Pienia anielskie – o kastratach i kontratenorach

Nie istnieje opera bez Włoch, tak jak Włochy nie istnieją bez opery. To właśnie tam się wszystko zaczęło, tam się narodziło, stamtąd wyszło, ogarniając ludzkie uniwersum – cudowna sztuka ukazania dramatu przy pomocy muzyki i śpiewu!

Ostatnio dużym zaskoczeniem jawi się niektórym kariera i popularność, jaką zdobywają na scenach operowych świata kontratenorzy, uważani za hermetyczne wyjątki jednostkowo zaistniałe w jego obrębie – za tzw. głosy niszowe. Faktem jest, że głosy takie są absolutnie wyjątkowe i rzeczywiście niestandardowe, i to w tym należy upatrywać ich popularności oraz rosnącego zachwytu, a nie w zmieniających się czasach, jakkolwiek rzeczywiście czas „koturnowych” postaci śpiewaków operowych właśnie przemija. I dobrze. Świat musi się zmieniać, by móc się rozwijać, choć w swej esencji pozostaje przecież taki sam. Zmiana fraka na bonżurkę może, a nawet powinna się od czasu do czasu wydarzyć. Tymczasem to, co rzadkie i niespotykane jawi się zawsze jako coś, co ma wartość ogromną, nieprzeliczalną na żadną walutę. Tak też jest z kontratenorem – naturalnym, najwyższym głosem męskim. Białe kruki nie biorą się z nikąd.

Skala głosów kobiecych

Kimże jest więc zatem kontratenor poza tym, że z pewnością jest mistrzem śpiewu? Według definicji to: „śpiewak płci męskiej, który mimo przebytej mutacji głosu, dzięki odpowiedniej technice, jak i wrodzonym uwarunkowaniom, jest w stanie operować pełną skalą altu (kontratenor altowy), mezzosopranu (kontratenor mezzosopranowy) lub nawet sopranu (kontratenor sopranowy)”. Czyli jest to mężczyzna, który jest w stanie śpiewać jak kobieta? Ależ nie! Jest to mężczyzna, który co prawda operuje skalą głosów kobiecych, ale nadal jego głos pozostaje głosem męskim – najwyższym – generowanym w sposób naturalny. Śpiewające jak anioły pacholęta, wchodząc w wiek męski, przechodzą mutację, a ona powoduje diametralną zmianę parametrów głosowych. Do „pień anielskich” chłopiec nie powraca. Wysoki głos traci na zawsze, chyba, że… Co można zrobić by wstrzymać mutację? To proste. Dokonać kastracji. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej okrutnego i nieludzkiego, a jednak. Szczególnie w okresie baroku, ale też i wcześniej, utalentowanych muzycznie chłopców kastrowano, by zachować wyjątkowe piękno ich głosów, które męskość w postaci mutacji zniszczyłaby bezpowrotnie. Co trudne dziś do uwierzenia, ostatnim słynnym śpiewakiem-kastratem był Włoch Alessandro Moreschi, który żył na przełomie XIX i XX wieku.

Alessandro Moreschi

Jako bardzo młody człowiek trafił do Rzymu, gdzie śpiewał w chórach papieskich: najpierw w chórze bazyliki św. Jana na Lateranie, potem w chórze Kaplicy Sykstyńskiej, cieszącym się sławą od stuleci. Kastraci w tym chórze przestali śpiewać dopiero w 1903 roku! 

Farinelli – niemożność spełnienia

Głosu Moreschiego możemy jeszcze dziś posłuchać, bo jako jedyny został zarejestrowany. To siedemnaście utworów, w tym pieśń „Ave Maria”. Niestety ówczesna technika nie była wystarczająca skuteczna, by dobrze zapisać głos kastrata i potem pozwolić na odtworzenie go w całej jego skali i pełni.

