on decyduje o wyjeździe na drugi koniec globu po zakup jajeczek jedwabników. Za każdym razem decyzję zostawia innym. Akceptuje. Jest jakiś rodzaj prokrastynacji w tworzeniu przez niego ogrodu dla żony, a przynajmniej nieśpiesznie działanie. On daje się uwodzić życiu, pozwala by go niosło, przyjmuje wszystko z „dobrodziejstwem inwentarza”. W miasteczku Lavilledieu (z francuskiego: bożym miasteczku) wszystko idzie „po bożemu”, praca, jedwabniki, dom, żona, bogacenie się, zajmowanie wysokiej pozycji w społeczności. Nastaje epidemia i tak jak inni handlarze jedwabiem Joncour staje w obliczu kryzysu. Ten punkt zwrotny w całej historii powoduje konieczność wyjazdu do Japonii, a więc przemierzenia świata, by ocalić hodowlę i dalej zarabiać. Na drugim końcu globu, tam, gdzie musiał pojechać, czeka na niego coś, co wymyka się tradycyjnemu pojmowaniu, siła pasji, jakiej nigdy nie doświadczył, namiętność przyciągająca jak magnes. Tam odkrywa obezwładniającą moc uczucia, uczucia bez słów… Mężczyzna zdaje się bezwolny. Kobiety, nie! One raczej walczą o niego niźli on o którąkolwiek z nich. On jest na rozdrożu, one wiedzą, czego chcą, doskonale wiedzą.

Kadr z filmu Jedwab

  Opowiedziana historia mogłaby się stać kanwą dla powieści awanturniczej lub historycznej, lub też dla dziennika z podróży. Oto mamy rok 1861. Hervé Joncour, nasz protagonista, wyrusza w drogę do odległego wyspiarskiego kraju po jajeczka jedwabników i … tu nastąpiłby opis przygód, które spotkały go po drodze, opisy strojów, obyczajów, środków lokomocji, sposobów odżywiania się, pejzaży, roślinności, towarzyszy podróży… dziennik pokładowy… nie wiem, ale to nie jest historia Marco Polo! I nie są to Chiny, tylko Japonia! Nie mamy tutaj wszechwiedzącego narratora, snującego opowieść zamkniętą, wsobną, jedyną prawdziwą. Wręcz przeciwnie: tu mamy narrację otwartą, pozostawiającą pole czytelnikowi oraz jego „odczuwaniu” i interpretacji. Nie jest to nouveau roman czyli literacki eksperyment, ale jest z pewnością trudnym do zaklasyfikowania gatunkowego utworem, najbardziej chyba zbliżonym do noweli czy opowiadania, albo powieści poetyckiej, raczej malowanej słowem niż po prostu pisanej, pozwalającej działać wyobraźni, gdzie zapisane krótkim tekstem strony stanowią jedynie punkt wyjścia do tego, co może się zdarzyć pod ich wpływem w sercu i głowie czytelnika. Powieść, teatr, dramat, filozofia, psychologia, poezja… Nie pozostawia obojętnym, bez wątpienia!

Przygoda z Japonią, z jedwabnikami, z podróżą przez życie (bo czyż życie nie jest podróżą?) i opowieść o miłości. I to najważniejsze. Serdecznie polecam.

ŚWIAT DZIECKA W STAROŻYTNYM RZYMIE

We florenckich Le Gallerie degli Uffizi otwarto wystawę „Przyjazne dziecku. Dorastanie w starożytnym Rzymie”. Ponad 30 dzieł, w tym rzeźby bóstw przedstawionych jako dzieci, figurki, gry i zabawki sprzed tysiącleci, można zobaczyć na wystawie, która w nowatorski sposób porusza niezbadany dotąd temat. 

Eksponaty dobrano tak, by pokazać różne momenty codziennego życia dzieci w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Narodziny, obrzędy przejścia do dorosłości, szkoła, rozrywka, relacje ze zwierzętami czy wreszcie uczucia radość, smutek, lęk – to tylko niektóre z tematów, które odwiedzający znajdą w posągach, sarkofagach, płaskorzeźbach i przedmiotach codziennego użytku, takich jak zabawki. Historię tworzą wielcy ludzie, ale przecież i oni byli dziećmi. Także bóstwa rzymskiego panteonu miały swoje dzieciństwo, czasami pełne przygód i trudne, takie jak Herkules czy Bachus. Zwiedzając wystawę można zupełnie ich nie rozpoznać w tych pucułowatych, bardzo po ludzku naturalnych dzieciach.  