Do dziś więc możemy jedynie próbować wyobrazić sobie śpiew kastrata lub też technicznie „zmiksować” głosy, by choć zbliżyć się do jego prawdziwego, oryginalnego brzmienia. Właśnie takiego zabiegu dokonano przy realizacji filmu pod tytulem „Farinelli: Voce regina” (pol. „Farinelli, ostatni kastrat”) z 1994 roku, choć jak już wspomniałam Farinelli wcale ostatnim kastratem nie był. Film o Carlo Broschim (tak nazywał się ów śpiewak zwanym Farinellim), w reżyserii Gérarda Corbiau opowiada o życiu i wielkiej karierze śpiewaczej bardzo znanego w XVIII wieku śpiewaka oraz o jego równie wielkiej tragedii: niemożności spełnienia, osiągnięcia satysfakcji seksualnej z powodu okaleczenia – kastracji.

Corrado Giacinto, Ritratto di Carlo Broschi detto Farinelli, 1753

To jeden jego wymiar, bo gdybyście państwo zechcieli obejrzeć film o historii muzyki, to również śmiało zapraszam na „Farinellego”. Przy tym wszystkim przyjdzie nam również obejrzeć pokaz cudownych strojów barokowych, wnętrz domowych i teatralnych.

Kadr z filmu „Farinelli, ostatni kastrat”

Damy w sukniach na stelażach, w bez mała metrowych fryzurach, jak ogrody zdobnych kwiatami i owocami, damy z wachlarzami w dłoniach, omdlewające na dźwięk głosu śpiewaka, albo też, jak można sądzić, przenoszące się w „inny wymiar” odczuwania, podczas słuchania arii pełnych ozdobników muzycznych śpiewanych przez swojego idola. A on, biedak, nigdy nie osiągnie spełnienia w tej materii. Cóż! Niemożność. Cierpienie za piękno. Piękno za cierpienie. Głos filmowego Farinellego to, jak już wspomnieliśmy, miks głosu kontratenora i sopranistki czyli – Dereka Lee Ragina, czarnoskórego amerykańskiego śpiewaka oraz wspaniałej polskiej artystki operowej – Ewy Małas-Godlewskiej. Ich głosy nagrano oddzielnie, a następnie połączono je cyfrowo. Efekt jest powalający. Śpiew Farinellego urzeka! 

Kastraci już dziś nie śpiewają, ale śpiewają kontratenorzy. To wysoka półka w hierarchii śpiewaczej muzyki poważnej. Jest ich niewielu, ale być może znajdą państwo pośród nich swoich faworytów, choćby we Francji – Philippe’a Jarousky’ego, albo w Argentynie – Franco Fagioliego, albo też znacznie bliżej, w Polsce – Jakuba Józefa Orlińskiego.

Jakub Józef Orliński

Wszyscy oni są wspaniali, ich muzyka olśniewa, zachwyca, unosi słuchającego na absolutne wyżyny emocji przez swój artyzm i muzyczne interpretacje śpiewaków. 

Życzę zatem cudownych przeżyć z muzyką, podczas filmu o Farinellim lub w trakcie słuchania wybitnych arii w wykonaniu kontratenorów. 

Anna Miecznikowska-Ziółek

Filozofia w dźwiękach opery

Filozof z zamiłowania. Śpiewak z wyboru. Tadeusz Szlenkier. Tenor. Rocznik 79. Mimo młodego wieku śpiewa na wielu scenach w Polsce i  za granicą. Obecnie na stałe związany ze sceną operową w Norymberdze, dla której przygotowuje partię Don Josego w „Carmen” Bizeta. A już 28 sierpnia będzie go można zobaczyć na deskach opery wrocławskiej, gdzie wystąpi w „Tosce” Pucciniego jako Mario Cavaradossi.

Z Tadeuszem Szlenkierem rozmawia Piotr Kindela / Foto: Bartek Banaszek

Początek twojej kariery zawodowej zaczął się nietypowo, bo od filozofii. Jak do tego doszło? 

Rzeczywiście, kiedy zbliżała się matura, do głowy mi nawet nie przyszło, że w przyszłości będę robił coś związanego z muzyką. Co prawda od 15. roku życia śpiewałem w Międzyuczelnianym Chórze w Warszawie, ale nie myślałem, że zajmę się śpiewem zawodowo. Chciałem coś studiować, ale nie miałem żadnego skonkretyzowanego pomysłu. Postanowiłem więc uczyć się czegoś co było dla mnie najciekawsze, czyli filozofii. Dopiero podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim zacząłem brać lekcje śpiewu i zdałem do stołecznego Zespołu Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina. 

A jako ciekawostkę dodam, że tematem swojej pracy magisterskiej na UW uczyniłem relację pomiędzy Fryderykiem Nietzschem a Ryszardem Wagnerem. To poruszanie się na pograniczu filozofii oraz muzyki było dla mnie fantastycznym doświadczeniem. Ale taki konkretny „etap muzyczny”, gdy stwierdziłem, że muzyką chcę się zajmować na poważnie, nastąpił właśnie w trakcie studiów i nauki w szkole muzycznej. Czyli około 2003 roku. To był moment, gdy zacząłem śpiewać zawodowo i utrzymywać się z tego.

Czyli rozumiem, że wcześniej twój kontakt z muzyką był „luźny”; nie grałeś na żadnym instrumencie, a nuty były ci obce.

Tak, tak właśnie było. Jako dziecko trochę uczyłem się grać na fortepianie, ale nie było to nic konkretnego. Chór, w którym śpiewałem, był dla mnie taką bazą wyjściową do poważniejszego zajmowania się muzyką.

Czytając biografie wielu odnoszących sukcesy śpiewaków operowych, można zauważyć, że większość od małego miało kontakt z muzyką. Natomiast ty jesteś przykładem osoby, która niejako „z ulicy” weszła do szkoły muzycznej i rozpoczęła karierę.

Rzeczywiście daje się zauważyć, że obecnie zawód śpiewaka operowego jest bardzo sprofesjonalizowany. Ale historycznie rzecz biorąc, rzadko się zdarzało, by legendarni śpiewacy, np. włoscy z przełomu XIX i XX wieku, byli profesjonalnie wykształconymi muzykami po szkołach czy konserwatoriach muzycznych. Częściej było tak, że ktoś miał piękny głos i zaczynał się kształcić muzycznie. Przeważnie zresztą prywatnie. Ale też za tymi śpiewakami stali wielcy dyrygenci lub pianiści. Dzisiaj wygląda to trochę inaczej. Wymaga się na przykład, i słusznie, by profesjonalny śpiewak miał rozeznanie w stylach muzycznych, w historii muzyki. No i żeby czytał nuty, musi przecież poradzić sobie w zawodzie. Ja wszystko to musiałem w szkole muzycznej nadrobić. Później uzupełniałem jeszcze swoje wykształcenie podczas dwuletnich studiów wokalnych w Stanach Zjednoczonych. Ale z pewnością też nie jest tak, że ktoś kto od dziecka nie jest wirtuozem muzycznym, jest skazany na porażkę. 

Wspomniałeś o studiach wokalnych w Ameryce. To prawda, że miałeś tylko trzy dni, by podjąć decyzję – studiować na wydziale wokalnym na uniwersytecie w Yale czy też nie?

To prawda. W ogóle cała ta historia to szczęśliwy zbieg okoliczności. To był czas kiedy nie miałem jeszcze rodziny, zobowiązań zawodowych. Przypadkowo znalazłem się na przesłuchaniu, które decydowało o przyjęciu na Yale. I chyba dzięki temu, że nie do końca byłem świadomy tego co się dzieje, to podszedłem do tego z mniejszym stresem. Był koniec kwietnia 2007 roku.