Od kilku miesięcy w Uffizi realizowany jest program umożliwiający percepcję sztuki przez najmłodszych, także i tu, na ekspozycji pokazującej świat dziecka, nie mogło zabraknąć szeregu udogodnień takich jak, częściowo niżej postawione rzeźby, opisy dzieł dostosowane do wieku, czy komiksy-przewodniki zaprojektowane przez Stefano Piscitellego. W ten sposób dzieci mogą spojrzeć w twarze swoich rówieśników sprzed 2 tysięcy lat. Jak powiedział dyrektor Uffizi Eike Schmidt: 

Dla nas jest to okazja zwrócenia się do grupy wiekowej, która jest mało brana pod uwagę na polu artystycznym, zarówno jako temat, jak i publiczność. Sztuka to nie tylko rzecz dla dorosłych, a niniejszy przegląd to potwierdza, wprowadzając zaangażowanie między rówieśnikami na przestrzeni wieków. Dzieci starożytnego Rzymu przemawiają do dzisiejszych dzieci tym samym językiem.

Wśród najważniejszych dzieł zobaczyć można, odrestaurowany specjalnie na wystawę, posąg Merkurego z małym Bachusem (który po dziesięcioleciach wrócił do florenckich zbiorów), niezwykle cenną i rzadką lalkę z kości słoniowej z III wieku naszej ery (nigdy wcześniej nie wystawianą), czy wreszcie figurkę gladiatora wyposażoną w modułowe akcesoria (podobnie jak we współczesnych zabawkach). Szczególną wartość ma także zbiór figurek tanagryjskich –  to rodzaj statuetek nagrobnych z epoki helleńskiej i rzymskiej.

Wystawa trwa do 24 kwietnia 2022 roku. Szczegółowe informacje www.uffizi.it

ROBERTO BENIGNI ZE ZŁOTYM LWEM ZA CAŁOKSZTAŁT KARIERY!

Wczoraj na weneckim Biennale uhonorowano jednego z najwybitniejszych włoskich aktorów, Roberto Benigniego, wręczając statuetkę Złotego Lwa za dokonania w trakcie całej, niezwykłej kariery.

Podziękowania zamieniły się we wzruszające „show”, płynące jak zawsze z gorącego serca. Najpierw były podziękowania bardziej „oficjalne” – dla prezydenta Mattarelli (z żartobliwą prośbą, by pozostał na stanowisku „przynajmniej do mundialu w Katarze”), potem dla wielu kolegów po fachu, znakomitych reżyserów i aktorów, z którymi Benigni współpracował: Bertolucciego, Felliniego, Troisiego, Jarmusha czy wreszcie Garrone (to w jego ostatnim filmie „Pinokio” Roberto stworzył wielką kreację).

Jednak najważniejsze słowa podziękowania Benigni skierował do swojej żony Nicoletty Braschi. Mówił m.im.: „Mój sposób mierzenia czasu polega na odmierzaniu czasu z Tobą i bez Ciebie, jesteśmy ze sobą od czterdziestu lat, ta nagroda należy do Ciebie i Ty zadedykuj ją komu chcesz”. Potem zaś dodał: „Ten lew? Do mnie należy tylko ogon, by poruszać nim wesołość, ale skrzydła są Twoje. Jeśli cokolwiek potrafiło wznieść się w powietrze, to tylko… dzięki Tobie!”

Jak zawsze – Roberto to eksplozja emocji, pięknych uczuć i myśli. I za to wszyscy go kochamy!

Także i my, jako społeczność polska spod znaku Faro d’Italia składamy serdeczne gratulacje wielkiemu Roberto Benigniemu!

TU KOMISARZ MONTALABNO!

Symbol włoskiego kryminału – zarówno w wersji książkowej, jak i telewizyjnej. Komisarz Montalbano, grany przez Lukę Zingarettiego zagościł na platformie Netflix, więc polscy widzowie mogą oglądać przygody sycylijskiego detektywa-policjanta począwszy od pierwszych sezonów serialu wyprodukowanego przez telewizję RAI.