W  Stanach zresztą też znalazłem się przypadkiem. Pojechałem w zastępstwie za kolegę w ramach koncertu „Trzech polskich tenorów”. Mieliśmy koncert w Chicago dla Polonii. Po występach postanowiłem zostać dziesięć dni w USA i odwiedziłem starego znajomego moich rodziców, pianistę Neala Larrabee. To on zaproponował, żeby zorganizować jakiś recital wokalny dla studentów Yale, bo im to się przyda do uzyskania dodatkowych punktów na zakończenie roku. Na tym koncercie była córka szefowej wydziału wokalno-aktorskiego na Yale. Zostałem zaproszony na przesłuchanie kwalifikacyjne. Jak mówiłem wcześniej nie byłem świadom (śmiech) tego co się dzieje, w co się pakuję, po prostu pożyczyłem samochód, pojechałem na to przesłuchanie i zostałem przyjęty. W zasadzie z ulicy. Decyzję faktycznie musiałem podejmować szybko, ale stwierdziłem, że byłoby niemądrze nie skorzystać z takiej okazji. I tak od września 2007 do września 2009 byłem ponownie studentem. Z tamtych doświadczeń na amerykańskiej uczelni czerpię do dziś.

Są jakieś różnice pomiędzy amerykańskim a polskim kształceniem wokalnym?

Nie ma uniwersalnego studenta i uniwersalnego nauczyciela śpiewu. Napewno uniwersytety prywatne takie jak Yale nie borykają się z problemami finansowymi, czy z brakami chociażby sal do ćwiczeń. One są również w tym sensie elitarne, że jest tam niewielu studentów, więc wykładowcy mogą im poświęcić więcej czasu. Mieliśmy np. bardzo dużo recitali. Co tydzień był „Wieczór pieśni”, więc można było, a w zasadzie był to wymóg, regularnie zaprezentować coś nowego. Raz do roku przygotowywaliśmy operę oraz sceny operowe z różnych przedstawień. To wszystko pomagało w większym obyciu ze sceną.

Twój debiut sceniczny odbył się w 2005 roku w Operze Krakowskiej. Śpiewałeś wtedy partię Alfreda w „Zemście nietoperza”.

Ja ten debiut pamiętam bardzo dobrze. Z kilku powodów. Po pierwsze zawdzięczam go ówczesnemu dyrektorowi artystycznemu tej opery Ryszardowi Karczykowskiemu. „Zemstę”  reżyserował Janusz Józefowicz i wiem, że ten spektakl cieszy się niesłabnącym powodzeniem do tej pory. Premiera odbyła się zresztą jeszcze w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, bo budynek opery nie był gotowy. Moim zdaniem ten teatr jest najpiękniejszy na świecie, dlatego cieszę się, że tam debiutowałem. Zawsze będę wracał do tego miejsca z sentymentem. 

A później była opera w Poznaniu…

Tak. To był Teatr Wielki. Zaufał mi ówczesny dyrektor Sławomir Pietras i obsadził w „Balu maskowym” Verdiego w partii Gustawa III. Było to w 2006 roku.

Ale nie mogę przy tej okazji pominąć pana Bogusława Kaczyńskiego, dzięki któremu zadebiutowałem jeszcze jako śpiewak koncertowy, estradowy, na Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy w roku 2003. To on między innymi wpłynął na to, że jestem śpiewakiem. Wspólnych koncertów mieliśmy naprawdę mnóstwo. W zasadzie na całym świecie. 

Chcę też wspomnieć o moim profesorze, sędziwym już, Romanie Węgrzynie, z którym jestem w ciągłym kontakcie.

Myślę, że często mamy złudzenie, że coś osiągamy własną ciężką pracą. Trudno jest jednak oddzielić to, co się zawdzięcza komuś, a tego, co się zrobiło samemu. Uważam, że trzeba pracować tak jakby wszystko zależało od nas, ale jednocześnie mieć świadomość tego, że w życiu spotyka się ludzi, którzy ciągle nam pomagają.

Słuchając ciebie można zauważyć, że twój głos jest wyrazisty, jasny. Spełniasz się w górnych i dolnych rejestrach. Ale teraz trwa pandemia, a brak występów jest zapewne szkodą dla głosu. 