„Montalbano sono” – odzywa się głos w słuchawce – „Tu komisarz Montalbano!”. Charakterystyczna twarz i pewny siebie głos Zingarettiego to już włoski klasyk kryminału, coś na kształt naszego starego „07 zgłoś się”, kultowego serialu, z którego teksty weszły na trwałe do języka. Za powstaniem włoskiej serii kryje się jednak leżąca u podstaw scenariuszy literatura – cykl „giallo” („żółtymi” nazywają Włosi książkowe kryminały wydawane do tej pory z charakterystycznymi żółtymi grzbietami i okładkami) autorstwa Andrei Camilleriego. Camilleri pierwszą książkę z serii o „Komisarzu Montalbano” wydał w 1994 roku, nosiła tytuł „Kształt wody” i stała się początkiem serii, mającej przynieść mu światową sławę. Camilleri zmarł dwa lata temu, 17 lipca 2019 roku, był pisarzem, scenarzystą, aktorem, wykładowcą w szkołach artystycznych. Los chciał, że to właśnie jego student, aktor Luca Zingaretti (prywatnie brat polityka Nikoli Zingarettiego) został protagonistą w filmach opartych na książkach o Montalbano. Andrea Camilleri urodził się w Porto Empedocle na Sycylii, mieszkał w Rzymie, wykładał w Narodowej Akademii Sztuki Dramatycznej

Pisarz Andrea Camilleri na ulubionej kanapie swojego rzymskiego domu, pogrążony w lekturze. MARIO DE RENZIS/ANSA/DEF

Pierwszy sezon „Komisarza Montalbano” ukazał się w 1999 roku – do dzisiaj na ekranie pojawiło się ich już piętnaście. Każdy składa się z niewielkiej liczby odcinków, czasem są to dwa, czasem cztery odcinki. To, co przekonuje wiernych widzów do śledzenia losów Montalbano to nie tylko zgrabne intrygi kryminalne, ale też ciekawe postaci, charyzma głównego bohatera i jego romansowe przygody. Ale też niewątpliwym walorem serialu są przepiękne widoki Sycylii – małych miasteczek, wybrzeża morskiego i gór. Komisarz Salvo Montalbano, facet o nietuzinkowym charakterze, policjant chadzający własnymi drogami, rozwikłuje zagadki kryminalne w małej, uroczej sycylijskiej miejscowości Vigata. Próżno jednak jej szukać na mapie, Vigata to miasteczko fikcyjne, a zdjęcia kręcone są przede wszystkim w Scicli. Co ciekawe jednak, ta sycylijska fikcyjna geografia, którą w swoich książkach stworzył Camilleri to więcej miejscowości, które nazwami i topografią odpowiadają prawdziwym miejscom. I tak Vigata odzwierciedla Porto Empedocle, miejsce urodzin autora, zaś leży w fikcyjnej prowincji Montelusa (naprawdę to Agrigento). Pojawiają się w książkach z serii oraz w filmach takie miejscowości jak Merfi zamiast Menfi, Fiacca zamiast Sciacca, Realmonte to prawdziwe Monterreale, Aragona to Ragona, Lampedusa zamienia się zaś w miasto Sampedusa i tak dalej.

Scicli – Vigata z serialu „Il commisario Montalbano”

Jeśli do tej pory nie poznaliście komisarza Montalbano, to nie pozostaje nic innego niż włączyć telewizję i zanurzyć się w opowieść stworzoną piórem Andrei Camilleriego oraz aktorskim talentem Luki Zingarettiego. Polecamy także niezawodną kolejność odbioru dzieł – najpierw lekturę kryminałów, które ukazywały się także na polskim rynku księgarskim.

KROKODYLE ŁZY – PO TRZĘSIENIU ZIEMI W MARCHE!

Te dwa murale powstały jako swego rodzaju artystyczny wyrzut sumienia. Mówią o tym, jak łatwo się zapomina. Mija dzisiaj równo 5 lat od tragedii, która spotkała region Marche – trzęsienia ziemi z 24 sierpnia 2016 roku.

Dla upamiętnienia strat i ofiar, ale też dla podkreślenia tego, że wówczas, tuż po trzęsieniu wylewano morze łez, ale potem zapomniano o ludziach, zniszczonych miasteczkach i domach… Murale przedstawiające płaczącego krokodyla oraz ślimaka powstały w Colleiano, w gminie Roccafluvione, prowincja Ascoli Piceno. Dzieła o wielkości 6 x 7 m każde zostały wykonane przez artystów podpisujących się jako Andrea Tarli e URKA, pod dyrekcją grupy artystycznej Arte Pubblica & Muri a perdere.

Całość nadzorowana jest przez otwarte „Muzuem Otwarte” w Marche czyli MAdAM — museo aperto d’arte marche. Mural przedstawiający ślimaka, wykonany przez URKĘ nosi tytuł „Riders on the storm” a jego sens jest oczywisty – chodzi o powolne tempo odbudowy zniszczeń. Oto mieszkańcy terenów dotkniętych nieszczęściem muszą od pięciu lat borykać się z biurokratyczną burzą problemów i przeszkód.

Andrea Tarli to artysta samouk, czerpiący inspiracje z prac na wystawie Andrei Pazienzy. Jego dzieło to aligator płaczący nad ruinami budynków, które symbolizują niedotrzymane obietnice pomiędzy którymi stoi jedynie stabilnie… bank, symbol systemu ekonomicznego i biurokratycznego…

FERRAGOSTO — czyli ferie Augusta!

15 sierpnia to tradycyjny dzień wolny w Italii już od… dwóch tysiącleci. W samym terminie „Ferragosto” ukryta jest odpowiedź na pytanie, jak doszło do tego, iż odgórnie ustalono, że tego właśnie dnia Rzymianie powinni odpoczywać. Wszystko stało się w roku 18 przed Chrystusem, gdy cesarz Oktawian August ustalił i nakazał, by to właśnie tego dnia obywatele rzymscy odpoczywali – w trakcie Feriae Augusti (wakacji Augusta).

Święta takie jak Consualia (dotyczące boga Conso) czy Vinalia Rustica były związane ze zbiorami plonów i żniwami, Ferragosto dawało szansę świętowania i ucztowania, a później zwyczaj został adaptowany przez Kościół Katolicki i zamieniony w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, czyli Matki Bożej Zielnej.

W trakcie Ferragosto (inaczej mówiono Augustali), nie tylko odpoczywano, czy ucztowano po tygodniach ciężkiej pracy. Urządzano bowiem także wyścigi – koni, wołów, osłów czy mułów. Pamiątką tego zwyczaju jest urządzane 16 sierpnia w Sienie „palio”czyli wyścigi konne miejskich dzielnic (contrad).

Jednak prawdziwy boom wyjazdów czysto turystycznych – na zwiedzanie innych miast czy do morskich kurortów — wystąpił dopiero w epoce faszyzmu, w latach 20. i 30. XX wieku. Do dzisiaj właśnie w ten dzień korkują się autostrady, a Włosi jeżdżą odpocząć nad morze. Także Rzymianie. Sam Rzym często pustoszeje w Ferragosto i niektórzy polecają by to właśnie w czasie Augustali przyjeżdżać do Wiecznego Miasta.

OSTUNI – BIAŁE MIASTO – PERŁA APULII!

Jedno z najbardziej zachwycających miast w Italii, apulijska Ostuni olśniewa bielą ścian domów. Ta tradycja miała jednak inne podłoże, niźli estetyczne.
W średniowieczu mieszkańcy doszli do wniosku iż promienie słońca odbijające się od tylu białych powierzchni będą oślepiać ewentualnego wroga — gdyby usiłował atakować miasto za pomocą np. ostrzału byłoby mu trudno skupić wzrok na bijących światłem słonecznym płaszczyznach.

W XIX wieku władze miejskie z innych jednak powodów zaczęły wydawać nakazy malowania domów jedynie w kolorze białym. Chodziło o kwestie związane z higieną i epidemiami, które dręczyły mieszkańców po okresach wyniszczającej suszy. Mieszkańcy byli przekonani, iż biel ułatwia zatrzymanie ataków różnych chorób.

Teraz biel jest już częścią dziedzictwa tego pięknego miasta położonego, jakże malowniczo, na trzech wzgórzach o wys. 218 m. n.pm.

Tak czy siak „białe miasto” zachwyca od wieków. W tym artystów i wiele znanych postaci. Niektórzy z nich formułowali zresztą swoje „teorie” na temat tego, dlaczego miasto jest białe. Pisarz Tonino Guerra nazwał je kiedyś kroplą mleka na piersi Apeninu. Dziennikarz Ettore Della Giovanna w 1941 roku, gdy przyglądał mu się zakrzyknął z zachwytem, iż biel Ostuni jest „doprowadzona do absurdu”.

Czy tak jest w istocie? O pięknie Ostuni być może najlepiej przekonać się samemu, w trakcie wakacyjnych wojaży…