Powiem szczerze, że dbanie o głos w czasie trwającej pandemii jest wyzwaniem. Ponad rok bez regularnych występów, powoduje, że potrzeba większej samodyscypliny. Obecność na scenie  pozwala być w takim „wokalnym ciągu”. Ale taka przerwa od występów pozwala również, by przeanalizować swój warsztat wokalny. Coś ulepszyć, czegoś się pozbyć. Choć nie ukrywam, że w czasie takiej wymuszonej przerwy pojawiły się myśli typu: „a może rzucić tę robotę i zająć się czymś innym”? Tym bardziej, że ten zawód to nie tylko reflektory i sukcesy, ale też duży stres. To również zawód zazdrosny, wymagający wyłączności, co jest trudne, gdy ma się rodzinę. Tak więc dla mnie to też był okres, w którym zastanawiałem się mocno nad swoim życiem. I doszedłem do prostego wniosku. Nadal chcę śpiewać. Chociaż szczęścia rodzinnego, a takie mam dzięki żonie i dzieciom, nie zamieniłbym na żadną spektakularną karierę.

Śpiewasz w wielu miejscach. Teraz trzeci sezon jesteś solistą w operze w Norymberdze. To może udaje ci się jednak połączyć sferę rodzinną z zawodową?

Rzeczywiście udaje się, ale też staram się, by te dwie sfery ze sobą nie walczyły. Wszyscy razem mieszkamy w Norymberdze i jest to dla mnie fantastyczne. Wcześniej siedem lat mieszkaliśmy w Bydgoszczy, gdzie byłem solistą tamtejszej opery.

Pytanie może wydawać się kontrowersyjne. Ale czy śpiewając w niemieckiej operze daje się zauważyć, że inaczej podchodzi się tam do włoskich oper biorąc pod uwagę, że było sporo niemieckich kompozytorów?

To jest dobre pytanie. I bardzo obszerne… postaram się krótko o tym powiedzieć. Dzisiejszy świat jest bardzo mały. To już nie te czasy, jak na przykład w XIX wieku, gdzie rzeczywiście można było zauważyć, że inaczej opera rozwija się we Włoszech, Francji, Rosji czy Niemczech. Wtedy style operowe, czy wręcz narodowe, były bardzo wyraźne. Dzisiaj te granice się zacierają. Na przykład, jeśli w Norymberdze pracujemy nad włoską operą, to często mamy włoskiego pianistę lub dyrygenta. 

A skoro już mowa o Italii. W operach włoskich chcąc przekazać emocje często sięgano po najlepsze dramaty, na przykład Williama Shakespeare’a. To pozwoliło, by słowo było najważniejsze. A skomponowana do tych słów muzyka tworzyła piękny duet. Dziewiętnastowieczni kompozytorzy operowi, tacy jak Verdi czy Puccini, potrafili zawrzeć w swoich kompozycjach lekkość i zwinność włoskiej muzyki, przy jednoczesnym dramatyzmie całego dzieła. 

To w takim razie zatrzymajmy się przy słonecznej Italii. Co sądzisz o takiej tezie: „włoska opera kocha tenorów”?

(Śmiech) No tak, no tak…  Jest mnóstwo pięknych arii na głosy tenorowe. Ze wszystkich rodzajów głosów ludzkich tenor jest chyba najbardziej spektakularny dlatego, że jest… najmniej (sic!) naturalny. Powiedzmy to wprost. Przeciętny mężczyzna, który ma głos tenorowy może zaśpiewać do dźwięku G. Ale zawodowy tenor musi jeszcze kwartę albo kwintę wyżej. To jest w pewnym sensie sztucznie uzyskane. To już technika wokalna, która powoduje, że ten rodzaj głosu jest… brawurowy. Podobnie chyba było w wypadku kastratów. Bo tak jak kastraci, tak i my też popisujemy się górami. I lubimy to robić. Nawet bardzo chętnie to robimy (śmiech). Czasem sopranistki nam zazdroszczą, że nie są tenorami.

Nie można rzecz jasna zapomnieć o pieśniach neapolitańskich, które są kojarzone z tenorami i przez nich też wykonywane. Jeśli zamieszkamy na dłużej we Włoszech, to okaże się, że jest to kraj jak każdy inny, ale dzięki tym pieśniom stwarzamy sobie wyidealizowany wizerunek Italii z jej pięknymi widokami, niebem, słońcem, winem i w końcu sztuką. Włosi potrafią napisać nawet piosenkę o kolejce na Wezuwiusza, czego dowodem jest „Funiculi, funicula”. Mam sentyment do włoskiej opery, bo jej muzyka i tekst szybko trafia do mojego serca. 

Włoskie opery dla początkujących według Tadeusza Szlenkiera:

  • „Rycerskość wieśniacza” Pietro Mascagni
  • „Pajace” Ruggero Leoncavallo
  • „Traviata” Giuseppe Verdi
  • „Rigoletto” Giuseppe Verdi

Opera Wrocławska – „Tosca” Giacoma Pucciniego – w dniach 28.08, 29.08, 1.09, 3.09, 5.09

Riccardo Muti – wielki dyrygent kończy 80 lat!

Włoski świat kultury świętuje piękny jubileusz. 28 lipca Riccardo Muti, jeden z najwybitniejszych dyrygentów na świecie, skończył 80 lat. Przez kilka dni w różnych miejscach w Italii odbywały się i odbywają związane z tym wydarzeniem benefisowe uroczystości.

28 lipca mistrz świętował w Ravennie – jego ukochanym mieście – wraz z rodziną, żoną Marią Cristiną Mazzavillani, z którą tworzy szczęśliwy związek od 1969 roku, oraz z dziećmi – Chiarą, Franceskiem, Domenico oraz z wnukami. Następnego dnia pojawia się na Kwirynale, w koncercie granym przed prezydentem Mattarellą, który będzie transmitowany w czwartek 29 lipca na RaiUno o godz. 20.30 (z okazji G20), wszystkich czytelników serdecznie zgarszamy do oglądania.

30 lipca Riccardo Muti będzie natomiast w Neapolu, w mieście, w którym studiował: tam będą go fetować w Konserwatorium Muzycznym San Pietro w Majella i w l’Associazione Ex Allievi w Sala Scarlatti. 31 lipca natomiast rzecz wyjątkowa – mistrz będzie dyrygował orkiestrą młodzieży – w dzielnicy Scampia, tej samej, której swego rodzaju złą sławę przysporzył serial „Gomorra”. Jak obiecał Muti, tak uczyni! Po ukończonym świętowaniu zacznie już próby Missa solemnis op. 123 Beethovena, szykując się na koncert, który odbędzie się w Ferragosto, w trakcie festiwalu w Salzburgu. Jednak jego wizyty w Neapolu mają szczególne znaczenie – urodził się bowiem właśnie w tym mieście 28 lipca 1941 roku, a dopiero potem wraz z rodziną przeniósł się do Molfetty. Swoją karierę jako dyrygent zaczął w 1966 roku w Bergamo kierując orkiestrą przybyłą z Pragi. Rok później wygrał konkurs dyrygencki „poruszając tylko ramieniem” – jak sam opisuje swoją technikę. Do warsztatu technicznego doszła istotna kwestia czysto muzyczna – czyli wydobywanie z partytur tego, co najważniejsze, odkrywanie głębokich sensów, uwypuklanie tego, co żyje ukryte w zapisie nutowym. Jego długa kariera to szereg wielkich tryumfów, wielkie koncerty i wspaniałe opery w największych teatrach operowych świata i prowadzenie najsłynniejszych orkiestr. Ale także… dyrektorowanie – La Scalą w latach 1986 – 2005, co zresztą zostało przerwane po kontrowersjach i konfliktach.

RICCARDO MUTI – ITALIAN OPERA ACADEMY 2020

Jego niezwykły, bezkompromisowy charakter uwidaczniał się zawsze tym, iż szacunek wobec dzieła i muzyki stał na pierwszym miejscu, ponad wszystkim. Ale także Muti nie bał się i nie boi zabierać głosu w ważnych sprawach społeczno-kulturalnych. Tak było chociażby w czasie słynnego wydarzenia z 2011 roku z Teatru Operowego w Rzymie, gdy w trakcie trwającego przedstawienia Nabucco dyrygent tuż po tym, gdy chór zaśpiewał słynne 'Va Pensiero, zamiast grać dalej wygłosił mowę dotyczącą sytuacji we włoskiej kulturze. Tak jest zresztą i do teraz – przypomnijmy, że kilka miesięcy temu wystosował do premiera Italii w sprawie złej sytuacji kultury w trakcie pandemii.

Dzisiaj, gdy na Raiuno będziemy oglądać koncert jubileuszowy przez niego prowadzony, złóżmy i my w Polsce Mistrzowi najserdeczniejsze życzenia, co my w redakcji Faro d’Italia w imieniu wszystkich farowiczów czynimy!

Poniżej – słynna przemowa w trakcie Nabucco:

Prawdziwy duch włoskiej opery

Piotr Kindela rozmawia z Bernadettą Grabias, polską śpiewaczką operową z Teatru Wielkiego w Łodzi. 

Bernadetta Grabias (mezzosopran) urodzona we Wrocławiu, tam właśnie zaczęła swoją przygodę muzyczną od klasy fortepianu w podstawowej szkole muzycznej. Po przeprowadzce do Rzeszowa rozpoczęła naukę gry na oboju w średniej szkole muzycznej. W końcu trafiła na wydział wokalny łódzkiej Akademii Muzycznej i od początku swojej kariery związała się z tamtejszym Teatrem Wielkim. W swoim dorobku ma 38 partii operowych, w tym 15 włoskich.  Do tego należy dodać 16 oratoriów oraz mnóstwo pieśni. Nie zabrakło też wielu wyróżnień i nagród.

Czuje Pani śpiew organicznie. To coś więcej niż pasja, prawda?

Dla mnie śpiew jest jak oddychanie. W nim wyrażam się w pełni. Mogę wtedy pokazać gamę swoich emocji – smutków, radości. Paradoksalnie jestem osobą skrytą, ale to śpiew pozwala mi wyrazić wrażliwość, którą posiadam w sobie.  

Mimo tego przyznała Pani, że podczas swojego podwójnego debiutu (Księżna de Bouillon w Adrianie Lecouvreur” i Mafio Orsini w Lukrecji Borgi) nie czuła tremy

Skłamałabym gdybym powiedziała, że w ogóle nie czułam tremy. Ale to nie była trema paraliżująca… była raczej motywująca. Oto właśnie spełniały się moje marzenia – otrzymałam możliwość zaśpiewania dwóch dużych mezzosopranowych partii. Ról belcantowych, włoskich, które były mi najbliższe. Dodatkowo świadomość tego, że od razu po studiach dostałam angaż w Teatrze Wielkim w Łodzi, spowodowało, że czułam wielką ekscytację pierwszym występem na scenie. 

„Maria Stuarda” G. Donizzetti, fot. Chwalisław Zieliński

Obecnie jest Pani wykładowcą w klasie śpiewu w łódzkiej Akademii Muzycznej. Udaje się zarazić studentów swoją pasją do śpiewu?

Staram się. Dużo im opowiadam o swoich doświadczeniach scenicznych. Nie prowadzę zajęć w stylu „ex cathedra”. Rozmawiam ze studentami, chcę poznać ich obawy i wspólnie je rozwiązywać. Stawiam się w ich sytuacji i przypominam sobie jak to było gdy ja byłam studentką. Chcę żeby mi ufali, bo wzajemne zrozumienie stwarza dobry typ współpracy.

Wspomniała Pani kiedyś, że mezzosopran, to przede wszystkim ciepła barwa, która musi mieć szeroką skalę  i być gotowa zaśpiewać wiele partii przeznaczonych dla tego głosu. A w operze najczęściej na pierwszym planie jest sopran i tenor…

To są właśnie stereotypy sopranowo-tenorowe, które krążą w świecie słuchaczy. Osobiście uważam, że głosy mezzosopranowe są równie ciekawe. Repertuar dla śpiewaczek mezzosopranowych obfituje w wiele różnorodnych ról, często charakterystycznych. Dużo mówi się o sopranach lirycznych i dramatycznych. Taki sam podział istnieje wśród tzw. mezzo. Jeśli dobrze poprowadzi się swój głos to z lirycznego repertuaru można stopniowo przejść do dramatycznego. I ja tak właśnie realizuję swoją karierę. Zaczynałam od „ról spodenkowych” (to w operze te role męskie, wykonywane przez śpiewaczki – przyp. PK) jak Mafio Orsini w „Lukrecja Borgii” i Nicklausse w „Opowieściach Hoffmanna” oraz lirycznych partii jak Jadwiga w „Strasznym dworze”. Później były coraz mocniejsze : Elisabeth Tudor w „Marii Stuardzie”, Giovanna Seymour w „Annie Bolenie” Donizettiego czy Donna Elwira w mozartowskim „Don Giovannim”. Aż w końcu rola na którą czekałam 15 lat – Eboli w „Don Carlosie” Verdiego.

W jednym z artykułów powiedziano o Pani – mistrzyni belcanta. Ale przecież belcanto najczęściej kojarzony jest z tenorami. 

Belcanto to taki styl śpiewania, który przede wszystkim kładzie nacisk na piękno ludzkiego głosu i na jego wirtuozerię wokalną. Oznacza to, że tak naprawdę nie określa się tutaj jakim rodzajem głosu ktoś dysponuje. Chodzi o to, by śpiewać w taki sposób, aby ten głos brzmiał jak najpiękniej i żeby można było wyrażać nim emocje. Ten styl pozwala też na zabawę głosem, tak jak jest to na przykład w operach Rossiniego. Ale już w niektórych w dziełach Donizettiego wirtuozeria nie służy tylko zabawie, ale także wyrażeniu afektów, w celu ukazania głębokich uczuć.

„Il barbiere di Siviglia” G. Rossini, fot. Katarzyna Zalewska

Stara się Pani równoważyć technikę i emocje, czy któraś z tych wartości przeważa?

Staram się równoważyć te dwie cechy. Muszę pamiętać, aby głos technicznie brzmiał bardzo dobrze, a jednocześnie by jego dźwięk był czysty, piękny i doskonale wyrażał uczucia. Dlatego  dbając o głos i przygotowując się do nowych partii nie tylko ćwiczę, ale nagrywam się i konsultuję z zaprzyjaźnionym pedagogiem śpiewu. 

Czytając recenzję na temat Pani występów można znaleźć takie określenia jak: ciepły głosgiętki mezzosopranekspresja dramatycznadźwięk piękny, szlachetne i stylowe brzmienie, lekkość, finezjaujęła dojrzałą barwą mezzosopranu, perlistymi koloraturami i wolumenem brzmienia najwyższych lotów” i w końcu jej szlachetny mezzosopran to uczta dla ucha. Czy spotkała się Pani z jakąkolwiek krytyką?

(chwila zastanowienia) Prawdę mówiąc nie przypominam sobie (śmiech). To znaczy jakieś drobiazgi w wykonaniu zawsze można było poprawić. Na przykład po pierwszym zaśpiewaniu „Carmen” (a miałam wtedy 28 lat, czyli wyjątkowo wcześnie jak na tę partię) jeden z recenzentów napisał, że początek opery był zaśpiewany ładnie, choć dosyć zachowawczo. Ale, że z każdym aktem pokazywałam coraz więcej temperamentu ognistej Hiszpanki. I tutaj chcę zaznaczyć, że ja na konstruktywną krytykę jestem bardzo otwarta. Dlatego wsłuchuję się w każdą uwagę moich koleżanek i kolegów po fachu. Bardzo cenię sobie też wskazówki dyrygentów i pianistów.

Czy daje się zauważyćże opery włoskie różnią się od oper francuskich, niemieckich, polskich lub rosyjskich?

Oczywiście,